facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Rosie jest urocza. Alex jest przesympatyczny. Oboje znają się od kołyski - razem stawiali pierwsze kroki, świętowali pierwsze urodziny. Są jak papużki nierozłączki w wydaniu damsko-męskim. I pozornie cały czas łączy ich tylko przyjaźń. Do czasu imprezy urodzinowej głównej bohaterki, na której uczucia biorą górę, a Alex całuje Rosie. 

    (Źródło: evokie.ie)

    To krótkie zdarzenie, wydawałoby się wręcz błahe i niepozorne, pośrednio wpływa na dalsze losy bohaterów. Rosie bowiem zupełnie nie pamięta całego zdarzenia i wstydzi się za WSZYSTKO, co miało miejsce minionej nocy. Alex bierze to do siebie i odczytuje jako przekreślenie szansy na związek. W ten sposób niewyjaśniona sprawa młodzieńczego pocałunku rzutuje przede wszystkim na to, z kim pójdą na bal maturalny. A jak się łatwo domyślić ta decyzja będzie brzemienna w skutkach. 



    (Źródła: news.com.au, entertainment.ie i teaser-trailer.com)

    Nieplanowana ciąża, samotne macierzyństwo, rezygnacja ze studiów i kariery zawodowej, wieczne mieszkanie u rodziców - tak wygląda rzeczywistość Rosie po narodzinach Kate. Alex ma się o niebo lepiej! Zagraniczne studia na prestiżowej uczelni, mnóstwo przyjaciół, piękna dziewczyna, wielki apartament i szansa na światową karierę chirurga. Żyć - nie umierać. 
    Nie zapomina jednak o przyjaciółce z przeszłości. Tak samo jak ona nie zapomina o Alexie. I tu pojawia się najważniejsze pytanie: czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie.

    (Źródła: tmisource.com)


    Film Christiana Dittera znacznie odbiega od klasycznej formy romantycznych komedii. Zwykle w takich produkcjach wszystko odbywa się "lekko, miło i przyjemnie". Nie ma podstaw do jakiejkolwiek refleksji, nie ma głębszych przemyśleń, nie ma konkretnego przesłania. Ma być ckliwie, uroczo, błogo i BARDZO słodko. Do tego stopnia, że nie jest to zjadliwe dla kogoś, kto nie płakał na "Titanicu".
    Poza tym najczęściej mamy również mocno naciąganą fabułę i sporo nijakich aktorów do końca swych dni grających w tego typu produkcjach.

    Co więc wyróżnia "Love, Rosie", której zwiastun nie zapowiada wielkiego przełomu? Sens opowieści! Alex i Rosie nie mają życia usłanego różami. I jedno, i drugie miewa kryzysy, przechodzi załamania, czuje samotność, wypalenie, rozczarowanie życiem. Oboje borykają się - na różnym etapie swojego życia - z przeróżnymi kłopotami. A mimo wszystko "coś" ich do siebie ciągnie. Coś, czego na początku nie potrafią sprecyzować. Coś, co później boją się głośno nazwać. 
    Ditter, dzięki - jak mniemam - całkiem dobrej podstawie w formie światowego bestsellera "Na końcu tęczy" i dzięki fajnej reżyserskiej koncepcji, stworzył obraz, który przyjemnie się ogląda, chociaż jest bardziej gorzki niż słodki. 

    (Źródła: uk.celebrity.yahoo.com)

    Zawsze szczerze przyznaję, że nie przepadam za filmami, w których wątki miłosne są wiodącymi. Romanse, melodramaty, komedie romantyczne - oglądam sporadycznie i z reguły nie są tym, czym się zachwycam. Nie jest to żadna poza, moda czy dowód na serce z kamienia - raczej kwestia filmowych upodobań ;)
    Idąc więc na "Love, Rosie" nie oczekiwałam, że wyjdę z kina zauroczona. A tak się właśnie stało! Zauroczyła mnie dość ciekawa historia, zauroczyli mnie główni bohaterzy, mający w sobie jakiś magnetyczny pierwiastek, który od pierwszego kadru wzbudza sympatię widza, zauroczyła mnie nade wszystko prześliczna Lilly Collins, od której KAŻDEMU niezmiernie trudno oderwać wzrok! 

