facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Z jednej strony niewinne, z drugiej niezwykle seksowne. Niby bezbronne, a tak naprawdę umiejące walczyć o siebie. Troskliwe i łaknące przyjaźni, lecz także chciwe egoistki. Takie właśnie są nowojorskie striptizerki, które po krachu z 2008 roku stanęły w obliczu nowej rzeczywistości, w której walka o klienta (zwłaszcza tego naprawdę majętnego) stała się jeszcze trudniejsza. Kim są, czego szukają i jak do tego dążą dowiecie się z najnowszej produkcji Lorene Scafaria ("Przyjaciel do końca świata") - "Ślicznotki".

    (Źródło: renee.pl)

    Świat nowojorskich klubów go-go poznajemy za sprawą nieco wycofanej, trochę zakompleksionej Destiny (Constance Wu). Dziewczyna na co dzień opiekuje się babcią, a nocami tańczy w bieliźnie dla panów z Wall Street. Nie umie się przebić w tłumie głośnych, pewnych siebie kobiet, które ostro walczą o uwagę najbogatszych klientów. Pewnego wieczoru obserwuje występ kultowej tancerki go-go, Ramony (Jennifer Lopez). Jej taniec elektryzuje, przyciąga jak magnez. Mężczyźni wręcz szaleją na jej punkcie. Destiny zdaje się być oczarowana nią tak samo jak klubowi goście. Zauważa to Ramona, która szybko znajduje wspólny język z nieco młodszą koleżanką. Bierze ją pod swoje skrzydła, by lada moment wspólnie podbić świat klubów go-go.

    (Źródło: youtube.com)

    Niech nie zmyli Was trailer czy ulotka, "Ślicznotki" wcale nie są takie bezbronne! To gang ostrych lasek, które wiedzą czego chcą i nie boją się o to walczyć. Większość z nich marzy o niezależności, a ta nierozerwalnie związana jest z pieniędzmi. Marzą więc o spotkaniu z wieloma nieziemsko bogatymi mężczyznami, którzy uzbroją je w oszczędności na całe życie. Naiwne, racja. Ale takie bywają wszystkie marzenia - trochę oderwane od rzeczywistości.
    Nasze bohaterki to także zwyczajne kobiety: z problemami, bolesną przeszłością, nieudanymi związkami, długami. Są zdane tylko na siebie. Niejednokrotnie dopada je gorsza chwila, słabszy moment, ale dość szybko muszą zagryźć wargi i ponownie stawić czoła rzeczywistości. 

    Nowość Scafarii oglądamy z przejęciem. Przedstawiona historia szybko wciąga i do końca utrzymuje naszą uwagę. Fabuła została dobrze rozpisana, a główne postacie są na tyle mocne, różnorodne i dobrze zagrane, że aż sama była zdziwiona jak spodobał mi się ten film. 
    Plusów jest więcej. To na pewno niezłe tempo oraz fajna gra kolorami, które w scenach klubowych idealnie oddają klimat klubów erotycznych. Oprócz tego dość sprytnie wprowadzono co najmniej kilka humorystycznych dialogów, które publiczność doceniła donośnym śmiechem. I chociaż śmiech ten roznosił się po sali wiele razy, to koniec końców "Ślicznotki" mają w sobie dużo dramatyzmu w dużej mierze ze względu na niełatwe losy głównych bohaterek, których pragnienie miłości i przyjaźni nie zawsze może zostać zaspokojone.



    (Źródła: film.interia.pl, wprost.pl i lohud.com)


    Continue Reading

    Dla miłośników serialu "Friends" bieżący rok należy do udanych. Minęło 25 lat od premiery produkcji i z tej okazji zorganizowano (po raz pierwszy w historii!) polską edycją eventu Friendsfest. Co więcej, w ostatnim czasie pojawiła się książka autorstwa Kelsey Miller, opisująca przeróżne (także zakulisowe) historie związane z ukochanymi "Przyjaciółmi". Czy warto sięgnąć po tę lekturę? Dla kogo powstała i czego można się po niej spodziewać?

