facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -
    Tak dziwnego, pokręconego filmu nie widziałam chyba nigdy! Ani zawiłe pod względem fabularnym produkcje Almodóvara (np. "Skóra, w której żyję"), ani szalone filmy tj. "Efekt motyla", "Podziemny krąg", "Requiem dla snu", a może nawet i "Mulholland Drive" nie są aż tak nietypowe jak "Pianistka" Michaela Hanekego. 


    (Źródło: film.onet.pl)

    Ekscentryczna jest przede wszystkim fabuła. Oto skrywająca autodestrukcyjne skłonności nauczycielka gry na fortepianie (około 40letnia Eryka - i genialna w tej roli Isabelle Huppert!) wikła się w romans ze swoim studentem. Jednak tym, co dziwi, a wręcz szokuje jest fakt, że dla niej najlepszą rozrywką stanowi odwiedzanie zakazanych rejonów Wiednia (kina porno, miejsca schadzek), zaś prawdziwym spełnieniem - ból. To zdumiewa także chłopaka, który próbuje sprostać niełatwemu zadaniu zaspokojenia nietypowych życzeń kochanki.


    (Źródło: filmweb.pl)

    Przez jakiś czas po seansie nie mogłam przestać myśleć o tym filmie (efekt ten spotęgowało zastosowanie otwartego zakończenia!). Dochodzę jednak do wniosku, że "Pianistka" to historia dojrzałej kobiety, która - przez zaborczą i despotyczną miłość matki - nigdy w życiu nie zaznała prawdziwej miłości. Jest całkowicie odarta z uczuć, a dewiacje seksualne, które głównie rozwija w swojej głowie, stanowią jedyną możliwą formę ucieczki z tego pozornie poukładanego życia.
    Podsumowując gorąco polecam seans, bo Haneke zawsze jest warty uwagi. Przestrzegam jednak, że to nie jest film dla wszystkich, a każdy powinien wybrać na jego obejrzenie najlepszy dla siebie moment. Sama robiłam chyba 3-4 podejścia zanim zdecydowałam się wreszcie zobaczyć "Pianistkę".


    (Źródło: youtube.com)

    Continue Reading

    Kiedy noc szybko zapada, a na dworze hula zimny wiatr, film "Odrobina nieba" dodaje nieco energii. A przede wszystkim nadziei, że kiedyś będzie dobrze. Produkcja z Kate Hudson i Gaelem Garcią Bernalem w rolach głównych z pozoru opowiada stosunkowo prostą historię.


    Marley - szalona, piękna i niezależna trzydziestokilkuletnia singielka wiedzie dość beztroskie życie w niewielkim mieście. Pracuje w agencji reklamowej, na kilkoro przyjaciół i faceta, z którym łączy ją wyłącznie seks. Pewnego dnia, jak grom z jasnego nieba, spada na nią wiadomość o nowotworze, którą otrzymuje od młodego, przystojnego lekarza – Juliana. Na początku Marley odrzuca myśl o chorobie, leczeniu i wszelkich konsekwencjach zaniedbania kuracji. Żyje swoim tempem. Z czasem jednak szpital, chemioterapie i wielodniowe przesiadywanie w domu stają się nieuchronne. O 180 stopni zmienia swoje życie – porządkuje relacje z rodzicami, uczy się doceniać drobnostki życia codziennego i prawdziwą miłość. 


    Przewrotny los w jednej chwili drastycznie ją doświadczył i obficie obdarował. W tym samym czasie Marley przeżywa ciężką chorobę i szaloną miłość. Czy jednak uczucie to okaże się silniejsze od życiowych przeszkód? Czy więź łącząca pacjentkę i lekarza rzeczywiście będzie szczera, namiętna i trwała?


    Choć w filmie pobrzmiewa nutka nostalgii i romantycznej ckliwości, warto zobaczyć obraz, w którym nie wszystko jest tak piękne, łatwe i przyjemne. Bowiem "Odrobina nieba" to nie typowa komedia romantyczna, a raczej dramat z romansem w tle, który z jednej strony przestrzega przed niedocenianiem tego, co mamy, z drugiej zaś pokazuje, jak życie potrafi zaskoczyć nas w najmniej oczekiwanym momencie.


    Continue Reading


    Autorski film Barbary Białowąs (reżyseria i scenariusz) zanim jeszcze trafił na ekrany kin, wywołał skandal. Oto stawiająca pierwsze kroki w karierze (a może i ostatnie) aktorka (Aleksandra Hamkało) i młody aktor (Antoni Pawlicki) grają wiele, dość odważnych jak na polskie kino, scen erotycznych. Big love początkowo intrygował, budził zaciekawienie. Czy z takim uczuciem można było opuścić salę kinową?