    Co więcej, Collins jest świetna w tej roli! Odgrywa postać Rosie z niebywałą lekkością. Bardzo szybko kupujemy ją w tym wizerunku. Zarówno wtedy, gdy jest radosna, nieodpowiedzialna, szalona, jak i w momentach smutku, kłótni czy zmęczenia. Udowodniła, że naprawdę ma smykałkę do tego, co robi! 

    (Źródła: blogs.indiewire.com i kino.de)

    "Love, Rosie" to naprawdę dobra propozycja na grudniowy wieczór/weekend. Pójście do kina nie powoduje bólu głowy, mdłości czy apatii. Nawet cynicy zwykle śmiejący się z ckliwych love story będą zadowoleni. Jak napisał Michał Pietrzyk na Filmwebie: "Love, Rosie  stanie się dla współczesnych widzów tym, czym w latach 90. były Cztery wesela i pogrzeb." Może to trochę przesada, ale z pewnością zostanie dobrze zapamiętany :-)

    (Źródło: youtube.com)

    Continue Reading

    Czas na rozwiązanie naszej Mikołajkowej zabawy! Kto wygrał jedną z trzech płyt „Tomasz Raczek. Sztuka Słuchania Filmów. Przeboje”?


    Zgłoszeń wysłaliście ponad 20. Wybór więc nie był taki prosty. Czytając Wasze odpowiedzi i słuchając genialnych filmowych kawałków (dzięki za te wszystkie linki!), siedziałam do 1:00. I zastanawiałam się kto najbardziej przekonał mnie do swojej ukochanej piosenki z filmu. Oto i laureaci!

    1. Klaudia M., która poleciła kawałek "Somewhere in my memory" J.Williamsa do filmu "Kevin sam w domu" (link)
    2. Ula M. rekomendująca "Atlas" Coldplay'a do filmu "Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia" (link)
    3. Alek N. zachwycający się utworem "My man" Barbry Streisand wykonanym do filmu "Zabawna dziewczyna" (link)



    Gratuluję! Do naszych zwycięzców trafia paczka od św. Mikołaja, a w niej:
    - płyta „Tomasz Raczek. Sztuka Słuchania Filmów. Przeboje”* z autografem Tomasza Raczka
    - przypinka Okiem Kinomaniaka
    - mały podarek świąteczny

    Zwycięzcy proszeni są o podanie danych do wysyłki na adres okiemkinomaniaka@op.pl lub poprzez wiadomość prywatną na Facebooku.

    *Fundatorem płyt jest Wytwórnia Muzyczna MTJ.
    Continue Reading

    Urodziny bloga za nami, Mikołajki tuż tuż. Z tej okazji mam dla Was konkurs. Szczególnie ucieszą się miłośnicy muzyki filmowej, ponieważ do wygrania są... 3 płyty filmowych dźwięków, które wybrał Tomasz Raczek! :-)


    Album „Tomasz Raczek. Sztuka Słuchania Filmów. Przeboje” to kompilacja szesnastu utworów z całego świata, znanych z małego i dużego ekranu. Jakie utwory znalazły się na trackliście? Wśród najpopularniejszych przebojów takich jak „Singing in the rain” Gene'a Kelly na płycie są również mniej znane piosenki: „Don’t Let Me Be Misunderstood” Santa Esmeraldy (tytułowy utwór filmu „Kill Bill vol.1”) czy „Roztańczone nogi” (z filmu „Hallo Szpicbródka”) w brawurowym wykonaniu niekwestionowanej gwiazdy  polskiego ekranu Ireny Kwiatkowskiej.

