facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -
    Od jakiegoś czasu nie mam szczęścia do amerykańskich komedii. Bez względu na to, czy są one kryminalne, romantyczne, czy też najzwyklejsze. Trafiam na stosunkowo poprawne, całkiem udane, ale bez rewelacji. Naprawdę nie pamiętam kiedy szczerze i długo śmiałam się na porządnej komediowej produkcji („Rio, I love you” się nie liczy, bo to był śmiech przez łzy :D).


    (Źródło: cjg.gazeta.pl)
    „Inna kobieta” również wpisuje się w ten schemat. Z wierzchu wszystko jest niezłe. Sztampowe, przewidywalne, ale niezłe. I chociaż mamy dość oklepaną tematykę, klasyczny układ bohaterek (słodka pierdoła, niezależna businesswoman oraz biuściasta ślicznotka) i Cameron Diaz, która ostatnio wybiera fatalne role (i za którą również nie przepadam), to całość ogląda się w miarę przyzwoicie. Bez odliczania minut do końca projekcji.


    (Źródło: ageeksblog.com)
    Historia banalna, czyli jaka? Przypadkowo Kate odkrywa, że jej ukochany mąż Mark ma romans. Z dnia na dzień cały jej idealny świat legnie w gruzach, a ona sama nie potrafi stawić temu czoła. Wpada na niecodzienny pomysł zaprzyjaźnienia się z Carly – jego byłą kochanką. Ta najpierw daje do zrozumienia, że taka znajomość nie jest spełnieniem jej marzeń, ale później dochodzi do wniosku, że Markowi należy się solidny rewanż za to, jak potraktował obie. Panie obmyślają misterny plan, który krok po kroku realizują.


    (Źródło: youtube.com)

    Sceny kobiecej solidarności oraz wcielanej zemsty bywają zabawne. Zwłaszcza, że postać grana przez Leslie Mann (Katy) jest niezdarna, a bohaterkę Cameron Diaz (Carly) cechuje skłonność do sarkastycznych komentarzy. Niestety potencjał, jaki miała produkcja w reżyserii Nicka Cassavetesa („John Q”, „Pamiętnik”, „Bez mojej zgody”), został niedostrzeżony lub zaprzepaszczony przez niewyróżniający się scenariusz oraz kulejące dialogi. Gdyby humorystycznych kwestii było więcej, a fabuła w jakikolwiek sposób zaskakiwała, mielibyśmy naprawdę ciekawą propozycję komediową. A tak pozostał nam film drugiej kategorii.


    (Źródło: quartertothree.com)

    Continue Reading
    Zaczęło się od Klapserki. Napisała o filmach, które jej nie przypadły do gustu, chociaż przez zdecydowaną większość miłośników kina są zachwalane. I oceniane bardzo wysoko. Potem przyszła kolej na Magdę z Dziś oglądam – w kinie i o kinie oraz Emilię z Po napisachkońcowych. Wreszcie zebrałam się i przygotowałam swoje małe, rzekomo wstydliwe, zestawienie.

    Na wstępie wyjaśnię, że do stworzenia listy podeszłam bardzo poważnie. Najpierw spisałam filmy, które spotykają się z ogólną euforią, a na seansie których przecierpiałam katusze. Później przejrzałam Filmwebowe profile blogerów, aby zweryfikować, które z niepodobających się mi produkcji, zyskały u nich 10 punktów. Oto do jakich wniosków doszłam (nie są one chyba bardzo mocno szokujące, ale za kilka tytułów co poniektórzy pewnie daliby mi lanie ;))*.

    GWIEZDNE WOJNY
    Och, jak ja nie lubię tej serii! Absolutnie nie rozumiem fenomenu miliarda części przygód Luke’a Skywalkera. Parę razy widziałam ten czy inny film (nie pytajcie który – nie pamiętam ich tym bardziej, że pierwszy może mieć numer XVI, a szósty VIII). Niektóre elementy Star Wars doceniam, ale całości nie kupuję! Co to, to nie!