    Film podejmuje interesujący temat. Mówi o toksycznym związku dwojga młodych ludzi. Kiedy Emilia (Aleksandra Hamkało) poznaje 23letniego Maćka (Antoni Pawlicki) ma zaledwie 16 lat. Chłopak otwiera przed nią świat namiętności. Na początku jest idealnie. Zakochani w sobie bohaterowie błogo spędzają czas. W końcu dziewczyna wyprowadza się z domu i rozpoczyna życie przy boku ukochanego. I wtedy zaczynają się pierwsze problemy. Chłopak jest wybuchowy, nieprzewidywalny, agresywny. Z biegiem czasu para oddala się od siebie. Zwłaszcza, gdy Emilia rozpoczyna studia na wokalistyce i zaczyna koncertować ze swoim zespołem. Jest świadoma swojej urody, seksualności. Staje się niepewna przyszłości związku z Maćkiem. Chłopak dostrzega to. Pojawiają się kłamstwa, przemoc – także ta seksualna. I rozpoczyna się drugi etap filmu. 



    Problem z Big love tkwi m.in. w tym, że niektóre wątki nie zostały wyjaśnione (np. obecność Adama na jednym z punkowych koncertów). Nie wiadomo co dzieje się z matką Emilii. Jej obecność w filmie świadczy o znikomych relacjach z córką, jednak można było pokazać to w lepszy sposób. 
    Jednak największym nieszczęściem jest gra aktorska. Zwłaszcza Aleksandry Hamkało. Choć pod względem fizycznym świetnie pasuje do roli (w pierwszej części filmu wygląda niewinnie, na nastolatkę, później zaś z sukcesem przeobraża się w wampa), to niestety nie można pochwalić u niej chyba niczego innego. W pewnym momencie podczas oglądania Big love dociera do naszych uszu, że każde zdanie wypowiedziane przez Emilię, brzmi tak samo. Bez względu na to czy jest to okrzyk zachwytu, naładowany gniewem zarzut czy wyznanie pełne smutku. Prawie wszystkie wypowiedzi bohaterki są do siebie podobne. Możliwe, że ta szczeniacka maniera była zamysłem reżyserki na przestawienie postaci Emilki. Nie zmienia to jednak faktu, że zabieg ten wypada fatalnie i boli. Zwłaszcza, że Antoni Pawlicki jest bardziej przekonujący w swojej roli. W jego oczach widać wiele emocji. Jest obecny gniew, szaleńcza miłość, złość, zazdrość. Postać Maćka pozwala na przyznanie produkcji chociaż małego plusa. Drugi należy się za muzykę. Choć nie jestem fanką tego gatunku i nie znałam wcześniej zespołów zaproszonych do współpracy przy Big love, muszę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że muzyka jest bezbłędna. Bardzo dobrze dobrano ją do postaci Emilii. Świetnie zgrała się też z klimatem filmu. 



    Na tym jednak kończy się dawanie dobrych not. Budowanie postaci głównych bohaterów opartych na stereotypach dotyczących zbuntowanej polskiej młodzieży i wsadzanie w ich usta pustych frazesów nie przyniesie sukcesu filmowi. Big love nie zachwyca. Mimo, że jest w nim kilka jasnych punktów, nie można podsumować go stwierdzeniem godny obejrzenia. A szkoda, bo mógł być całkiem dobrym tytułem. 

    Continue Reading

    Połowa listopada była czasem szczególnym, bo do kin weszła ekranizacja ostatniej części wampirze sagi. A dokładnie druga część finalnej księgi (trzeba przecież sprytnie wygenerować jak największe zyski ;)). Najbardziej zagorzałe fanki „Zmierzchu” rezerwowały bilety na nocne seanse z czwartku na piątek, by jako pierwsze zobaczyć jak w filmie zakończą się losy Edwarda i Belli.

    Nigdy nie fascynowała mnie ta opowieść. Szalona miłość wampira i nastolatki. Totalna bzdura! Aż dziw, że w kinach można było spotkać nie tylko tabuny gimnazjalistek czy licealistek, ale i panie w, wydawałoby się, rozsądnym wieku.