    Co zrobić, by wygrać jeden z egzemplarzy? Być fanem profilu Okiem Kinomaniaka i odpowiedzieć na poniższe pytanie konkursowe:

    "Która filmowa piosenka jest Twoją ulubioną i dlaczego?" 


    Do swoich kreatywnych odpowiedzi - zostawianych tutaj lub w komentarzach pod postem na Facebooku - możecie dodawać link do ukochanego utworu, tłumacząc dlaczego właśnie ta, a nie inna piosenka jest Waszą ulubioną :-)

    *W przypadku odpowiedzi na blogu dodawajcie swoje imię oraz adres e-mail! (Ułatwi to późniejszy kontakt ze zwycięzcami)

    Odpowiedzi przesyłajcie do 6.12 (sobota) do godziny 20:00. W niedzielę do południa zostaną opublikowane wyniki, a do trójki szczęśliwców wyślę płyty sponsorowane przez Wytwórnię Muzyczną MTJ.


    Patronat nad płytą objęli: Kino Polska, Kino Polska Muzyka, FilmBox, RMF Classic, Gala, Polska The Times, polki.pl, Helios oraz Kino Konesera. 

    Continue Reading

    Co kinomana boli najbardziej? Rozczarowanie. Swoiste pomieszanie smutku, żalu, zakłopotania i poczucia straconego czasu. Zwłaszcza, kiedy od filmu oczekujesz czegoś konkretnego, porządnego, przemyślanego. Bez względu na to, czy chodzi o dobrą komedię, świetny thriller polityczny, przerażające kino grozy czy solidny dramat. Nieusatysfakcjonowanego widza napełnia smak goryczki. I wielki niedosyt. Tak właśnie czułam się po uroczystym seansie "Obcego ciała" Krzysztofa Zanussiego.

    (Źródło: tor.com.pl)
    Jak ja czekałam na ten film! W najnowszej produkcji Zanussiego o ścieraniu się sprzecznych wizji życia w XXI wieku, walce korporacyjnego wyścigu szczurów z młodzieńczym idealizmem oraz coraz częstszym prześladowaniu chrześcijan w krajach Europy Zachodniej, upatrywałam intelektualną rozprawę nad kondycją współczesnego świata. 
    Liczyłam na obraz rzetelnie podchodzący do problemów polityczno-ideowo-społecznych. Chciałam, by było to coś większego, lepszego, poważniejszego od moich pozostałych, festiwalowych wyborów, które - choć w większości naprawdę udane - podejmowały nieco mniej bieżące tematy (raczej sięgały po uniwersalne zagadnienia bycia uczciwym, decyzji nad wyborem głosu serca czy rozumu itp.).


    (Źródła: gosc.pl i news.o.pl)
    Pierwsze minuty "Obcego ciała" dają nam dość ogólny zarys głównych bohaterów i okoliczności, w jakich ich poznajemy. Zakochana para, błogo spędzająca słoneczne popołudnie na włoskie plaży, to Kasia i Angelo, którzy już niebawem będą zmagać się z licznymi kłopotami. Mimo słabości do Angelo dziewczyna (w tej roli Agata Buzek) postanawia... wstąpić do zakonu. Wychowana w laickim domu, wbrew ateistycznym poglądom stanowczego ojca, zrywa z chłopakiem i szykuje się do odległego klasztoru. Włoch jest zrozpaczony, ale stara się zrozumieć i zaakceptować jej decyzję. By uzyskać jednak pewność, że dziewczyna wie, czego chce, podejmuje roczny kontrakt w jednej z mieszczących się w Warszawie międzynarodowych korporacji. Chce być w pobliżu ukochanej, gdyby ta zdecydowała się opuścić zakon. W firmie trafia do działu zarządzanego przez despotyczną Kris oraz jej asystentkę Mirę. I w ten sposób poznaje czym jest nietolerancja religijna oraz bezwzględność, cynizm i wyrachowanie feministek.



