facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Wszystko, co produkuje Vega, budzi sensację jeszcze przed premierą. Tak było ze "Służbami specjalnymi", "Ciachem" czy poprzednim "Pitbullem". Nic więc nadzwyczajnego w tym, że i sequel opowieści o wydziale kryminalnym stołecznej policji także zrobi poruszenie wśród widzów. Czy słusznie? Czy efekt jest zaskakujący w pozytywnym znaczeniu?

    (Źródło: moviesroom.pl)

    Zdecydowanie zaskakuje tu kilka elementów. Przede wszystkim główny bohater poprzedniej części - Majami, kryje się w cieniu. Jego postać jest swoistym pretekstem, by wrócić do opowieści o kryminalnych z Warszawy, niemniej przez cały film jawi się gdzieś w tle. I nie jest to nawet zarzut, bo choć duet Stramowski-Ostaszewska, w poprzedniej odsłonie wypadł rewelacyjnie i przypadł do gustu widzom, to w "Niebezpiecznych kobietach" występuje w roli wisienki na torcie. Podobnie jest z postacią Gebelsa i gangstera Stracha - obaj panowie zapewniają sporą dawkę humoru, co potwierdza reakcja publiczności na sali kinowej. Z tą jednak różnicą, że wątek Majami i Olki. niepotrzebnie powiększono o perypetie nieoczekiwanego związku ich starszej córki. Takie rozwarstwienie fabuły wygląda jakby chciano nim załatać jakieś braki produkcji i nigdy nie wychodzi filmowi na dobre.

    Tym razem na pierwszym planie faktycznie mamy kobiety. Z jednej strony powiązaną z mafią Małgorzatę Bojkę (Alicja Bachleda-Curuś), z drugiej zróżnicowane środowisko policjantek (jedne są skorumpowane, inne agresywne, jeszcze inne nieco naiwne). Poznajemy ich losy fragmentaryczne, może nieco zbyt chaotycznie, co sprawia, że tracimy pewną wiarygodność postaci. Również język naszych bohaterów oraz ich niektóre gesty wydają się być przerysowane. To trochę zaburza odbiór całości, której momentami bliżej do jakiejś farsy, parodii niż wiernego przedstawienia wycinka rzeczywistości nieznanego większości z nas.

    (Źródło: youtube.com)

    "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" to jednak dość dobre kino rozrywkowe, którego akcja rozgrywa się wokół porachunków na linii mafia - policja. Fabuła, mimo drobnych luk, swoistej chaotyczności oraz pewnego oderwania od rzeczywistości (Vega jak zwykle przez jedną postać chce pokazać zbyt wiele), trzyma w napięciu przez cały seans. A ten, dodajmy, nie jest krótki (trwa 2 godziny!). Nie jest to niestety poziom, jaki reprezentuje pierwsza odsłona "Pitbulla" z 2005 roku, ale i oczekiwania widowni się zmieniły. Ma być warta akcja, wielu bohaterów, wątki kryminalne, przemoc i ostry język, a to wszystko okraszone humorem. I tak właśnie jest u Vegi. Z pewnością na ten film wyleje się wiadro pomyj, bo hejt jest tym, co bardzo lubimy. Zwłaszcza w odniesieniu do rodzimych twórców kina. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że gdyby obraz ten powstał w Stanach, dostałby po prostu serię 5-tek czy 6-stek (a może nawet i 7-ek) na Filmwebie, a że jest "made in Poland", otrzyma niskie noty i morze komentarzy narzekających na to lub owo. Szkoda, bo choć "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" nie jest arcydziełem gatunku kryminalno-sensacyjnego, to warto go obejrzeć jako przykład całkiem udanego sequela.


    (Źródła: film.onet.pl i film.wp.pl)
    Continue Reading

    Choć dla wielu kino amerykańskie kojarzy się wyłącznie z gigantycznymi, drogimi i dość pustymi hollywoodzkimi produkcjami, to prawda jest zupełnie inna. W Stanach powstaje mnóstwo niszowych produkcji: niezależnych, niskobudżetowych, ambitnych. Jedne są bardziej, drugie mniej udane - jak wszystkie filmy. Po 2 czy 3 latach starań, wreszcie dotarłam do Wrocławia, by podczas 7. edycji American Film Festival sprawdzić, jak dobre może być kino "made in America", które zwykle nie trafia na ekrany polskich kin. 