    (Źródło: przyjaciele.wsn.pl)

    Nie ma co ukrywać. Ten serial znają wszyscy i zdecydowana większość osób, z którymi kiedykolwiek rozmawiałam, go lubi. Poznałam także kilku naprawdę zakręconych świrów, wręcz psychofanów znających niemal każdy cytat, każdą scenę, niuanse przygód każdego bohatera. I w moim odczuciu ich zachowanie jest absolutnie urocze, bo świadczy o ogromnej sympatii do tej produkcji. 

    Oczywiście niektórzy nie czują prezentowanego tam humoru, nie rozumieją fenomenu "Przyjaciół", po prostu nie lubią tego sitcomu. I mają do tego prawo. Oni jednak nie będą zachwyceni lekturą, o której dziś piszę. Dla nich to strata czasu, ich odsyłam do recenzji innych seriali: "Stranger Things" albo "This is us".


    Ci jednak, którzy cenią sobie leniwe wieczory przed TV z naszymi kolegami z sąsiedztwa,
    (
    bo tacy mieli właśnie być bohaterowie nowego serialu NBC wypuszczanego we wrześniu 1994 roku), mogą śmiało sięgać po książkę Kelsey Miller pt. "Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie". Nie będzie to najznakomitsza pozycja literacka w ich życiu, to fakt. Ale na pewno zaliczą ją do naprawdę dobrych i przyjemnych źródeł informacji o ukochanym sitcomie.


    Książkę podzielono na 3 części: wprowadzenie do wszystkiego, czyli historię początków współpracy duetu scenopisarskiego (Marta Kauffman i David Crane) i tworzenia obsady, przyczyny sukcesu serialu oraz stopniowy schyłek popularności, który po drodze zaliczył jeszcze jeden wzlot. Autorka przywołuje liczne cytaty z recenzji, programów telewizyjnych, wypowiedzi aktorów i twórców sitcomu. Rozmawia ze specjalistami rynku telewizyjnego i ekspertami od kultury popularnej. Zderza wypowiedzi fanów serialu z opiniami tych, dla których "Przyjaciele" nigdy nie byli ulubioną pozycją telewizyjną. 

    Miller stara się przybliżyć z jednej strony historię kultowego już serialu, z drugiej zaś uzmysłowić fakt jego niebywałej popularności. Popularności, której nikt, nawet przez moment, się nie spodziewał, a której skala dosłownie rozwaliła system! Nie sposób znaleźć drugą produkcję, która byłaby emitowana tak długo (10 lat), w niezmiennej ekipie, trafiłaby na tak wiele rynków zagranicznych i tak głęboko weszła do popkultury. To po prostu nie powtórzyło się przez te ćwierć wieku. Sądzę więc, że to chyba wystarczająco dobry powód, by złapać książkę i w kolejny, jesienny weekend, poznać wszystkie fakty i anegdoty związane z tak wyjątkową produkcją serialową.

    Continue Reading

    Zwiastun "Legionów" zaintrygował mnie od początku. Dobre tempo, wielość różnorodnych wątków, świetne sceny batalistyczne, a to wszystko podane z bardzo mocnym soundtrackiem. Wręcz nie sposób przeoczyć taki trailer! Czy najnowsza polska superprodukcja wojenna zdobyła moje serce?

    (Źródło: wrealu24.pl)

    "Legiony" to kompilacja kina wojennego z klasycznym romansem. Historia dwojga zakochanych rozgrywana jest na tle prawdziwych wydarzeń. Ola (Wiktoria Wolańska) jest aktywną uczestniczką działań wojennych, oczywiście od zaplecza, w którym prężnie służyły kobiety m.in. jako sanitariuszki. Tadek (Bartosz Gelner) to odważny ułan, który wraz z przyjaciółmi zaciągnął się do Drużyn Strzeleckich, by walczyć o wolność Polski. Gdy otrzymuje rozkaz przeniesienia do innego oddziału, rozstaje się z narzeczoną obiecując ślub, gdy tylko wróci do swojej wybranki. Los jednak nie jest dla nich łaskawy. W obliczu bolesnej straty kogoś bliskiego, ogromnej samotności i nieustannej niepewności jutra człowiek szuka bratniej duszy. Dla bohaterów "Legionów" te uczucia nie są obecne. Jedni szukają ukochanego, inni mistrza czy przyjaciela jak Józek (Sebastian Fabijański), dezerter z carskiego wojska. 