    (Źródło: whatnext.pl)

    TIM BURTON
    Tak, ja również nie zaliczam się do jego fanek. Przez część filmów przebrnęłam w dość niezłej formie, resztę przemęczyłam. Oglądanie „Gnijącej panny młodej” czy „Charlie’go i fabryki czekolady” to dla mnie koszmar! Szczerze chciałam, żeby spodobała mi się „Duża ryba”, ale znowu się nie udało…

    (Źródło: blog.viewster.com)

    KAWA I PAPIEROSY
    Kiedy na poważnie zakochałam się w kinie, postanowiłam obejrzeć WSZYSTKIE kultowe filmy. Tak, wszystkie. Oczywiście wciąż się nie udało, ale powoli zmierzam do celu. Serio ;)
    „Kawa i papierosy” były jednym z nich. I wyobraźcie sobie, jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy tak zachwalany obraz zupełnie nie przypadł mi do gustu! Doceniam zaangażowanie gwiazd muzyki, użycie – jako spoiwa łączącego segmenty tej opowieści – motywu kawy i papierosów, ale i tak nie widzę, co miałoby mnie urzec w tej produkcji.

    (Źródło: kinopodbaranami.pl)

    WŁADCA PIERŚCIENI
    Z „Władcą pierścieni” mam dość przerażającą przygodę. Otóż, jak powszechnie wiadomo, nie jestem miłośniczką fantasy, anime, horrorów i science-fiction. Na ekranizację trylogii Tolkien w ogóle się nie wybierałam do czasu, gdy kolega zaproponował ekipie znajomych Nocny Maraton (jeszcze wtedy w Silver Screenie na Puławskiej – pierwszym miejscu w Warszawie, gdzie odbywały się takie całonocne maratony filmowe). Stwierdziłam wtedy, że dam szansę produkcji.
    Owszem, pierwsza część była całkiem niezła. Poznajemy bohaterów, akcja się rozwija. Druga natomiast tak mnie znudziła, że prawie całą przespałam. W rezultacie do trzeciej nigdy nawet nie zasiadłam (na Maratonie wyświetlano wtedy dwie części).

    Gdzie w tym wszystkim drastyczny akcent? Otóż podczas seansu ktoś dostał zawału albo zemdlał. Tak czy siak, zatrzymano film, zapalono wszystkie światła, a na salę weszła ekipa pogotowia. Z noszami! Osobiście twierdzę, że ktoś był tak bardzo rozczarowany produkcją, że dostał silnych mdłości.**

    (Źródło: film.interia.pl)

    EFEKT MOTYLA
    Podchodziłam do tego filmu kilka razy. Na różnych etapach mojego życia. I za każdym, w pewnym momencie, zastanawiałam się „Co to jest? O co tu chodzi? Dlaczego tracę czas oglądając Ashtona Kutchera???!!!”. Chyba nigdy nie widziałam go od deski do deski. I nie zamierzam!

    (Źródło: trailers.apple.com)

    REJS
    Wielu pewnie dostało właśnie ataku serca. Inni szykują siekiery, żeby odrąbać mi głowę. Bo jak to jest możliwe, żeby taka kinomaniaczka nie pokochała „Rejsu”??? Ano możliwe, bez specjalnych starań. Może po film sięgnęłam za wcześnie i wówczas nie zrozumiałam jego sensu, może po prostu to nie mój klimat. Faktem jest, że nie przepadam za nim i dłużył mi się seans, chociaż produkcja jest stosunkowo krótka. Z trudem przyszłoby mi ponowne obejrzenie tego obrazu. Chyba nie jestem gotowa na taką powtórkę z rozrywki….

    (Źródło: warto-nie-warto.pl)

    WOODY ALLEN
    Och, jak ja nie lubię tego starszego pana! Kiedy co i raz słyszę „Nowa produkcja Woody’ego Allena!”, dostaję białej gorączki. Niebezpiecznie nasila się ona, gdy dochodzą mnie słuchy „Jak ja go lubię!”, „Mój ukochany reżyser!” czy „Na pewno pójdę!”. Brrrr….
    Owszem, kilka filmów jest całkiem niezłych. Inne – choć tak wychwalane – bardzo mnie rozczarowały. Do tego stopnia, że seans kończyłam z myślą „I skąd ten zachwyt? Dlaczego on/ona tak się podnieca tym filmem?”. Do tej pory nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wiem jednak, że na „Poznaj przystojnego bruneta” zasnęłam, a oglądanie „O północy w Paryżu” przyprawiło mnie o mdłości. Po więcej już nie sięgnęłam i sięgać nie zamierzam!

