facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Damien Chazelle to klasa sama w sobie! Tak "Whiplash", jak i "La la land" zrobiły na mnie naprawdę bardzo duże wrażenie. Wszystko dopracowane w najmniejszym szczególe. Aktorzy z najwyższej półki. I historia, wobec której nie sposób chyba pozostać obojętnym. Podobnie jest i teraz, bo "Pierwszy człowiek" to przede wszystkim dramat człowieka marzącego o podróży w nieznane i nieodnajdującego się w zwyczajnym życiu, a nie opowieść akcji o eksploracji kosmosu z mnóstwem efektów specjalnych. Reżyser po raz kolejny wyraźnie daje do zrozumienia, że małe jest wielkie, a najbardziej nośne są ludzkie historie.

    (Źródło: torrevieja.com)

    "To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości" - te słowa znają chyba wszyscy. Ale postać Neila Armstronga, który jako pierwszy człowiek stanął na Księżycu, długo pozostawała owiana tajemnicą. Niewiele było wiadome o jego życiu, wcześniejszej karierze, niełatwej drodze, by być zapisanym na kartach historii. Wyzwania podjął się Damien Chazelle. I zrobił to dobrze, bo "Pierwszego człowieka" ogląda się z przyjemnością oraz niemałym zaciekawieniem.

    (Źródło: youtube.com)

    To przykład kina, które wydawałoby się, że nie zostało zrealizowane z rozmachem. De facto mamy historię rodziny, na której czele stoi świetny inżynier, bardzo dobry pilot, zapalony astronauta - Neil. Całe serce oddaje swojej pracy, którą jest szczerze zafascynowany. Nie znaczy to, że najbliżsi schodzą na dalszy plan. Kocha rodzinę, ale zupełnie nie umie odnaleźć się w domowej rzeczywistości. Fakt, to były też inne czasy. W latach 60. dbanie o dom leżało w gestii żon. Neil nie jest więc pod tym względem żadnym dziwakiem. Niewątpliwie jednak miewał trudności w komunikacji międzyludzkiej. Bywał zamknięty w sobie, chwilami stronił od ludzi, nie zawsze potrafił rozmawiać z własnymi dziećmi.

    I takiego Armstronga pokazuje Chazelle. W rolę historycznej postaci wcielił się Ryan Gosling. Miło widzieć go w nadal tak dobrej formie. Jako słynny kosmonauta jest bardzo przekonujący. Ani nutki fałszu nie czuć w jego gestach, słowach, spojrzeniach. Na ekranie partnerują mu równie dobrzy: Jason Clarke, Kyle Chandler czy Corey Stoll. 

    Jak to u Chazelle bywa, każdy szczegół jest dopracowany. Scenografia, kostiumy, muzyka, montaż. Wszystko chodzi jak w zegarku, dlatego efekt końcowy jest zadowalający. Nie jest to, pod względem dramaturgii, aż tak mocny materiał, by z widza zrobić miazgę jak dzieje się w "Whiplash", nie jest też tak wizualnie i muzycznie oszałamiające jak "La la land", ale wciąż to kawał porządnego kina, które warto nadrobić.



    (Źródła: kinopodbaranami.pl, marshable.com i film.org.pl)

    Continue Reading

    To prawda. Wszystkie superlatywy o "Manchester by the Sea", w jakich wypowiadali się krytycy, są prawdziwe. To jeden z tych filmów, który już w trakcie seansu uderza w najczulsze struny i z tego powodu wstrząsa nami na długo. To minimalistyczne kino podkreślające jak oszczędność formy może tylko wzmocnić przekaz produkcji. Chapeau bas panie Lonergan!


    (Źródło: vulturehound.co.uk)
    Lee (Casey Affleck) pracuje jako dozorca kilku budynków w jednej z dzielnic Bostonu. Mieszka sam. Nie ma bliskiej rodziny ani przyjaciół, jest małomówny, wręcz zamknięty w sobie. Choć z obowiązków zawodowych wywiązuje się bardzo dobrze, nie potrafi pracować z ludźmi. Ma trudności w kontaktach z innymi. Gdy otrzymuje telefon o zawale brata, bez wahania wyrusza do szpitala. W niedużej miejscowości o nazwie Manchester by the Sea ma zamiar spędzić kilka dni, by przypilnować nastoletniego bratanka podczas nieobecności jego ojca. Wizyta niespodziewanie się wydłuża, co nie jest na rękę naszemu bohaterowi. Widzimy, że w tych rodzinnych stronach czuje on się źle, nieswojo, bo miasteczko skrywa tajemnice, które dopiero mamy poznać.