    (Źródła: youtube.com)

    Tym, co urzekało mnie w "Legionach" z pewnością są sceny batalistyczne. Wyglądają w zasadzie jak te z zachodnich superprodukcji. Zdecydowanie nie mamy się tu czego wstydzić! Fajne jest też ich tempo. Na plus należy ocenić także piękne kostiumy i dobrą charakteryzację. Frycz w roli Piłsudskiego wygląda fantastycznie! Jedynym niewypałem może być tutaj pyzaty Borys Szyc jako rotmistrz Dunin-Wąsowicz.

    Początek filmu ogląda się bardzo dobrze. Mamy naprawdę udane wprowadzenie do sytuacji, w której mnóstwo przedstawicieli młodego pokolenia, bez wahania, porzuca swoje dotychczasowe życie: naukę, pracę, młodzieńcze marzenia i podejmuje się udziału w walkach o odzyskanie niepodległości dla ukochanej ojczyzny. W ten wir walk idą z dumą, z uśmiechem na ustach, a pierwsze niepowodzenia, wojenne porażki, pokazują im jak trudny będzie to bój i jak bolesna jest strata najbliższych.
    W momencie, gdy lepiej poznajemy losy głównych bohaterów, scenariusz trochę się rozmywa. Za mało mamy w filmie wojennych perypetii tytułowych Legionów, za bardzo skoncentrowano się na szczegółach miłosnej historii. To sprawia, że wojenne kino akcji staje na dłuższą chwilę ckliwym romansidłem psującym efekt końcowy. 
    Drugim wątkiem, który za mocno przeciągnięto, jest historia oficera Wojska Polskiego, porucznika "Króla" (Mirosław Baka). Gdyby jego trudne doświadczenia związane z trafieniem do rosyjskiej niewoli, opowiedziano w krótszej formie, pewnie tylko by zyskała. W obecnej postaci jest moim zdaniem przegadana, a jej finał zbyt cukierkowy. 

    To w ogóle chyba główny zarzut do całej produkcji: momentami przegadana, na siłę ugrzeczniona, z puentą przekazaną bardzo dosłownie. Rozumiem, że w dużej mierze to film skierowany do młodych, stworzony z myślą o szkolnych wycieczkach, którym ma uzmysłowić jak wyglądały losy ich starszych kolegów walczących o naszą wolność. I tylko ze względu na przeznaczenie nowości Dariusza Gajewskiego ("Obce niebo") oceniam ją na 5/10, bo jestem przekonana, że był tu potencjał na znacznie więcej.



    (Źródła: antyradio.pl, pap.pl i wirtualnemedia.pl)

    Continue Reading

    Geniusz, wirtuoz, najwspanialszy tenor w historii. Między innymi określeniami nazywano Pavarottiego niemal od początku muzycznej kariery. Choć twierdził, że jego ojciec miał zdecydowanie lepszy głos, to Luciano zyskał międzynarodowy rozgłos, uznanie znawców muzyki klasycznej oraz serca milionów zwykłych śmiertelników. O powodach, dla których był kochany przez tłumy opowiadają jego najbliżsi w dokumencie autorstwa Rona Howarda. Dokumencie, którego nie możecie przegapić!

    (Źródło: rozrywka.resinet.pl)

    Szczerze? Produkcja o Luciano Pavarottim kompletnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się tego, że będzie tak wzruszająca i tak wciągająca! To naprawdę jeden z najlepszych filmów dokumentalnych, które widziałam w ostatnim czasie. 
    Reżyser dopuścił w nim do głosu szerokie grono osób: pierwszą i drugą żonę artysty, jego córki, menadżerów, innych muzyków, z którymi współpracował wielki śpiewak. Dwugodzinny film przepełniony jest więc przeróżnymi materiałami. Widzimy skróty najważniejszych występów mistrza, sporo rodzinnych fotografii, w tym zdjęcia małego Luciano. Nie brakuje też przebitek z rozmów z maestro. Dostajemy więc dość kompleksowy obraz bohatera, wraz z jasnymi i ciemnymi stronami włoskiego tenora. To wszystko daje nam poczucie, że możemy wręcz od podszewki poznać wielkiego artystę. 