    (Źródło: wawalove.pl)

    PI
    Film dostałam od kolegi na urodziny. Zacny prezent, pomyślałam. I ambitny. Jak się okazało zdecydowanie nie dla mnie! Już pierwsze minuty seansu wprawiły mnie w konsternację, depresję i psychozę. Aronofsky jest specyficzny, to fakt. Ale „Pi” przerosło chyba wszystko, co do tamtego czasu widziałam. I efekt ten nie spotkał się z moim entuzjazmem.

    (Źródło: lisathatcher.wordpress.com)



    *Kolejność przypadkowa.
    ** Ta historia zdarzyła się naprawdę.
    Continue Reading
    Każdego dnia Christine budzi się nie pamiętając kim jest i na nowo odkrywając swoją przeszłość. Codziennie poznaje swój dom, męża, dotychczasowe losy najbliższych. Nieustannie przeżywa zaskoczenie, smutek, niemoc i strach. Choć zasypiając jest już innym człowiek, to o świcie staje znowu przed tym samym wyzwaniem – próbą odkrycia tajemnicy własnego życia.

    (Źródło: screenrant.com)

    Stan Christine (Nicole Kidman) jest skutkiem wypadku samochodowego sprzed kilku lat. Tak przynajmniej twierdzi jej mąż Ben (Colin Firth). Amnezja jest na tyle zaawansowana, że pamięć bohaterki podczas snu zostaje wyczyszczona do zera. Aby poznać siebie i uporać się z rzeczywistością Christine oddaje się w opiekę neurologa, doktora Nascha (Mark Strong). Ten radzi jej prowadzenie wideo-pamiętnika, dzięki któremu każdego poranka kobieta przypomni sobie wcześniejsze wydarzenia i być może szybciej wróci do zdrowia. Z biegiem terapii okazuje się, że jej odkrycia znacząco rozmijają się z tym, co mówi Ben.  Coraz częściej w głowie Christine nasuwa się pytanie: „Co jest prawdą?”.

    (Źródło: youtube.com)

    Filmy z Nicole Kidman omijam z daleka. Poważnie. Nie przepadam za nią. Ale już parokrotnie produkcja z jej udziałem bardzo mi się podobała (np. „Tłumaczka”, „Między światami”). Tym razem nie było tak idealnie, lecz nie mogę powiedzieć, że zupełnie się zawiodłam.

    (Źródło: fact.co.uk)

    Całość ogląda się nieźle. Chociaż do kina szłam z nastawieniem, że już po trailerze wiem jak to się wszystko skończy. I miałam rację. Ale zupełnie nie spodziewałam się pewnego zwrotu akcji. Był świetny!

    (Źródło: fanpop.com)

    „Zanim zasnę” technicznie jest bez zarzutu. Dramatycznie zagrany, trzyma w napięciu, emocje potęguje dobrana muzyka i świetny montaż. Minimalizm aktorski (film rozgrywa się właściwie między trójką bohaterów) niektórym utrudnia nieco jednoznaczne stwierdzenie kto jest winny.

    I – chociaż tak łatwo przyszło mi domyślenie się zakończenia – film byłby całkiem w porządku, gdyby nie momentami komiczne wręcz dialogi padające w kluczowej scenie w hotelu. Głupota scenarzystów, którzy z do tej pory z całkiem bystrej bohaterki zrobili naiwną idiotkę, sięgnęła chyba zenitu! I spowodowała, że na tych najbardziej brutalnych scenach śmiałam się w głos (co moi kinowi sąsiedzi zinterpretowali zapewne jako chorobę psychiczną, głęboką socjopatię lub postępującą znieczulicę).  Fabularnie zdruzgotana kulminacyjna scena oraz ckliwy i przewidywalny finał („Adam, Adam, Adam!”) zepsuły niezły początek i wpłynęły na obniżenie noty. „Zanim zasnę” dostaje więc 5/10 ze względu  na ciekawą kreację Firtha.