    (Źródło: radioram.pl)

    Wystrzałowe krewetki / The Pistol Shrimps
    reż. Brent Hodge

    To chyba największe zaskoczenie! Wybrałam ten film tak po prostu, zaciekawił mnie opis, bo trailera nawet z lenistwa nie odpaliłam. W sobotni poranek ledwo ściągnęłam się z łóżka, by zdążyć na seans, który... okazał się rewelacyjny! Film bowiem powala nas na kolana!
    Grupa kilkunastu kobiet na co dzień pracujących w Hollywood postanawia założyć amatorską, kobiecą drużynę koszykówki. Choć większość z nich ze sportem nie miała nic wspólnego od lat, zaczynają spotykają się na cotygodniowych treningach i meczach. Aktorki, fotografki, scenarzystki, modelki, nie patrząc na kontuzje i siniaki dają z siebie wszystko na parkiecie, a zacięcie kibicują im bliscy i znajomi.
    "Wystrzałowe krewetki" to więc dokument o pasji, potrzebie odcięcia od zgiełku i zakłamania filmowego światka oraz kobiecej przyjaźni, o której niełatwo w dzisiejszym świecie.

    (Źródło: youtube.com)

    Plan Maggie
    reż. Rebecca Miller

    To taki komediodramat. Z jednej strony dość lekka opowieść o chaotycznej, aczkolwiek całkiem sympatycznej pracownicy naukowej, która nieoczekiwanie spotyka na swojej drodze wybitnego antropologa żyjącego w cieniu swojej jeszcze bardziej wybitnej (i ambitnej) żony. Z drugiej smutny obraz tego, jak szybko czar miłości może prysnąć.
    Osobiście rozpatruję ten film w jeszcze jednym wymiarze. To trochę portret tego, jak bardzo wielu współczesnych mężczyzn przybiera postawę ofiary, jak bardzo unika decyzyjności, jak drastycznie z pana domu staje się rodzinnym ofermą. 

    (Źródło: wizerunekkobiety.pl)

    American Honey
    reż. Andrea Arnold

    I tak jak "Wystrzałowe krewetki" były nieoczekiwaną perełką AFF, tak "American Honey" okazało się wielkim niewypałem. Film drogi i młodym pokoleniu Amerykanów z mniejszych miejscowości, trudnych rodzin i patologicznych środowisk, poszukujących swojego miejsca w świecie, zmęczył mnie przeogromnie. Całość jest długa (2,5 godziny!), co bez dwóch zdanie daje się we znaki zwłaszcza, że fabuła się rozmywa, a akcja zwalnia. Scenarzyście zabrakło jakiejś ikry, bo całkiem nieźle zapowiadającą się historię sprawnie, spójnie i ciekawie doprowadzić do finału. Mamy szalony miszmasz wątków, świetną kreację debiutującej Sashy Lane, na którą bardzo dobrze się patrzy, piękne zdjęcia i zacną ścieżkę dźwiękową. Perfekcyjnie psuje to jednak niedomyślany scenariusz oraz brak wizji reżyserki. 



    (Źródło: youtube.com)

    Każdy by chciał / Everybody wants some
    reż. Richard Linklater

    To zupełnie inny Linklater niż ten znany z trylogii z Delpy i Hawke'iem w rolach głównych czy "Boyhoodzie". Tu mówi językiem prostych młodzieńców - członków drużyny baseballowej z college'u. Do ekipy dołącza kilku pierwszorocznych, w tym Jake, który nieco odstaje od grupy. Jest spokojniejszy, nieco wycofany i nie tak bardzo sfiksowany na punkcie sportu. Czyta poezję, zna się na muzyce, ma dobre maniery. Pierwszego dnia poznaje tajemniczą dziewczynę z akademika, dla której mocniej zaczyna mu bić serce. W ferworze przeprowadzki, integracji z kolegami, adaptacji w nowym miejscu i pierwszych treningów, próbuje odnaleźć piękna nieznajomą i umówić się z nią na randkę.
    Na pierwszy rzut oka "Każdy by chciał" wygląda jak milion innych produkcji o studenckiej rzeczywistości Amerykanów. Daleko mu jednak do obrazów takich jak "American Pie" (i dobrze!). Jest ciekawie i zabawnie, ale z pewnością nie przaśnie. Dobre kino rozrywkowe! 