    (Źródło: youtube.com)

    Wrażenie to zostaje spotęgowane dzięki fantastycznej osobowości Pavarottiego. Jego pogodne usposobienie, zamiłowanie do żartów oraz czarujący uśmiech sprawiają, że nie sposób nie polubić go jako człowieka. Choć ma na swoim koncie kilka rys jako widzowie mamy poczucie, że zostają one gdzieś w tyle, że nie warto do nich wracać, że nikt z nas nie jest krystaliczny, więc możemy je puścić w niepamięć. W filmie widzimy w bohaterze z jednej strony wielkiego artystę, światowej sławy solistę, z drugiej zaś zwykłego człowieka, który ma swoje zalety i wady. 

    Osobiście dokument Howarda kompletnie mnie oczarował! Jestem zachwycona tym radosnym podejściem do życia wynikającym w dużej mierze z włoskiego pochodzenia muzyka. Oprócz tego urzekła mnie ogromna pokora i jeszcze większa empatia mistrza. Dzięki tym cechom jawi się on jako swoisty ambasador potrzebujących. Szczególnie zaś intensywnie działa na rzecz chorych, biednych, osieroconych dzieci oraz wszystkich dotkniętych jarzmem wojny.
    Co ciekawe film ten można odebrać dwojako. Oczywiście to historia wspaniałego śpiewaka operowego, ale także opowieść o tym, że warto mieć marzenia i o nie walczyć, a w życiu kierować się kilkoma głównymi zasadami: szanować ludzi, z zaangażowaniem robić to, co się kocha oraz starać się nieść dobro.

    Jeśli więc cenicie sobie dokumentalno-biograficzne materiały z odrobiną wzruszenia i sporą dawką fenomenalnej muzyki, "Pavarotti" jest tym, co musicie obejrzeć. Łezka w oku, ciarki i mnóstwo pozytywnej energii gwarantowane! 


    (Źródła: theirishtime.com i kultura.onet.pl)

    Continue Reading

    Jak do tej pory to chyba najgorętszy i najbardziej wyczekiwany film wakacji '19. O jego premierze było głośno od dawna, ale to, co dzieje się w ostatnich dniach, bez wątpienia można nazwać szaleństwem. Plakaty, billboardy, zwiastuny są wszędzie! Soundtrack można usłyszeć nawet w telewizji śniadaniowej. Kogoś jeszcze to dziwi? Mnie nie: Disney właśnie wprowadził do kin nową odsłonę jednej ze swoich najpopularniejszych produkcji - "Króla Lwa". O tym nie sposób nie mówić.

    (Źródło: planetcinema.pl)

    Znów spotykamy uroczego Simbę, który wraz ze swoją towarzyszką przygód: Nalą, poznaje Lwią Ziemię. Znowu Skaza podstępem zabija Mufasę i wyrzuca z królestwa małego lewka, a ten trafia w nieznane miejsce, w którym zdobywa nowych przyjaciół: guźca Pumbę i surykatkę Timona. Raz jeszcze widzimy, jak dzięki wsparciu najbliższych, odzyskuje pewność siebie, by stawić czoła groźnemu rywalowi i zawalczyć o przywództwo nad całym królestwem. 
    Bohaterowie są więc znani, ich losy także bez zmian. Takie same dostajemy również piosenki, chociaż w nowym wykonaniu. Ale cała warstwa dialogowa i wizualna (tak głośno krytykowane live action!) jest zupełnie nowa. Nie wspominając już o wielu nowych głosach, którymi mówią postacie. Czy to wystarczy, by "Króla Lwa" zobaczyć ponownie?

    (Źródło: youtube.com)

    Mniemam, że niektórzy z Was mieli tak samo jak ja. Chcieli zobaczyć nowego "Króla Lwa", ale bali się, że nie spełni on Waszych oczekiwań. Ba, co gorsza zepsuje wspomnienia związane z poprzednią wersją, którą większość z nas oglądała we wczesnym dzieciństwie. Ja jednak przemogłam się i postanowiłam zobaczyć nowość Disneya. Czy żałuję?