    (Źródło: filmweb.pl)



    Continue Reading
    Opowieść o trudnej relacji nazisty Teppo z czarnoskórym synem jego konkubiny bez dwóch zdań zwróciła moją uwagę. Temat ciekawy, a fakt, że jest to skandynawska produkcja, tylko mocniej rozbudził moje zainteresowanie. Stwierdziłam, że premiera „Serca lwa” jest doskonałym momentem do zapoznania się z fragmentem współczesnego kina fińskiego (kto wie, może niedługo sięgnę po więcej?). Tym bardziej, że reżyser obrazu jest bardzo ceniony także poza swoją ojczyzną.

    (Źródło: materiały prasowe)

    Akcja filmu rozgrywa się w niedużym mieście w Finlandii. Główny bohater – Teppo, właśnie opuszcza więzienie. Jego powierzchowność sprawia, że większość z widzów, przy mijaniu go w słabo oświetlonym zaułku, miałaby duszę na ramieniu. Łysy, umięśniony, obficie wytatuowany. Nie wygląda na sympatycznego. Przez przypadek poznaję Sari – kelnerkę, z którą zaczyna romans. Nieoczekiwanie przelotna znajomość z czasem zamienia się poważny związek. Na tyle poważny, że Teppo deklaruje chęć poznania Harri, syna Sari, mimo że chłopiec jest… czarny.

    (Źródło: youtube.com)

    Dalsze koleje losów bohaterów to walka. Walka między Teppo i Harri o to, na którym bardziej zależy kobiecie. O to, który ma mocniejsze nerwy i większą wytrzymałość. Ale również – a może przede wszystkim –walka ze swoimi uprzedzeniami, dotychczasowymi poglądami oraz niełatwą rzeczywistością. Walka o przezwyciężenie swoich lęków, uporanie się z ciemną przeszłością i stworzenie prawdziwego domu.
    Jednak dążenie do pozbycia się z głowy szkodliwych stereotypów oraz próba zbudowania kochającej się rodziny, nie będą łatwe. Zwłaszcza, że dodatkowo bohaterowie borykają się z nieco niezrównoważonym bratem Teppo, agresywną i okrutną bandą finlandzkich nazistów oraz dyskryminacją ze strony, z pozoru cichej i spokojnej, lokalnej społeczności.

    (Źródło: materiały prasowe)

    „Serce lwa” to całkiem zgrabna historia. Dopracowana pod względem wizualnym. Kolory, tonacja obrazu, skandynawskie pejzaże dają chłodny (może nieco skostniały? konserwatywny?) klimat małomiasteczkowości. Dzięki temu całość wygląda bardzo codziennie, przyziemnie. Emocjonalny wydźwięk potęgują brutalne sceny chuligańskich bijatyk oraz przemiana głównego bohatera.
    Niestety warstwa fabularna jest nieco naciągana. Wątek miłosny zbyt chaotycznie poprowadzony, a losy brata Teppo za dramatyczne i mało realistyczne, przez co film traci aspekt realności.

    Niemniej jednak warto zapoznać się z piątą już produkcją Dome Karukoskiego, którą nominowano do tegorocznej JUSSI – nagród przyznawanych przez Fińską Fundację Filmową (odpowiednik naszych Złotych Lwów wręczanych przez PISF). Tym bardziej, że za udział w filmie Jasper Pääkkönen otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora Drugoplanowego.


    (Źródło: materiały prasowe)

    Continue Reading
    Biały fartuch ubabrany krwią, a w nim Clive Owen jako nieco apodyktyczny i zbyt pewny siebie chirurg, przeprowadzający nowatorskie operacje. Bez skrupułów dyryguje nowojorskim szpitalem. Jawnie faworyzuje jednych i dyskryminuje drugich, będąc jednocześnie dość aroganckim wobec właścicieli medycznego przybytku.