    „Zmierzch. Przed świtem, część 2” opowiada dalsze losy Edwarda (Robert Pattinson) i Belli (Kristen Stewart). Po urodzeniu córki Renesmee, Bella cieszy się nieśmiertelnością i stopniowo uczy się jak funkcjonować w świecie jako wampirzyca. Życie rodziny Cullenów płynie więc błogo aż do czasu, gdy kuzynka Edwarda – Irina, uznaje małą za zagrożenie dla Volturi – królewskiej rodziny wampirów. Stojący na jej czele Argo zamierza zabić dziecko, które – jego zdaniem – przyszło na świat w sposób niezgodny z obowiązującym prawem. Culleni stają w obronie Renesmee mobilizując wampirzych przyjaciół z całego świata do wspólnej walki o życie dziewczynki.


    Fabuła jest znana wiernym czytelniczkom Stephenie Meyer, które do kin wybierają się po to, by jeszcze raz zobaczyć na ekranie Roberta Pattinsona i/lub poczuć romantyczną aurę podczas kolejnych pocałunków głównych bohaterów. Te z Was, które jeszcze nie widziały ostatniej części „Zmierzchu” uprzedzam, że tym razem takich scen nie ma zbyt wiele. I to wcale nie znaczy, że ja – niezbyt wielka entuzjastka miłosnych opowieści – byłam zachwycona. Mimo iż film nie obfitował w ckliwe momenty, jest zupełnie przeciętny.

    Samą historię przedstawioną w „Przed świtem, część 2” - mimo wszystko - uznaję za najlepszą ze wszystkich epizodów wampirze sagi. Akcja jest całkiem wartka, sceny walki nie najgorsze. Jednak wielokrotnie bardzo dosadnie widać, że niemal wszystko było kręcone na greenscreenie. Poziom aktorski w „Zmierzchu” pozostaje bez zmian. Choć dla niektórych Kristen Stewart przestała być „drewnem”. Ja bym jednak nie oceniała jej występu w tym filmie tak wysoko. Trzeba za to przyznać, że w tej odsłonie wygląda znacznie lepiej niż w poprzednich odcinkach sagi.


    Podsumowując zdecydowanie wolę zaciętą walkę wampirów o przetrwanie od wampirzego love story. Film, sam w sobie, jest średni. Zwolennicy książek Meyer nie powinni być zawiedzeni, a sceptykom z doświadczenia polecam grzane wino w trakcie projekcji. Taki napój, w połączeniu z pozytywnym nastawieniem, sprawi, że wiele scen (zarówno tych niedopracowanych i przesłodzonych, jak i z założenia humorystycznych) na pewno Was rozbawi, a seans zostanie uznany za całkiem udany.  

    Continue Reading
    Późnojesienny czas już wkrótce zostanie wzbogacony mnóstwem słońca i radości. A to wszystko stanie się za sprawą premiery najnowszego obrazu Wesa Andersona. Twórca „Rushmore” i „Genialnego klanu” wyreżyserował bowiem bardzo dobry film pt. „Kochankowie z Księżyca”.

    Polski tytuł, jak to nierzadko się zdarza, wzbudza pewne zdziwienie. Oryginalna nazwa „Moonrise Kingdom” została przetłumaczona na „Kochankowie z Księżyca”. Trochę to się kupy nie trzyma, ale nie drążmy tego tematu. Bo nie ma sensu szukać dziury w całym. Niezbyt trafione tłumaczenie tytułu to chyba jedyny minus tego obrazu, który przecież nie został dokonany przez samych twórców filmu.



    W materiałach prasowych można przeczytać: „’Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom’ to dowcipna i wzruszająca historia uczucia, jakie latem 1965 roku zawładnęło sercami dwojga nastolatków, którzy nie zważając na surowe zakazy rodziców i opiekunów, zawierają sekretny pakt i uciekają, by razem przeżyć największą przygodę życia”.
    Niezwykle zaradny skaut Sam ucieka z obozu. W tym samym czasie z domu rodzinnego znika buntownicza Suzy. Nastolatki spotykają się na łące i wspólnie rozpoczynają wędrówkę na najpiękniejszą plażę Nowej Anglii poddając się stopniowo uczuciu pierwszej, młodzieńczej miłości. Podczas przygody ich życia rodzice Suzy, harcmistrz Ward i kapitan Sharp prowadzą poszukiwania dzieciaków, co i raz stawiając czoła nowym, wciąż pojawiającym się, problemom. 