    (Źródła: filmweb.pl, tvnwarszawa.tvn24.pl i kino.dlastudenta.pl)
    Pomysł był naprawdę interesujący. I na tym kończą się plusy produkcji. Niestety ani scenariusz, ani reżyserska wizja nie mogą być komplementowane. Po prostu nie przekonują. Ba, są najzwyczajniej w świecie słabe! Pogmatwanie losów bohaterów staje się wręcz absurdalnie śmieszne i niedorzeczne. W pewnym momencie z dość nijakiego, ugrzecznionego Angelo Zanussi robi polsko-włoską wersję Bonda dryfującego z łapówką po moskiewskich ulicach. Co gorsza, takich wpadek i fabularnych niejasności jest więcej.

    Obrazu nie ratuje również angaż świetnych polskich aktorek - Agaty Buzek i Agnieszki Grochowskiej. Wydaje się, że panie - zwłaszcza ta druga - nie były przekonane do swoich postaci. Słowa wypowiadane więc przez Grochowską brzmią nad wyraz sztucznie. Nie wspominając już o tym, że co i raz z ekranu pada truizm za truizmem.

    Reżyser - wbrew temu, co sugeruje opis filmu - nie pofatygował się o dogłębną analizę przedstawianych zjawisk. Posługuje się całą masą stereotypów. Używa ich pokazując charakter, wygląd, życie prywatne feministek, jak i osobowość przeciętnego, gorliwego katolika. Autokratyczna szefowa Angela ma napięte relacje z przybrana matką, marzy o wspinaniu się po zawodowej drabinie sukcesu, a relaksuje korzystając z usług sado-maso. Natomiast sam Angelo zawsze jest uczynny i posłuszny do granic możliwości i nigdy nie rozstaje się z różańcem noszonym na palcu. W "Obcym ciele" dostajemy bardzo przejrzysty podział na dobrych i złych, a od Zanussiego chce się wymagać więcej!
    Ponadto, również wizja korporacji wydaje się być powielona z TVNowskich produkcji. Mroczny klimat pracy wśród karierowiczów podkreślają chłodne barwy wnętrza firmy oraz sposób zwracania się Kris do podwładnych.

    (Źródło: stopklatka.pl)
    Przez dłuższy czas - tak w czasie seansu, jak i po nim - zastanawiałam się jak to możliwe, by Zanussi przedstawił na WFF obraz taki jak "Obce ciało". Fabularnie niedopracowany, sztuczny pod względem dialogów i usilnie moralizatorski. Płytki, przerysowany. Wciąż nie znam odpowiedzi na to pytanie. I wciąż nie umiem pogodzić się z tak wielką porażką, jaką okazał się tytuł z pozoru będącym pewniakiem.

    Continue Reading

    I minął kolejny festiwal. W niedzielę, 30 listopada zakończono Festiwal Filmów Rosyjskich "Sputnik nad Wisłą". Jury przyznało nagrody. Kto wygrał ósmą edycję?

    (Źródło: sputnikfestiwal.pl)
    Festiwalowe Jury w składzie: Maciej Pieprzyca, Maria Sadowska i Kaja Klimek Grand Prix 8. Sputnika wręczyło filmowi „Jak mam na imię” Niginy Sajfułłajewej, argumentując decyzję „lekkością i bezpretensjonalnością formy oraz psychologiczną wiarygodnością postaci poszukujących własnych korzeni”.
    II Nagroda trafiła do filmu „Dureń” Jurija Bykowa. Obraz doceniono „za drapieżność i bezkompromisowość w ukazywaniu rosyjskiej rzeczywistości oraz sprawność warsztatu reżyserskiego”.
    III Nagroda przypadła obrazowi, który można było obejrzeć już na tegorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym - „Gwieździe” Anny Melikian. Produkcję tę wyróżniono „za trafną diagnozę roli mediów i kultury w kształtowaniu współczesnej tożsamości oraz precyzyjnie skonstruowany scenariusz”.
    (Źródło: sputnikfestiwal.pl)