    (Źródło: veja.abril.com.br)

    Rzecz dzieje się na początku XX wieku w szpitalu Knickerbocker w Nowym Jorku. Pacjenci to po części emigranci, lokalna biedota i kolorowi obywatele II kategorii. Umierają jak muchy. Jeden po drugim. Na syfilis, zapalenie oskrzeli czy porodowe powikłania. Trafiając na szpitalne łóżko mają dwie możliwości: umrzeć w męczarniach albo spróbować przeżyć eksperymentalne zabiegi doktora Thackery’ego (Clive Owen).

    (Źródło: latimes.com)

    Priorytetem głównego bohatera jest wyprowadzenie medycznych działań z salonów fryzjerskich. Chce znacząco wpłynąć na rozwój chirurgii, przyczynić się do postępów w tej dziedzinie. Niespodziewanie jednak dostaje konkurenta. I to nie byle jakiego. Wykształcony na najlepszych uczelniach, z imponującą praktyką w europejskich szpitalach czarnoskóry doktor Algernon Edwards stawia czoła nowym wyzwaniom zawodowym, niezbyt przychylnym kolegom oraz powszechnej dyskryminacji.

    (Źródło: youtube.com)

    To jednak nie koniec ciekawostek! Otóż szef chirurgii w Knickerbocker jest… uzależniony od kokainy! Na obrazie widzimy jak stan narkotykowej delirki miesza się z rzeczywistością i wspomnieniami bohatera. Momentami więc do końca nie wiemy, czy jesteśmy świadkami prawdziwych zdarzeń, retrospektywnych przeniesień czy też narkotycznych wizji.
    Ponadto scenarzyści zafundowali nam jeszcze co najmniej kilka barwnych postaci: chciwego kierowcę ambulansu, szemranego zarządcę szpitala, dobroduszną córkę właściciela placówki i dość bezpardonową siostrę zakonną.

    (Źrodło: rogerebert.com)

    Specyficzny klimat stwarzają chłodne zdjęcia oraz psychodeliczna muzyka (!). Całość ogląda się naprawdę dobrze! Zupełnie nie rozumiem tych, którzy marudzą, że „The Knick” to nic ciekawego, że po dotychczasowym wysypie medycznych „tasiemców” nie jest to produkcja, która może się wyróżnić. Nieprawda! Otóż serial ten jest czymś nowym i intrygującym (przynajmniej jak na razie) i – w moim odczuciu – wypada znacznie lepiej niż nagminnie oklaskiwany „Dr. House” (nie pojmuję fenomenu serialu, którego każdy odcinek jest zbudowany na tej samej zasadzie, a postać głównego bohatera już pod koniec pierwszego sezonu nudzi się…).

    (Źródło: awardsdaily.com)





    Continue Reading

    Piątkowy seans „Rio I love you” był absolutnie nieprzewidywalny. Nie mogę powiedzieć, że wyczekiwałam na ten film. Co to, to nie. Ale odkąd zobaczyłam zwiastun, w mojej głowie co jakiś czas pojawiała się – „Ooo, chyba się na to wybiorę”. I tak też zrobiłam w towarzystwie Emilki z Po napisach końcowych…

    (Źródło: wokolswiata.blogspot.com)

    Czego oczekiwałam? Całkiem miłej, lekkiej i przyjemnej produkcji z przepięknymi zdjęciami (ach ta cudna Brazylia!) i energetycznymi brzmieniami. Co dostałam? Półtoragodzinną mieszankę nonsensu i głupoty. Niedorzeczność goniła niedorzeczność, a tej pogoni nie było końca.

    (Źródło: youtube.com)

    Całość miała być połączeniem 10 historii różnych bohaterów. Wszystkie skoncentrowane wokół zagadnień miłości, przyjaźni, wierności, pasji i rozgrywane w boskim Rio. Każdy segment wyreżyserował ktoś inny – Nadine Labaki, Paolo Sorrentino czy Gulliermo Arriaga. Aż dziw, że śmietanka współczesnych reżyserów zechciała wziąć udział w czymś takim…

    Niektóre wątki z pozoru wyglądały dość dobrze. Inne urywały się niewyjaśnione (losy boksera i jego żony czy bogatego małżeństwa spędzającego popołudnie na plaży). Kolejne w zasadzie niczego nie wnosiły do filmu, bo poziom ich surrealizmu sięgał zenitu.