    Faktycznie, film jest bardzo dowcipny.  Śmiech wzbudzają z jednej strony genialne kreacje aktorskie, (szczególnie w wydaniu Edwarda Nortona i Bruce’a Willisa, ale na oklaski zasługują też dziecięcy aktorzy), z drugiej zaś mistrzowskie dialogi. Do gustu przypadły mi również liczne gagi sytuacyjnego (np. matka Suzy komunikująca się ze swoimi dziećmi za pomocą megafonu czy kapitan Sharp zwracający się do pracownicy opieki społecznej per „Opieko Społeczna”). 
    Poza tym w czasie seansu odnosi się wrażenie, że to dorośli są nieporadni i beztroscy, a dzieci wykazują się rozsądkiem i mają poczucie odpowiedzialności. To dzieciaki starają się podejmować odważne decyzje i rozmawiać o uczuciach, czego dorośli nie potrafią lub nie chcą już robić.



    Fantastyczny komizm potęgują przepiękne zdjęcia. Cały film jest barwny, świetnie oddający wygląd lat 60. XX wieku. Dom Suzy wygląda jak domek dla lalek, kolorystyka jest iście baśniowa, a klimat magiczny. Do tego trzeba jeszcze wspomnieć o muzyce, która odgrywa bardzo ważną rolę. Ona właśnie idealnie buduje napięcie. Wszystkie te elementy sprawiają, że można całkowicie zanurzyć się w tej filmowej rzeczywistości. Bardzo dobra, pogodna propozycja. Szczerze polecam!



    Continue Reading

    W tegorocznym repertuarze Sputnika znalazło się chyba kilkadziesiąt tytułów rosyjskich produkcji. Wśród nich ambitne dramaty, kino nieme, filmy sportowe czy obrazy dla dzieci. Jednym z moich wyborów została jednak komedia pt. „Szpieg” w reżyserii Alekseja Andrianowa, która – choć nie zalicza się do rewelacyjnych przedsięwzięć – była okazją do miłego spędzenia piątkowego popołudnia.

    Scenariusz powstał w oparciu o „Powieść szpiegowską” Borysa Akunina. Akcja dzieje się podczas II wojny światowej, wiosną 1941 roku. Młody bokser, Dorin (Daniła Kozłowski), zostaje członkiem jednostki specjalnej mającej na celu schwytanie niemieckiego superagenta, nieuchwytnego i niezwykle niebezpiecznego Wassera. Pod wodzą majora Oktjabrskij (Fiodor Bondarczuk) niedoświadczony pracownik NKWD próbuje zadbać o bezpieczeństwo ojczyzny. Jak wynika bowiem z informacji bezpieki, niemiecki wywiad podstępnie przekonał najwyższe dowództwo radzieckie, że wojna między Niemcami a Związkiem Radzieckim nie będzie mieć miejsca, podczas gdy przygotowany jest niespodziewany najazd wojsk Hitlera. 


    Film w komiczny – zarówno pod względem scenariuszowym, jak i wizualnym – sposób przedstawia działania radzieckich i hitlerowskich służb wywiadowczych. Pełno w nim gagów sytuacyjnych, humorystycznych scenek i zabawnych dialogów.
    Wymowny jest również obraz, ponieważ oglądając „Szpiega” odnosi się wrażenie, że na ekranie obserwujemy historię z komiksu. Intensywne kolory, charakterystyczne ujęcia koncentrujące się co i raz na detalu czy nieco absurdalne, ale typowe dla komiksowych opowieści, wizerunki miasta podkreślają, że obraz Alekseja Andrianowa nie jest dramatem historycznym, lecz połączeniem komedii o zabarwieniu kryminalnym z historycznym komiksem.


    Trzeba dodać, że zestawienie tych gatunków jest całkiem udane. Widz jest z jednej strony wciągnięty w filmową intrygę, z drugiej zaś bawią go, obecne w produkcji, elementy humorystyczne. Nie jest to jednak arcydzieło, a przyzwoita propozycja, na którą można wybrać się do kina. Na pewno nie wszystkim się spodoba. Mimo wszystko jestem pewna, że wśród Was są ci, którzy po zakończonym seansie, tak jak i ja, określą „Szpiega” jako dobry sposób na spędzenie odrobiny wolnego czasu.  
    Continue Reading

    W ramach 6. Festiwalu Filmów Rosyjskich „Sputnik nad Wisłą” wybrałam się na kilka seansów bliżej nieznanych mi twórców. Jednym z filmów, zaznaczonych przeze mnie w folderze jako te „konieczne do zobaczenia”, był obraz w reżyserii Eldara Riazanowa pt. „Ironia losu”. Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego zdecydowałam się na ten właśnie film. Ale mogę śmiało powiedzieć, że nie żałuję.