    (Źródło: youtube.com)

    Affleck fantastycznie wciela się rolę samotnika. Potrafi gestem czy spojrzeniem oddać przeróżne emocje targane jego bohaterem, choć ten wydaje się być na tyle zimny i zdystansowany, że nie odczuwa niczego. Mamy tu jednak smutek, rozżalenie, zagubienie czy bezsilność. Lee jest bohaterem tragicznym. Po części w rozumieniu stricte antycznym: musi podjąć trudną decyzję i bez względu na to, czy postanowi zamieszkać z bratankiem w rodzinnej miejscowości i nieustannie walczyć z demonami przeszłości, czy wrócić do Bostonu i utrudnić nastolatkowi i tak niełatwy okres dojrzewania, wybór ten kogoś skrzywdzi. Po części zaś dlatego, że doznał w życiu istnej kumulacji nieszczęść. W pewnym momencie - sprytnie prowadząc widza nieoczywistymi retrospekcjami - Lonergan zdradza z jakiego powodu mężczyzna jest tak bardzo wyobcowany. I wtedy gula staje nam w gardle, a w oczach pojawiają się łzy. Reżyser na tyle umiejętnie snuje tę subtelną, ale dramatyczną opowieść rozgrywaną w powolnym (pozornie wręcz nudnym) tempie, że perfekcyjnie działa i na nasze emocje. Jest taki cytat z Haruki Murakami mówiący o smutku: "Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy". Mam wrażenie, że w "Manchester by the Sea" tak Lonerganowi, jak i Affleckowi udało się pokazać taki rodzaj smutku przez pryzmat głównego bohatera.

    (Źródło: indiewire.com)

    Na oklaski zasługuje też Lucas Hedges, który za występ zdobył nominację do Oskara w kategorii drugoplanowej roli męskiej oraz do nagrody BAFTA dla największej aktorskiej nadziei kina. Faktycznie jest bezbłędny jako osierocony, nieco rozwydrzony i zbyt pewny siebie nastolatek, przeżywający bunt okresu dorastania. To starcie mężczyzn - młodego, wciąż dojrzewającego i starszego, próbującego odnaleźć się w zupełnie nowej roli, Lonergan zaprezentował fantastycznie. Niektóre sceny nas bawią, inne wzbudzają irytację. Jednak każde spotkanie tych dwóch bohaterów budzi emocje.

    Melancholijny wydźwięk produkcji podkreśla nostalgiczna ścieżka dźwiękowa (TU) oraz kadry pełne surowości i chłodnych odcieni. Narracyjnie dostajemy nielinearną opowieść o konstrukcji puzzlowej, w której niemal każda scena stanowi oddzielny element. Dopiero zebranie ich wszystkich pozwala spojrzeć na głównego bohatera przez pryzmat jego doświadczeń: sukcesów, porażek, dawnych radości, życiowych dylematów i przeżytych traum. Co więcej, każda z tych scen (choć akcja jest naprawdę stonowana) dąży do wielkiej kulminacji. Czujemy, że zbliża się coś, co bohaterem wstrząśnie. Co wreszcie pozwoli mu zdjąć z twarzy tę maskę człowieka bez uczuć. I - w przeciwieństwie do "Patersona", w którym wypatrujemy takiej sceny, a ona nie następuje - nagle dzieje się coś. Dochodzi do spotkania z Randi, byłą żoną. To spotkanie dwojga pokiereszowanych przez życie ludzi, którzy niegdyś darzyli się wielkim uczuciem, przeszywa serce widzów. Choć jak wiecie nie należę do ckliwych, trudno było utrzymać emocje na wodzy. Kapitalna scena! Po niej czujemy, jakbyśmy doznali pewnego oczyszczenia, przeżyli prawdziwe katharsis.



    (Źródła: fandango.com i cloudfront.net)

    Obrazy takie jak ten nie rodzą się jak grzyby po deszczu. To perełki, których należy uważnie wyszukiwać wśród setek czy tysięcy nagrywanych filmów. Spośród ostatnich tytułów - w pewien sposób podobnych do "Manchester by the Sea" - trafiłam na "Mustanga" i "Moonlight". Wszystkie poruszają trudną tematykę, mają świetne zdjęcia, pozostawiają nas z poczuciem goryczy. Ale to właśnie produkcja Kennetha Lonergana uderza nas swoistym naturalizmem, umiłowaniem minimalizmu oraz fenomenalną rolą Caseya Afflecka, który dowiódł, że jest o tysiąckroć zdolniejszy od brata. Czy za tę kreację zgarnie Oskara dowiemy się dopiero 26. lutego, ale w moim odczuciu statuetkę ma w kieszeni. 