    (Źródło: youtube.com)
    Continue Reading

    Nietrudno znaleźć film z motywem młodości. Śmiem podejrzewać, że to jeden z bardziej popularnych i nawet najbardziej lubianych motywów, z którymi zmagają się maturzyści na egzaminie z języka polskiego. Nie brakuje więc dzieł, także tych filmowych, prezentujących najróżniejsze odcienie tego wspaniałego okresu w życiu człowieka. Nie tak prosto jednak odnaleźć produkcję filmową, która nie skupia się wyłącznie na buncie nastolatków, pierwszych doznaniach seksualnych czy próbie odnalezienia swojego miejsca w świecie. Niewiele jest produkcji, które usiłują pokazać wycinek młodzieńczej codzienności, także tej pachnącej wypitym alkoholem, wypalonymi papierosami i nocami spędzonymi na szaleńczych tańcach oraz niekończących się rozmowach. A takie właśnie są "Wszystkie nieprzespane noce" Michała Marczaka.

    (Źródło: eska.pl)
    Główni bohaterowie - Krzysiek, Michał i Ewa, snują się zwykle bez celu po mieście. Podążają z imprezy na imprezę, z baru do baru. Doskonale znają noce życie stolicy tak, jakby tego "dziennego" w ogóle nie było. Bije od nich ogrom beztroski, ambitnych planów żyjących w ich głowach, które boleśnie zderzają się z szarą rzeczywistością, a także szczerej radości przeplatanej co chwilę z uczuciem melancholii.

    (Źródło: youtube.com)

    Sporo czytałam o tej produkcji. Jeszcze zanim ją zobaczyłam, słyszałam różne opinie: jedne pełne zachwytu, porównujące obraz Michała Marczaka do "Niewinnych czarodziejów" Andrzeja Wajdy, drugie krytyczne, wytykające koślawe dialogi, z których trudno cokolwiek zrozumieć. I szczerze bałam się seansu. Bo tak w kinie, jak i w ogóle w życiu, staram się nie mieć żadnych oczekiwań, zaczynać wszystko z czystą kartą. 
    Na moje szczęście wizja półtoragodzinnej męczarni nie miała miejsca! Seans "Wszystkich nieprzespanych nocy" przebiegł w bardzo dobrej atmosferze, bo nie brakuje w nim wielu komicznych momentów, a główny bohater potrafi skutecznie zauroczyć widza swoją serdecznością, pewną nieporadnością i chłopięcym wdziękiem (przepraszam, ale dla mnie wciąż bliżej mu do chłopca niż mężczyzny). 

    Podobieństwo do "Niewinnych czarodziejów" ogranicza się do zbliżonej koncepcji opartej na minimalizmie formy, wprowadzeniu zaledwie kilku postaci, a także prowadzeniu całej historii wokół dialogów, a nie poprzez rozbudowaną akcję. Ten mechanizm, choć ma swoje mankamenty (nie da się zatuszować tego, że film Marczaka jest dokumentalizowany, co chwilami przyprawia nas a to o ból uszu, a to o ubaw po pachy ze względu na naturalistyczne wręcz kwestie wypowiadane przez bohaterów) sprawdził się naprawdę dobrze. Produkcja ta stanowi wizję reżysera na temat życia współczesnej młodzieży -  ale tej studenckiej, dorosłej. Między przebitkami z nadwiślańskich, letnich imprez, domówek organizowanych zimową porą a barowymi, jesiennymi wędrówkami widzimy młodych takich, jakimi są. Nieco buntowniczych idealistów poszukujących sensu życia, debatujących raz o drobiazgach, innym razem o istocie ludzkiej egzystencji. Borykających się z niezrozumieniem, pragnących przyjaźni i miłości. 