    Nie, nie żałuję. A seans uznaję za naprawdę udany. Tak licznie i tak głośno krytykowane live action nie uznaję za największy grzech twórców. Chociaż scena otwierająca rzeczywiście wygląda trochę jak fragment dokumentu przyrodniczego, nie mam poczucia, że fabuła na tym straciła. Albo że z kina familijnego zrobiono materiał jak z "National Geographic". Mamy absolutnie nowe podejście do prezentacji losów Simby i zdecydowanie nie jest ono złe. A widownia, zwłaszcza ta najmłodsza, do której Disney kieruje swoje dzieła, była zachwycona tym, co widziała na ekranie. Na własne uszy słyszałam "ochy" i "achy" dotyczące chociażby tego jak słodziutko wygląda mały Simba.

    Warstwa wizualna z pewnością więc nie jest skazą nowego "Króla Lwa". Zdecydowanie słabiej wypada tu jednak muzyka. Choć usłyszymy niemal te same utwory znane z wersji z 1994 roku, to będą one wykonane przez inne osoby, w nieco odmiennej aranżacji. I wiele z nich nadal jest naprawdę dobra. Ogromna więc szkoda, że główny kawałek "Can you feel the love tonight" wyszedł najsłabiej. Równie kiepsko brzmi w wersji anglojęzycznej, w której śpiewa go Beyonce, jak i polskiej. Mimo sympatii do Beyonce i szacunku do jej zdolności wokalnych, jak dla mnie nie sprostała zadaniu. Nie była w stanie przebić utworu śpiewanego przez Eltona Johna. Rodzimi twórcy są za to zbyt nijacy i zupełnie pozbawienie energii, która aż bije z tego kawałka. 

    Co ciekawe, egzamin zdały za to "nowe głosy" naszych bohaterów. Niski ukłon należy się parze: Maciej Stuhr i Michał Piela za to jak dobrze spisali się w rolach nowego Timona i Pumby. Ich dubbingowe zadanie było chyba najtrudniejsze, bo mieli dorównać tym, którzy przeszli do historii swoją rewelacyjną pracą w "Królu Lwie" z 1994: Krzysztofowi Tyńcowi i Emilianowi Kamińskiemu. 

    Jeśli więc jednoznacznie miałabym opowiedzieć za lub przeciw nowej odsłonie kultowej produkcji, z pewnością ustawię się w szeregu tych, którzy są zadowoleni z seansu. Wciąż jest w tej historii dużo humoru, sporo wzruszenia i kilka mądrych myśli. Myślę, że to wystarczające argumenty, by zobaczyć (samemu, ze znajomymi, z rodzicami albo z własnymi dziećmi) zupełnie inną wersję ukochanego filmu z dzieciństwa.




    (Źródła: natemat.pl, zpop.pl i therookies.co)

    Continue Reading

    Maradona - geniusz piłkarski, bożyszcze kobiet. Niepokorny. Z licznymi uzależnieniami. Uwikłany z wiele romansów. Ale i ukochany syn, troszczący się o losy swoich najbliższych. Mocno zaangażowany w to, by na boisku dać z siebie i swojej drużyny 100% możliwości. Jaki jest naprawdę?

    (Źródło: moviesroom.pl)

    W najnowszej produkcji Asifa Kapadii poznajemy kultowego napastnika - Diego Maradonę. Argentyński piłkarz wzbudza sprzeczne emocje. Jedni go kochają, inni nienawidzą. Sam również jest postacią niejednoznaczną. Z ust rodziców i sióstr wybrzmiewa, że bardzo dbał o losy najbliższych, właściwie sam utrzymywał całą rodzinę już od 15. roku życia. Jego kobiety znały inną twarz Maradony: uzależnionego od alkoholu, kokainy, korzystającego z usług prostytutek. Tę stronę poznali także dziennikarze, a za ich sprawą cała neapolitańska (i nie tylko) społeczność. 

    (Źródło: youtube.com)

    Dokument Kapadiego jest dość nietypowy. Mnóstwo w nim materiałów archiwalnych. Na tyle dużo, że fragmenty wywiadów z najbliższymi stanowią głównie komentarz do obrazków, które widzimy na ekranie. Nie ma tu w zasadzie ujęć charakterystycznych dla filmów dokumentalnych, w których to osoba wypowiadająca się na dany temat jest prezentowana w ujęciu typowym dla wywiadu (na jednolitym tle, w pozycji siedzącej, przodem do kamery). 
    To spory plus, bo ponad dwugodzinny seans jest dość dynamiczny i obfituje w liczne fotografie piłkarza, zapisy z najważniejszych meczów, urywki z rodzinnego archiwum, fragmenty z materiałów dziennikarskich. 