    (Źródło: klubzak.com.pl)

    Continue Reading

    Holenderski reżyser, któremu zawdzięczamy kultowe produkcje lat 90. ("Robocop", "Pamieć absolutna", "Nagi instynkt") pomimo sędziwego wieku powrócił do kręcenia filmów. I to takich, które zachwycają krytyków (2 Złote Globy, nominacje do nagrody BAFTA i Oskarów) oraz widzów. Bo to, co z odbiorcami robi Verhoeven podczas seansu "Elle" dowodzi jego geniuszu.

    (Źródło: wemakemoviesonweekends.com)
    Michelle jest charakterystyczną kobietą w wieku średnim. Po rozwodzie żyje w dobrych relacjach z byłym mężem, z którym wychowuje dorosłego już, aczkolwiek zupełnie niesamodzielnego, syna. Zawodowo, choć jest literaturoznawcą, zajmuje się prowadzeniem firmy produkującej gry wideo. Biznes ten prowadzi z przyjaciółką, z której mężem ma, dobiegający końca, romans. Jej relacje z rodzicami są dalekie od poprawnych. Ojciec odsiaduje dożywocie za morderstwo dokonane dziesiątki lat temu, matka nie kryje się z wyzwolonym lifestylem, umilanym towarzystwem dużo młodszego kochanka. Bohaterka chyba jedynie dzięki pewnemu dystansowi oraz dozie sarkazmu jest w stanie normalnie egzystować. Dramatyczne wydarzenie jakim jest napaść seksualna, do której dochodzi w jej domowym zaciszu (!), z łatwością mogłaby stać się przysłowiowym gwoździem do trumny. Mogłaby, gdyby reżyserem był ktoś do bólu przewidywalny, a nasza Michelle była bohaterką bez ikry, bez tajemnic, bez mrocznych żądzy.


    (Źródło: youtube.com)
    To właśnie sposób prowadzenia narracji buduje solidne fundamenty świetnego, a zarazem bardzo nietypowego thrillera, jaki serwuje nam Paul Verhoeven. Reżyser sprawnie miksuje dramatyczne sceny z humorystycznymi wstawkami występującymi na poziomie dialogów lub zupełnie nieoczekiwanych zwrotów akcji. To, co buduje charakter tego filmu, innemu twórcy mogłoby niezwykle łatwo wymsknąć się spod kontroli i dostarczyć tylko powodów do zdeprecjonowania sensu tej gatunkowej sinusoidy. A ta wyróżnia produkcję od strony fabularnej. Technicznie również jest bardzo dobrze. Sposób kadrowania, montaż, ścieżka dźwiękowa, kilkukrotne zaprezentowanie tej samej sceny gwałtu z różnych punktów widzenia - to wszystko tylko potęguje uczucie, że mamy do czynienia z kinem wyższych lotów, nawet jeśli pewne drobnostki scenariuszowe nie zagrały nam idealnie.

    Fabularnie zadziwia tu także swoiste podjęcie tematu gwałtu. Z reguły w filmach widzimy jak ofiary borykają się z ogromną traumą, nie potrafią mówić zdarzeniu, doznają cierpienia nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. Michelle jest zupełnie inna: o napaści wyznaje przyjaciołom podczas kolacji w restauracji, zaczyna fantazjować o gwałcicielu, a wulgarne smsy jakie dostaje od niego sprawiają, że po krótkotrwałym strachu pojawia się u niej narastający dreszczyk ekscytacji. Seksualna napaść stała się więc jakby otworem do odsłonięcia skrywanej przez lata mrocznej strony, tajemniczych żądz, niewypowiedzianych pragnień. Paradoksalnie ten, kto naruszył jej nietykalność cielesną, dokonał zdjęcia maski, którą bohaterka nosiła - także przed samą sobą - latami.