    Komedia z 1975 roku miała przedstawiać mało prawdopodobną sytuację, która mogła wydarzyć się tylko w noc sylwestrową. Szczerze przyznam, że nie miałam wielkich oczekiwań co do tej produkcji. Nie sądziłam, że przez znaczną część seansu będę się szczerze śmiała. Tak, śmiała. A nie delikatnie uśmiechała jak to bywa coraz częściej na szumnie promowanych hollywoodzkich komedyjkach.



    Siłą „Ironii losu” jest niewątpliwie fantastyczna historia. 36letni Żenia mieszka wraz z matką w niewielkim mieszkanku w Moskwie na ulicy Budowlanej 25, mieszkania 12 (to istotna informacja w filmie). Od 2 lat spotyka się z Galą, z którą planuje romantyczne spędzanie Sylwestra. Podczas przygotowań do wieczornej zabawy Żenia proponuje ukochanej małżeństwo. Zanim jednak świeżo upieczeni narzeczeni zaczną wspólnie świętować nadejście Nowego Roku, mężczyzna udaje się z trzema przyjaciółmi do łaźni. Tam toastom nie ma końca. Panowie pamiętają tylko o pewnej rzeczy: jeden z nich, jeszcze tego samego wieczoru, leci do Leningradu. Problem w tym, że nie za bardzo pamiętają który. Zamiast Pawła, który miał odwiedzić przebywającą na kontrakcie żonę, do Leningradu wysyłają Żenię. Ten, po przespaniu całej podróży, budzi się na lotnisku sądząc, że właśnie odprowadził kolegę na samolot i może spokojnie wrócić do domu. Taksówkarzowi podaje swój adres. Problem jednak w tym, że nawet jego klucz pasuje do leningradzkiego mieszkania przy ulicy Budowlanej 25. Niczego nie podejrzewając, kładzie się do łóżka, w którym znajduje go przerażona właścicielka - Nadia.



    Dalej jest jeszcze ciekawiej. Wątki rozwijają się fantastycznie. Historia przypadkowego spotkania Nadii i Żeni ewoluuje w błyskawicznym tempie rodząc coraz to nowe problemy. Świetne gagi sytuacyjne i fantastyczne dialogi są tym, czego brakuje wielu współczesnym filmom komediowym. Co ciekawe, momenty humorystyczne są zgrabnie przeplatane ze scenami przepełnionymi smutkiem, powagą i głęboką refleksją bohaterów nad ich życiem.
    Niekwestionowaną gwiazdą produkcji jest Andrej Magkow, wręcz niesamowity w roli Żeni. Sama bowiem gestykulacja czy mimika aktora potrafi rozbawić widza.

    Fakt, czasem w filmie są pewne dłużyzny. „Ironia losu” trwa nieco ponad 3 godziny, co dla niektórych jest barierą nie do przeskoczenia, elementem stanowiącym o rezygnacji z obejrzenia jakiegoś obrazu. Możliwe, że kiedyś film ten był pokazywany w dwóch odsłonach, gdyż mniej więcej po 1,5godzinnym projekcji na ekranie pojawiają się napisy: „Koniec części pierwszej”, „Część druga”. Nie mówię tu o zupełnie oddzielnych seansach (jak chociażby miało to miejsce w przypadku ekranizacji „Zmierzchu”), ale o dwóch częściach, które są rozdzielone krótką przerwą na wyprostowanie kości, złapanie oddechu czy skorzystanie z toalety.

    Ponadto niespecjalnie podobało mi się umieszczenie w filmie kilku pieśni rosyjskich śpiewanych przez głównych bohaterów (głosu użyczyli  Ałła Pugaczowa i Sergiej Nikitin). Pierwsze dwie czy trzy stanowią ciekawy element, ale kolejne wprowadzają już monotonię, niepotrzebnie przeciągając i tak długi film.




    Bez względu jednak na to, czy jesteście zwolennikami kultury rosyjskiej, czy wschodnioeuropejskie kino jest Wam znane, polecam „Ironię losu”. Ten obraz z pewnością spodoba się każdemu. Jako reprezentantka pokolenia końcówki lat 80’ (nieznająca na własnej skórze realiów PRLu, a już tym bardziej rzeczywistości panującej w ZSRR), bardzo dobrze bawiłam się na tym filmie, z tego względu, że przede wszystkim opowiada on o ludziach, ich uczuciach, dylematach i wyborach, a te wciąż są takie same.
     
    Continue Reading
    Newer
    Stories
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top