    Co ciekawe, w filmie usłyszymy również wiele osób. Z jednej strony wypowiadają się najbliżsi Maradony, z drugiej dziennikarze, trenerzy, przyjaciele z boiska. Są również komentarze samego bohatera produkcji, który - mam wrażenie, że dość szczerze, wiarygodnie - ocenia swoje poszczególne decyzje. Bywa przy tym krytyczny.

    W porównaniu do fantastycznej "Amy" "Diego" nie wypada aż tak rewelacyjnie. Nie wiem, czy to kwestia tego, że sama historia Winehouse była tak dramatyczna, wręcz tragiczna. Czy to sprawa muzyki świetnie działającej w produkcji, bo dość obrazowo opisującej wzloty i upadki artystki. Niemniej dla mnie najnowszy obraz brytyjskiego reżysera nie zrobił aż takiego wrażenie. Co nie znaczy, że jest zły! Absolutnie! 

    Seans "Senny" wciąż przede mną. Po obejrzeniu "Diego" nabrałam ochoty do zobaczenia tej brakującej cząstki układanki Kapadiego. A świeżutką nowość reżysera polecam wszystkim, nie tylko zagorzałym miłośnikom futbolu! Znajdziecie w niej mnóstwo faktów i troszkę humoru. A przede wszystkim słodko-gorzką opowieść o tym, jak trudno utrzymać się na szczycie i wciąż być zwykłym człowiekiem oraz jak szybko można stracić sympatię fanów.




    (Źródła: hollywoodreporter.com, the18.com i dialytimes.co.pk)

    Continue Reading

    "Jedynka" rozwaliła system! To była jedna z najlepszych produkcji obejrzanych w roku 2014. Wyśmienicie bawiłam się na seansie! Czy kontynuacja losów szalonej, francuskiej rodzinki sprostała wysokim oczekiwaniom? Sprawdźcie sami!



    (Źródło: i-znowu-zgrzeszylismy-dobry-boze.pl)

    Twórcy rewelacyjnej francuskiej komedii z 2014 ponownie zabrali się do pracy. Tym razem przedstawiają nam dalsze losy rodziny Verneuil. Po burzliwym ślubie najmłodszej córki przyszedł czas na niemalże powtórkę z rozrywki. Teraz dramatycznym momentem stają się narodziny najmłodszego wnuka. Smaczku dodaje fakt, że wszystkie córki (wraz z mężami) zaczynają marzyć o emigracji. Ojciec rodu dostaje furii. W ramach protestu wobec opuszczenia Francji przez jego najbliższych, wciela w życiu misterny plan rozkochania zięciów w swojej ojczyźnie.

    (Źródło: youtube.com)

    Nadal mamy świetnych bohaterów, którzy (zwłaszcza najstarsza para rodu: Claude i Marie), zostali fantastycznie zagrani. Wciąż jest sporo humoru i to takiego niepoprawnego politycznie. Brakuje jednak polotu w tych komicznych dialogach i sytuacyjnych gagach. Zbyt wiele jest przewidywalnych zachowań i niezbyt śmiesznych wypowiedzi. Albo nawet śmiesznych, ale nie tak zabawnych jak w "jedynce".

    To dość typowy problem sequelów komediowych. Kiedy pierwsza część okazuje się mistrzostwem świata, kolejna ma znacznie trudniejszy start. Wszyscy oczekują żartów najwyższych lotów i w gigantycznej ilości, a to niełatwo osiągnąć. 
    Mimo więc całkiem fajnej atmosfery, "I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże!" wypada gorzej. Co nie znaczy, że to istna porażka. Co to, to nie! Z pewnością uśmiejecie się sporo razy, a kilka nawet na głos. Nie ma jednak co nastawiać się na powtórkę projekcji sprzed 5 lat. 

    A recenzję części pierwszej znajdziecie TU. Kto nie widział, niech nadrabia! To seans, który śmiało można powtórzyć - z pewnością nadal będzie Was bawił. :)



    (Źródła: kultura.onet.pl, eska.pl i falakina.pl)

    Continue Reading
    Newer
    Stories
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top