    Nie obyło się także bez wyróżnień specjalnych. Jury przyznało je aż cztery następującym filmom:-  „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna” w reżyserii Andrieja Konczałowskiego "za mistrzowskie połączenie realizmu z metafizyką i poetyckością z komentarzem społecznym”,-  „Próba” Aleksandra Kotta „za intrygującą formę i wyjątkową spójność estetyczną",- „Biały mech” Władimira Tumajewa „za wizualną podróż do przemijającego świata na krańcach cywilizacji”,- „Jeszcze jeden rok” Oksany Byczkowej za „emocjonalną wiarygodnością w ukazaniu obrazów z życia małżeńskiego”.

    Podczas tegorocznej edycji serce publiczności zdobył "Dureń" - dramat o prostym hydrauliku mającym uratować mieszkańców starego, zawalającego się hotelu robotniczego.
    (Źródło: sputnikfestiwal.pl)

    Continue Reading

    Jak wygląda azjatycki western? Czy kino Dalekiego Wschodu może być niezmiernie zabawne? I w jaki sposób tajska produkcja jest w stanie podbić serca polskich miłośników kina? Na te i inne pytania odpowiedź znalazłam dzięki "Łzom Czarnego Tygrysa". Seans odbyłam oczywiście w ramach 8. edycji Festiwalu Pięciu Smaków. 


    (Źródło: fdb.pl)

    Samo określenie „tajlandzki/tajski western” brzmi intrygująco. Czego spodziewać się po takim obrazie? Trudno powiedzieć. A poziom zakłopotania i zagubienie wzrasta wraz z doprecyzowaniem, że chodzi o produkcję czerpiącą pełnymi garściami przede wszystkim z dorobku kultowego Sergio Leone i jego spaghetti westernów. Zachowajcie jednak spokój – szaleńcza mikstura Wisita Sasanatienga wyszła naprawdę dobrze! 

    (Źródło: youtube.com)

    Dum jest odważnym wojownikiem, jednym z najbardziej zaufanych ludzi niebezpiecznego zbira grasującego w okolicy. Jak się okazuje główny bohater pochodzi z ubogiej, farmerskiej rodziny i już za młodu zaznał ciężkiej pracy. W bliżej niewyjaśnionych okolicznościach dołączył do szajki, przyjął pseudonim Czarnego Tygrysa i momentalnie wyszedł na jej prowadzenie. To spowodowało pewien konflikt z dotychczasowym ulubieńcem przywódcy gangu, tylko pozornie wciąż będącym najlepszym kompanem Duma.

    Już w pierwszych scenach poznajemy głównego bohatera jako zdecydowanego, szybkiego i nieustraszonego rewolwerowca. Niemal od razu widzimy też jego romantyczne oblicze. Mężczyzna jest bowiem szaleńczo zakochany w przyjaciółce z dzieciństwa - pięknej Rumpoey, córce miejscowego bogacza. Niestety ojciec chce ją wydać za dobrze prosperującego policjanta, do którego dziewczyna absolutnie niczego nie czuje. Tragedia goni tragedię, a krew miesza się tutaj ze łzami. 


    (Źródła: bad-taste.pl i piecsmakow.pl)

    Historia prowadzona jest dwutorowo. Część zdarzeń poznajemy chronologicznie, resztę zaś wyjaśniają liczne wycieczki retrospektywne głównego bohatera. Dzięki temu zabiegowi wyjaśnia się co tak naprawdę łączy Duma i Rumpoey.