    Wisienką na torcie stanowi w "Elle" fenomenalna kreacja Michelle w wykonaniu diwy europejskiej kinematografii - Isabelle Huppert. Diwy, która doskonale znana jest także w hollywoodzkim światku i która coraz odważniej podbija go. W tym roku może zatriumfować zgarniając tę ostatnią statuetkę, której brakuje jej do kolekcji. Do walki o Oskara staje m.in. z Meryl Streep, Emmą Stone oraz Natalie Portman. I mam wrażenie, że prawdziwy pojedynek będzie stoczony z tą ostatnią. Bez względu na jego wynik jestem pewna, że popis jakiego dokonała Huppert w "Elle" dowodzi o jej talencie do wyboru świetnych ról oraz absolutnym aktorskim geniuszu. 



    (Źródła: nytimes.com i wyborcza.pl)

    Continue Reading

    Boska Bridget znowu wraca! I po raz kolejny próbuje podbić nasze serca. Czym? Swoją życiową nieporadnością, uroczą naiwnością, beztroskim szaleństwem oraz błyskotliwą ripostą. Czy odniesie sukces: z jednej strony w życiu prywatnym, z drugiej w kinowych box office'ach? Mam nadzieję! :)


    (Źródło: comingsoon.net)

    Kilkanaście lat później znów spotykamy roztrzepaną Bridget. Nadal jest producentką telewizyjną i wciąż cechuje ją skłonność do generowania nowych kłopotów. Jednym z największych było rozstanie z Markiem Darcy. Nasza bohaterka kończy więc 40-stkę w klimacie zbliżającej się depresji. Przyjaciele są zajęci swoimi związkami i domowymi obowiązkami, rodzice ochoczo angażują w życie społeczności lokalnej, a uroczego mężczyzny, na którego ramieniu panna Jones mogłaby się wesprzeć, ani widu ani słychu. Na szczęście z pomocą spieszy koleżanka pracy, której zwariowane pomysły nie są obce. Wyciąga Bridget na festiwal muzyczny, który obfituje w szalone przygody. 

    (Źródło: youtube.com)
    Trzecia odsłona losów Bridget Jones jest równie szalona i zabawna co dwie poprzednie. Bohaterka z zaskoczeniem odkrywa, że jest w ciąży, lecz nie ma pojęcia kto jest ojcem. Przystojny i tajemniczy Jake, którego poznała na urodzinowym wyjeździe czy może szarmancki, lecz nieco zdystansowany Mark, z którym nieoczekiwanie spotkała się na chrzcinach pociechy swojej przyjaciółki? Do ostatniej niemal sceny będzie próbować rozwikłać tę zagadkę, jak i drugą, trudniejszą - czy miłość można zaplanować, wypracować, a nawet wyliczyć wg jakiegoś specjalnego algorytmu?



    (Źródło: metro.co.uk i sheknows.com)

    Jaki jest seans? Lekki, przyjemny, zabawny. Dobre samopoczucie gwarantowane! To idealny pomysł na babski wieczór, bo - co tu ukrywać - panom raczej historie Bridget nie przypadną do gustu. Choć bohaterce nie brakuje ani poczucia humoru, ani uroku osobistego. 
    Odpowiadając na pytanie ze wstępu, kinowych box office'ów "Bridget Jones 3" zapewne nie zdobędzie, ale podbije serca wielu kobiet, a to chyba można uznać za sukces!

    (Źródło: telegraph.co.uk)

    Continue Reading

    Co jest potrzebne do stworzenia zabawnego thrillera? Podstarzała gwiazdka pop z aktorskimi aspiracjami, umięśnione i czarujący młodzieniec stawiający pierwsze kroki w Hollywood (tagi: hot, good looking, so damn sexy, cute, sweet, handsome, rzygam tęczą są tutaj na miejscu) oraz absurdalna historia romansu tej dwójki. Jaki jest efekt końcowy? Oszałamiający – prawie spadłam z fotela! :)


    (Źródło: filmweb.pl)

    Grunt to dobrze rozpocząć majówkę. Pierwszą atrakcją na mojej liście „to do” w ostatni długi weekend było właśnie kino. I to w doskonałym towarzystwie Emilii z Po napisach końcowych i Michała z Seriale,filmy, muzyka. Film wybraliśmy po szczegółowej selekcji. Poszukiwaliśmy produkcji z ostatnich tygodni, która swoim poziomem dorówna hitowi wszech czasów – „Rio, kocham cię!” (o filmie przeczytacie TUTAJ), na seansie którego doznałam eskalacji śmiechu, zażenowania, rozczarowania, oszołomienia i sama nie wiem czego jeszcze. Tak czy siak, było przezabawnie. :)

    (Źródło: youtube.com)

    „Chłopak z sąsiedztwa” wziął się więc nie przez przypadek. Z entuzjazmem podążyliśmy do kina i – wyposażeni w odpowiednie napoje – zasiedliśmy w fotelach, czekając na początek projekcji. Nie wiedzieć czemu, cały czas oczekiwałam komedii, dlatego głos Emilii „Ale to będzie thriller!” wprawił mnie przez chwilę w zaskoczenie i smutek, że seans nie będzie tak radosny, jak oczekuję. Dość szybko jednak udało się zweryfikować to nastawienie i dostać permanentnego zacieszu.