    (Źródła: cojestgrane24.wyborcza.pl i telemagazyn.pl)

    I choć linearnie ta opowieść nie rozgrywa się wokół żadnego wielkiego wydarzenia, nie prowadzi nas do 
    rozwiązania żadnej ważnej zagadki, to pozwala w którymś z bohaterów dostrzec pierwiastek samego siebie z okresu młodości. Chyba bez względu na to, jak daleko do owej młodości musimy sięgać pamięcią. I jak dla mnie to właśnie stanowi o wartości i uroku produkcji Marczaka, która jako jedna z nielicznych, doskonale broni się mimo pewnych technicznych niedociągnięć. 

    (Źródło: tvn24.pl)

    Continue Reading

    Nie oszukujmy się, jakiś czas temu polskie kino wyszło na prostą. Po latach 90. spędzonych w bagienku komedii romantycznych i sensacyjnych klasy B nadszedł czas na powrót do źródła. Do porządnego kina gatunkowego docenianego również poza naszymi granicami oraz do solidnych seriali, na emisję których czeka co tydzień chyba co drugi Polak. Jedną z takich produkcji z pewnością jest "Belfer" w reżyserii znakomitego Łukasza Palkowskiego.

    (Źródło: vod.pl/belfer)
    Nauczyciel polskiego z warszawskiego liceum nagle trafia do szkoły na prowincji. W małym miasteczku Dobrowice doszło w ostatnich dniach do tragicznego wydarzenia. W pobliskim lesie znaleziono ciało Oli, jednej z uczennic, niezbyt lubianej prymuski. Okazuje się, że dziewczyna była w ciąży, chciała się rozstać z chłopakiem, nie mówiła o wszystkich swoich planach rodzicom, a jedyną powiernicą większości jej tajemnic była Ewelina, skrycie zakochana w jej chłopaku Maćku, który jest szkolnym freakiem, outsiderem. 
    Śledztwo niewiele wnosi, sprawa jest trudna do rozwiązania, a tytułowy belfer Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr) próbuje wgryźć się tak w okoliczności wypadku, jak i małomiasteczkową rzeczywistość, przy okazji odkrywając inne sekrety mieszkańców Dobrowic.

    (Źródło: youtube.com)

    Dlaczego "Belfra" dobrze się ogląda? Przede wszystkim ze względu na historię, jaką chcą nam opowiedzieć jego twórcy. Wątek tajemniczej śmierci młodej dziewczyny i w jakiś sposób powiązane z nią inne, niejasne zdarzenia, to materiał na dość długą produkcję, która cały czas trzyma widza w napięciu. Zwłaszcza, że scenariusz napisał Jakub Żulczyk, który do miana gwiazdy polskiej literatury współczesnej zaczął pretendować od czasu ogromnego sukcesu powieści (swoją drogą świetnej, bardzo polecam!) "Ślepnąc od świateł". 

    Niczego jednak nie osiągnie sam dobry pomysł scenariuszowy, bez realizatora bez wizji artystycznej. Tu jednak duet mamy silny, bo za reżyserię odpowiada Łukasz Palkowski, twórca obsypanych nagrodami "Bogów" oraz naprawdę dobrego dramatu z Sonią Bohosiewicz i Marcinem Kwaśnym - "Rezerwat". 


    (Źródło: belfer.canalplus,pl)
    Trzecim filarem produkcji jest fantastyczna obsada. Mamy tu grono genialnych, doświadczonych aktorów (Magdalena Cielecka, Łukasz Simlat, Paweł Królikowski, Agnieszka Popławska) oraz wielu, zdolnych młodych adeptów sztuki aktorskiej (Sebastian Fabijański, Józef Pawłowski, Mateusz Więcławek, Malwina Buss). To sprawia, że dramaturgia zostaje utrzymana na przyzwoitym poziomie w każdym odcinku. Tu w zasadzie nie ma ani słabszych wątków ani słabszych scen. Częściowo jest to zasługą solidnego scenariusza, w którym Żulczyk sprytnie bohaterem uczynił również samo miasteczko. Osadzenie historii w realiach polskiej prowincji było bardzo dobrą decyzją, gdyż nadało całości swoisty klimat.
    Jeśli ktoś z Was, jeszcze nie widział nawet odcinka "Belfra", zachęcam do nadrobienia zaległości. Może nie jest to majstersztyk, ale na pewno bardzo dobra kryminalna propozycja "made in Poland".