    Co jednak najciekawsze, „Łzy Czarnego Tygrysa” wzbogacono o przedziwną formę wizualną. Mamy do czynienia z bajkowymi kolorami i komiksowymi zdjęciami. Stylistyka jest równie nietypowa co poziom melodramatyzmu niektórych scen. Karykaturalne gesty, przerysowane sceny rożnych deklaracji, ckliwe śpiewanie ballad, krwawe pojedynki, emocjonujące strzelaniny i wartkie pościgi.  A to wszystko okraszone romantyczną, tajską muzyką z dodatkiem komicznego, nieco złowieszczego chichotu zawadiackiej hołoty.  

    Niemal błyskawicznie okazuje się, że produkcja Wisita Sasanatienga trafia w gusta także polskich kinomanów. Bo to, czy pastiszowy western rozbawi odbiorcę do granic możliwości, na szczęście nie jest zdeterminowane pochodzeniem widza. I bardzo namacalnie doświadczyłam tego podczas seansu.
    Tym, którzy przegapili „Łzy Czarnego Tygrysa” szczerze współczuję i zalecam jak najszybsze odkopanie filmu gdzieś w czeluściach legalnego Internetu J


    (Źródło: fdb.pl)

    Continue Reading

    Westernowe pif paf w azjatyckim stylu. Szaleńcza intryga podana w przezabawnej formie. Wen Jing dowodzi, że chińsko-hongkongijska współpraca może przynieść bardzo dobre efekty. 

    (Źródło: beyondhollywood.com)
    Zhang jest znanym przywódcą mafijnej zgrai. Napada na konwoje, okrada bogatych. Wraz ze swoimi wiernymi rzezimieszkami, których traktuje jak ukochanych synów, dokonuje kolejnego skoku. Ma zamiar obrabować pociąg pewnego gubernatora. Jak się okazuje, za gubernatora podaje się drobny oszust, który wielkodusznie zgadza się pomóc Zhangowi w objęciu posady burmistrza dość odległego, prowincjonalnego miasteczka. Szkopuł w tym, że na miejscu Zhang błyskawicznie znajduje groźnego rywala w postaci lokalnego tyrana Huanga, któremu pokłony pokornie oddają miejscowi. Mężczyźni od razu zaczynają bezpardonową rywalizację. Częściowo prowadzą wojnę na miny i gesty próbując zdobyć zaufanie tego drugiego, częściowo zaś podejmują brutalną walkę z użyciem ostrej broni i licznej, uzbrojonej armii. A ich pojedynek o władzę i honor zdaje się nie mieć końca...


    (Źródło: youtube.com)
    Jaki jest film? Przede wszystkim szybki! Jak na tacy dostajemy intrygująca, dobrze napisaną fabułę sprytnie wprowadzająca nowe wątki i kolejne, niespodziewane zwroty. "Niech zatańczą kule" z jednej strony zaskakują bardzo wartką akcją, z drugiej zaś jeszcze szybszymi, równie błyskotliwymi dialogami okraszonymi sporą dawką bardzo dobrego humoru.

    Zadowoleni będą miłośnicy prawdziwego kina akcji. Nie brakuje bowiem licznych pościgów, walecznych pojedynków, krwawych walk i emocjonujących słownych potyczek. A fakt, że produkcja została utrzymana w westernowym klimacie tylko zwiększa apetyt amatorów nietypowych mieszanek gatunkowych.


    (Źródła: nytimes.com i tarstarkas.net)
    Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tak udanej porcji rozrywki. "Niech zatańczą kule" sprawiły, że coraz bliżej mi do azjatyckiego kina, które - jak się okazuje - również potrafi być karykaturalne i zabawne. Film Wena Jinga sprytnie łączy w sobie elementy co najmniej kilku gatunków filmowych (westernu, komedii, kryminału i akcji) tak, że finalnie widz dostaje bardzo smakowity kąsek.  

    (Źródło: planetaua.net)

    *Film można obejrzeć już dzisiaj wieczorem. Seans, zorganizowany w ramach Festiwalu Pięciu Smaków, odbędzie się w Kinie Nowe Horyzonty o 20:00. Polecam! :-)
    Continue Reading
    Newer
    Stories
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top