    (Źródła: filmweb.pl i brunchnews.com)

    Dlaczego? Bo film Roba Cohena („Szybcy i wściekli”, „Alex Cross”, „Tunel”) to przede wszystkim spora dawka nierealnych sytuacji, sztucznych dialogów i wymuszonych gestów. Historia krótkiego romansu Claire – rozwiedzionej nauczycielki z Noah, przystojnym, nowopoznanym przyjacielem jej nastoletniego syna nie trzyma się kupy. Claire (Jennifer Lopez) jest atrakcyjną kobietą po 40. Ma pracę, ładny dom, całkiem fajnego syna i wiszące na włosku małżeństwo. A właściwie męża, z którym od jakiegoś czasu żyje w separacji. Niby chce odbudować to, co kiedyś ich łączyło, ale nie ma jeszcze dość siły, odwagi czy przekonania, żeby stało się to już teraz. Zwleka więc z większymi krokami, czekając na właściwy moment. 

    W międzyczasie do schorowanego, samotnego sąsiada wprowadza się kuzyn. Chłopak jest młody, wysportowany, uprzejmy i czarujący. Jego zainteresowanie początkowo schlebia Claire, która wciąż stara się traktować go jak miłego kolegę syna. Ich relacja ulega jednak zmianie. Pewnej nocy nawiązują romans, po którym bohaterka ma wyrzuty sumienia, a Noah odkrywa swoje prawdziwe oblicze…

    (Źródło: variety.com)

    Fabuła tylko brzmi złowieszczo. W rzeczywistości jest śmieszna, nieprawdopodobna i po prostu komiczna. Z poszczególnych scen bije sztuczność. Coś na miarę ton botoksu i wielu godzin spędzonych w Photoshopie, by Perfekcyjna Pani Domu lat 43 wyglądała na 25. :) Za „misternym” scenariuszem stoi debiutantka – Barbara Curry, więc nikogo chyba nie dziwi fabularna klapa. Oczywiście produkcji nie pomaga angaż Jennifer Lopez, która nie ma za grosz talentu aktorskiego. W scenach płomiennego seksu prezentuje się całkiem nieźle, bo widać jej atuty. Niestety w innych ujęciach nie wypada tak korzystnie…

    Podobnie jest z piękniusim Ryanem Guzmanem. Miło się na niego patrzy, ale do największych zalet należą jedynie szelmowski uśmiech, zalotne spojrzenie i kaloryfer na klacie. Gdyby w filmie nie zdejmował koszulki, czułabym się oszukana ;)

    (Źródło: nypost.com)

    „Chłopak z sąsiedztwa” nie ma samych wad. Musimy tylko spojrzeć na niego, jak na produkcję lekką, przerysowaną, nierealną. Traktowanie historii romansu spokojnej nauczycielki z młodym psychopatą to okazja do nabijania się z ich koślawych dialogów, miernego aktorstwa, trefnych efektów specjalnych i nieudolnego zlepiania w całość kilku różnych wątków. Chwilami miałam wrażenie, że na ekranie obserwuję miks „Szybkich i wściekłych”, „Gościa” i „Młodych gniewnych”. 

    Niestety nie wszyscy widzowie tak odebrali ten film. Niektórzy z całkiem poważnymi minami śledzili koleje losu naszych bohaterów i z wielkim, nieukrywanym oburzeniem obserwowali moje wybuchy śmiechu. Co więcej, otwarcie mierzyli mnie wzrokiem, jawnie dając znać „Uspokój się! To jest poważny thriller, a ja się tak bardzo nim emocjonuję!”. Jak możecie się spodziewać, nie przejmowałam się nimi i z ogromną radością wyczekiwałam końca, choć seans zaliczam do udanych. Bo co jak co, ale dawno tak się nie uśmiałam w kinie! :)

    (Źródło: ew.com)

    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top