    (Źródło: filmweb.pl)

    Continue Reading

    Dolan uwielbia pokazywać ludzkie relacje. Zwłaszcza te niełatwe: związkowe, przyjacielskie, rodzinne. Właśnie ostatnie z wymienionych szczególnie intensywnie porusza w najnowszych filmach - "Mamie" i "To tylko koniec świata". Jego najświeższa produkcja, której wyczekiwałam od premiery w Cannes, już w samym zwiastunie kpi skrajnymi emocjami i mocno oddziałuje na widza. Byłam ciekawa, na ile taki sam efekt gwarantuje seans całego dzieła.  

    (Źródło: tiff.net)
    Nowość młodego, aczkolwiek bardzo już doświadczonego i niewątpliwie utalentowanego, reżysera rozgrywa się wokół powrotu Louisa, głównego bohatera (Gaspard Ulliel) w rodzinne strony. Mężczyzna wraca do domu po 12-letniej nieobecności. Niegdyś wybrał karierę dramatopisarza i zdecydował się porzucić wszystko to, z czym był dotychczas związany. Konfrontacja z bliskimi po tak długiej nieobecności budzi w nim strach. Jest on tym większy, że ów powrót nie został podyktowany nostalgią za starymi czasami czy tęsknotą za matką bądź rodzeństwem, a bardziej pragmatycznie - chęcią wyznania im prawdy o swojej poważnej choroby i swoistego również pożegnania się z nimi.

    (Źródło: youtube.com)
    "To tylko koniec świata" zachwyca już od pierwszego kadru. Osobiście bardzo podobała mi się scena otwarcia, będąca kompilacją ujęć skupionych na detalu. Poza tym niemal w każdej scenie czuć klimat kina charakterystycznego dla Dolana. To wybrzmiewa tak w kolorystyce, kadrowaniu, jak i muzyce, która jest zawsze niebywale dopasowana. 

    Największą pracę wykonali tu jednak niezwykli aktorzy. Szczególnie świetnie wypada Vincent Cassel w roli Antoine'a, karmiącego się kompleksami starszego brata-despoty oraz Marion Cotillard jako jego stłamszona, neurotyczna żona. Ich kreacje przemawiają do nas totalnie. Całkowicie wierzymy w każde ich słowo, wiarygodny jest każdy gest, każde spojrzenie. Oni naprawdę stali się postaciami, w które mieli wcielić się w filmie i właśnie dzięki temu tak głęboko przeżywamy ich bardziej i mniej intymne wyznania. A należy przyznać, że i tym razem Dolan nie oszczędza nam scen pełnych dramaturgii. I co najważniejsze, to poczucie skrępowania, zestresowania, smutku, wstydu, bólu i bezradności z ekranu płynnie przechodzi na widownię. W pewnym momencie po plecach przechodzą nam ciarki z zażenowania, jakbyśmy znaleźli się, jak przypadkowy przechodzeń, w środku rodzinnej awantury. Niespodziewanie weszli w jej sam środek i obserwowali eskalację. 

    Ten genialny wydźwięk filmu nieco psuje jednak główny bohater. I choć Gaspard Ulliel ma za sobą kilka dobrych ról i wyróżnia go charakterystyczna twarz, to nie jest w pełni przekonujący. Albo sama postać Louisa jest zbyt papierowa, bez wyrazu, albo Ulliel nie potrafił wybić tych sprzecznych emocji siedzących w bohaterze. Dla mnie Louis jest płaską postacią, brakuje w nim energii, tej iskry, która niegdyś rozbłysła i pozwoliła mu podjąć odważną decyzję pozostawienia bliskich dla wielkiej kariery. Teraz widzimy go jako ducha. Fizycznie jest obecny z rodziną, ale jego umysł i myśli są gdzie indziej. Może powrót na rodzinne łono po latach sprawił, że czuje, że nie ma prawa zabierać głosu w rodzinnych sprzeczkach. Mnie jednak nawet takie tłumaczenie nie przekonuje do Louisa i tylko przez niego "To tylko koniec świata" rozpatruję jako wyłącznie dobry film wierząc, że Dolana stać wciąż na więcej.


    (Źródła: youtube.com i thefilmstage.com)

    Continue Reading

    Przez 10 dni mogliśmy obejrzeć chyba około 140 filmów, w tym 25 dokumentów i ponad 60 krótkometrażowych produkcji. W tym czasie wiele obrazów miało swoje środkowoeuropejskie, a czasem nawet światowe premiery. Po seansach odbywały się spotkania z twórcami kinami: reżyserami, producentami, aktorami, scenarzystami. Dla mnie ten czas to zawsze swoiste Święto Kina. I przyznam szczerze: jestem szczęśliwa, że po raz kolejny mogłam w nim uczestniczyć! 


    (Źródło: wff.pl)
    Poniżej zrobiłam małe podsumowanie kilku z obejrzanych produkcji. Mam nadzieję, że choć niektóre z nich wejdą do naszych kin, byście i Wy mieli okazję je nadrobić.


    (Źródło: youtube.com)

    Dokument "Putin Forever" mówi o sytuacji współczesnej Rosji. Reżyser mówi o brutalnej polityce rosyjskiego prezydenta, pokazując zarówno jego zwolenników, jak i przeciwników. Skupia się jednak na tych drugich, bo widać i czuć, że się z nimi zgadza. Zdaje się, że pod wieloma słowami swojego głównego bohatera - opozycyjnego aktywisty Wsiewołodowa Czernozuba, podpisałby się bez wahania. To sprawia, że trudno jest uwierzyć w wiarygodność obrazu, nawet jeśli sami stawiamy siebie w kontrze do Władimira Putina.

    Film jest w kinach od 16. października.
    OCENA: 4/10


    (Źródło: film.onet.pl)

    To była jedna z gorętszych premier na 32. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Na seans koprodukcji polsko-amerykańskiej pt. "Prawdziwe zbrodnie" czekało wielu. Zwłaszcza, że miał to być thriller ze śmietanką rodzimych aktorów (Robert Więckiewicz, Agata Kulesza, Piotr Głowacki, Maja Ostaszewska) ze znanymi zagranicznymi nazwiskami (Jim Carrey, Charlotte Gainsbourg).
    Dawna sprawa kryminalna powraca, gdy pojawiają się nowe dowody. Niegdyś zasłużony, teraz odstawiony na boczny tor policjant, ma szansę odkupienia win i doprowadzenia śledztwa do końca. Niestety w sprawę zamieszany jest skorumpowany szef policji oraz znany, kontrowersyjny pisarz, którego fragment powieści łudząco przypomina opis morderstwa. Choć sama zajawka jest interesująca, intrygi brak w tym filmie. Gdyby nie mroczne zdjęcia trudno byłoby o utrzymanie kryminalnego klimatu. Na niekorzyść wpływa pewna teatralność całej produkcji, zbyt długa i częsta gra na zbliżeniach oraz dość mocno naciągany scenariusz. Jednym z nielicznych plusów jest możliwość zobaczenia Carreya w niekomediowej roli (do tej pory nie miałam takiej możliwości),ale w kontrze pojawia się Więckiewicz, którego wiedzieliśmy na ekranie w wielu dużo lepszych rolach. Miało być wielkie WOW, jest raczej rozczarowanie. Albo przynajmniej spory niedosyt.

    Film miał swoją światową premierę właśnie na WFF - 12. października.
    OCENA: 5,5/10

    (Źródło: cojestgrane.pl)

    "Szukając schronienia" to film o tym, jak ogromna rajska wyspa, za jaką dla wielu uchodzi Australia, jest bezlitosna dla uchodźców. Dokument bardzo dobitnie pokazuje nieludzką, australijską politykę imigracyjną, która nie daje szansy na osiedlenie tym, którzy - narażając własne życie - uciekli z ojczyzny pogrążonej w wojnie i zdecydowali się na niebezpieczną podróż po nowe życie, po drugą szansę. Szansy tej jednak nie dostają. Automatycznie trafiają do obozów uchodźców ulokowanych na odległych wyspach - Nauru i Manus. Tam, po wielu dniach bez żadnego zadania, żadnej pracy, a co najgorsze - żadnej szansy na lepsze życie i nadziei na bycie z rodziną (kobiety i dzieci trafiają do innych obozów niż mężczyźni), popadają w depresję, kaleczą swoje ciała i próbują popełnić samobójstwo.

    Światowa premiera filmu odbyła się 26. kwietnia.
    OCENA: 6/10


    (Źródło: youtube.com)

    Film "Plac zabaw" Bartosza M. Kowalskiego to częściowe przeniesienie na obraz prawdziwej historii nastolatków (bohaterowie mają po 12-13 lat), w których rodzi się - albo po prostu dochodzi w końcu do głosu - agresja. Z tym filmem miałam jednak duży problem. Segmentacja opowieści na kilka części jest do pewnego stopnia zrozumiała. Młodzi aktorzy wcielający się w postacie Gabrysi, Szymka i Czarka spisują się na medal. Szkoda tylko, że nie można tego powiedzieć o scenarzystach i samym reżyserze. Dorośli zapragnęli rozgłosu i, bazując na niebywale tragicznym wydarzeniu, zbudowali historię o przemocy wśród małoletnich, o ich bezwzględności i okrucieństwie. By dodać dramatyzmu (a może tylko wzmocnić kontrowersję) nagrano drastyczne sceny. Finał wręcz miażdży!
    Nie zrozumcie mnie źle. Dobrze, że film tak mocno działa na emocje i nie pozostawia nas obojętnym, ubolewam tylko nad tym, że rozgrywa się on wyłącznie na płaszczyźnie emocji, bo nie stawia prawie żadnych pytań, a z pewnością na żadne nie odpowiada.

    Polska premiera produkcji zaplanowana jest na 18. listopada.
    OCENA: 3/10


    (Źródło: vimeo.com)

    Rewelacyjny! Genialny! Niesamowity! Dokument pt. "W środku wulkanu" o sukcesie reprezentacji Islandii w eliminacjach na Euro 2016 podbił moje serce! Jeszcze nie tak dawno stroniłam od dokumentów. Zakładam, że wśród Was nie brakuje osób z takim podejście, którzy w dodatku nie przepadają za piłką nożną. Zapewniam, film Sævara Guðmundssona momentalnie wciąga. I bardzo dobrze ogląda się go do samego końca. W dużej mierze to zasługa samych bohaterów, a są nimi naprawdę życzliwi, pogodni, zaangażowani w swoją pracę i zżyci między sobą piłkarze. Ich przyjaźń jest prawdziwa, bo ta autentyczność aż bije z ekranu. Zasługą zaś reżysera jest to, że potrafił ją pokazać. "W środku wulkanu" pochłonęło mnie na tyle, że na napisach końcowych żałowałam, iż nie pokazano dalej części piłkarskich rozgrywek, czyli już samego turnieju Euro, na którym to islandzka reprezentacja futbolowa skradła sympatię chyba całej Europy.

    Film miał swoją światową premierę właśnie na WFF - 13. października.
    OCENA: 8/10


    (Źródło: youtube.com)

    Jesteście zafascynowani tematyką wojenną w kinie? Polecam bardzo mocny dokument o zawodzie fotoreportera wojennego. O blaskach, a przede wszystkim o cieniach tego zawodu (a raczej tej misji, bo wyjazd w charakterze reportera w tereny objęte konfliktem zbrojnym są niewątpliwie misją) mówi "Dobry dzień, żeby umrzeć". Już sam tytuł jest znamienny. Mnie pójście na seans nakłoniło obejrzenie na festiwalu Wiosna Filmów dramatu pt. "Głośniej od bomb", którego główna bohaterka jest właśnie reporterką wojenną, próbującą pogodzić pracę będącą jednocześnie pasją z życiem rodzinnym.
    Obraz Harolda Monfilsa odsłania nieznane wątki niebezpiecznej codzienności fotoreporterów. Reżyser pokazuje nam wycinek ich życia w ekstremalnych, wojennych warunkach, sposoby na odreagowanie stresu oraz przeszkody w powrocie do normalnego życia.

    Film miał światową premierę 14. czerwca.
    OCENA: 7/10



    Jak co roku wybrano zwycięzców konkursów odbywających się w ramach kolejnej edycji WFF. O tym, które produkcje wygrały przeczytacie TUTAJ. 
    Continue Reading

    Jak ja lubię to uczucie! Gdy przed rozpoczęciem festiwalu czytasz opisy wielu filmów i próbujesz wyłuskać to, co naprawdę będzie godne uwagi. Gdy decydujesz się na obejrzenie danej produkcji w nadziei, że to będzie dobrze spędzony czas. Gdy tuż przed seansem pojawia się dreszczyk emocji, czy to na pewno był dobry wybór. Zwłaszcza to, gdy zaraz po ostatniej scenie możesz śmiało przyznać: "Tak, to był kawał naprawdę dobrego kina!"

    (Źródło: remezcla.com)
    Wertując tegoroczny program na Warszawski Festiwal Filmowy zaznaczyłam kilkanaście obrazów, które chciałam zobaczyć. Ale tylko na kilka miałam OGROMNĄ chrapkę. Jednym z nich był amerykański dramat w reżyserii Rafaela Palacio Illingwortha pt. "Między nami". Ta kameralnie opowiedziana historia o miłości we współczesnych czasach przywołała mi na myśl mieszankę wspaniałej, sentymentalnej produkcji "Ona" z Joaquinem Phoenixem w roli głównej oraz poruszający, irański dramat "Rozstanie" nagrodzony  w 2012 roku Oskarem za najlepszy film nieanglojęzyczny. I wiecie co? Nie pomyliłam się, to był równie emocjonujący i zapadający w pamięć seans.

    (Źródło: showbizcafe.com)
    Głównie bohaterowie - Dianne i Henry, są parą. Ich sześcioletni związek właśnie zaczyna przeobrażać się w swoiste narzeczeństwo. Ba, stopniowo (raz rozsądniej, innym razem bardziej pochopnie) podejmują długofalowe decyzje, snują dalekosiężne plany. Okazuje się jednak, że bycie razem nie jest tak łatwe. Że fakt, iż znamy kogoś naprawdę dobrze, nie gwarantuje sukcesu. Że gdzieś w wirze codzienności gubimy magię miłości, gasimy iskrę, która niegdyś zapłonęła w naszych sercach i w związku z tym to, co nowe, kusi mocno. Tak jest i w przypadku Henry'ego, którego zaczyna fascynować fanka jego twórczości filmowej, i w przypadku Dianne, która zaczyna flirtować z jednym ze swoich klientów.

    Obraz Illingwortha to więc próba udokumentowania wielu współczesnych par oraz blasków
    i cieni ich relacji. Reżyser niebywale subtelnie, a jednocześnie tak wyraziście pokazuje nam to, co z jednej strony stworzyło związek Dianne i Henry'ego, to wszystko, co nadal spaja ich, nie pomijając różnic nie do pogodzenia występujących między nimi, punktów zapalnych wielu ich kłótni oraz zwyczajnych, ludzkich ułomności. Robi to tak dobrze, w sposób tak bardzo przemyślany, że czujemy się jakbyśmy oglądali dokument. Jego spostrzeżenia dotyczące relacji międzyludzkich są tak celne, że nikt nie mógłby odmówić produkcji Illingwortha wiarygodności. "Między nami" momentami niezmiernie nas bawi, częściej jednak wywołuje smutek, nostalgię, rozczarowanie. Idealnie emocje te potęguje perfekcyjna warstwa techniczna. Głównie jest to świetnie dobrana ścieżka dźwiękowa, która szczególnie mocno działa na nas w scenie marszu Henry'ego przez miasto. Na uznanie zasługują również zdjęcia - kadry koncentrujące się na detalach oraz chłodna kolorystyka całej produkcji także nadają dość pesymistyczny nastrój całemu dziełu.

    W pewnym momencie filmu bohaterka rzuca proste, ale tak kluczowe pytanie: "Co zrobić, żeby wciąż było fajnie?". Jaką dostaje odpowiedź dowiecie się oglądając "Między nami" (liczę, że trafi do dystrybucji!), bo reżyser swoim filmem próbuje właśnie znaleźć, albo tylko wskazać nam, rozwiązanie jednego z najistotniejszych problemów ludzkości: tego, co zrobić, by uratować związek, gdy wypala się żar miłości, namiętności, przyjaźni, który niegdyś tak żywo płonął między dwojgiem ludzi.

    (Źródło: showbizcafe.com)

    Continue Reading
    Newer
    Stories
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top