    (Źródło: thelowdownunder.com)

    Choć pod względem fabularnym produkcja leży na łopatkach, to rozpatrując ją wyłącznie w kategorii komediowo-satyrycznej była całkiem dobra. Kilka razy parskałam śmiechem, popłakałam się i prawie tarzałam na podłodze. Serio. 
    Najlepsze było to, że kilkakrotnie moje totalnie absurdalne komentarze po sekundzie znajdowały się na ekranie!!! Najbardziej niedorzeczne historia były momentalnie wizualizowane. Jakby moje sarkastyczne docinki miały moc sprawczą. :)

    (Źródło: filmweb.pl)

    Film dostał ode mnie 3 gwiazdki na Filmwebie. Jedną za zapierające dech w piersiach widoki Rio de Janeiro. Drugą za na ogół dość fajną muzykę. A trzecią za Rodrigo Santoro (<3). I serduszko. Bo to chyba najlepsza najgorsza produkcja roku! (Zdecydowanie wolę takie niewypały od obrazów w stylu zeszłorocznego „Spring Breakers”!).


    Jeśli więc chcecie się śmiać z całej masy bzdur i podziwiać prześliczne brazylijskie tereny za jedynie 15-20 złotych, polecam. W końcu wyjdzie taniej niż lot w tamte rejony ;)

    (Źródło: filmweb.pl)
    Continue Reading

    Po palestyński dramat sięgnęłam z zainteresowaniem. Nagroda Specjalna Jury w sekcji Un Certain Regard na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes oraz nominacja do Oskara w kategorii "Najlepszy Film Nieanglojęzyczny" działają na wyobraźnię chyba każdego miłośnika kina. Tym bardziej, że film miał dotyczyć przede wszystkim uniwersalnych problemów wielu współczesnych narodów zmagających się z wojenną codziennością. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że "Omar" niezwykle mocno chwyta za serce i głęboko zapada w pamięć.

    (Źródło: bocamag.com)

    Tytułowy bohater jest palestyńskim piekarzem. Wychował się na jednym osiedlu ze swoimi przyjaciółmi - Tarekiem i Amjadem. Z czasem jednak chłopców rozdzielił wysoki mur. Mimo wszystko Omar codziennie przekracza tę betonową granicę, narażając własne życie. Ciągnie go do kolegów, ale także do ukochanej Nadii, młodszej siostry Tareka, z którą planuje wkrótce wziąć ślub. 
    Działa również w lokalnej bojówce. Uczy się strzelania, walki wręcz. Kolejne akcje dywersyjne wymierzone w izraelskie siły kierują jego losy w złą stronę. Omar zostaje schwytany i osadzony w więzieniu. Po okrutnych torturach zostaje mu przedstawiona propozycja nie do odrzucenia. Chłopak staje przed trudnym wyborem: honor czy miłość i przyjaźń?
    (Źródło: youtube.com)
    Już po pierwszych minutach seansu widziałam jedno - to kawał bardzo dobrego kina! Na taką opinię złożyło się co najmniej kilka solidnych, dopracowanych elementów. W tej układance mamy bowiem: wymowne zdjęcia, świetne kreacje aktorskie, genialną fabułę oraz reżyserski kunszt na najwyższym poziomie. 

    Po pierwsze Hany Abu Assad podejmuje wciąż aktualny temat - konflikt arabsko-izrealski. Owszem, jest on mu bliski z racji pochodzenia (reżyser jest Palestyńczykiem), ale tą decyzją pokazuje, że nie odcina się od swoich korzeni i nie porzuca produkcji o narodowych problemach na rzecz tych na wskroś hollywoodzkich (lekkich, miłych i przyjemnych).

    (Źródło: filmlinc.com)

    Poza tym sedno historii stanowi jednak los człowieka. Jego dylematy, pragnienia, lęki. Wszystko to, z czym każdy z nas zmaga się we własnym życiu, a co na tle wojny nabiera swoistego dramatyzmu. Cała fabuła "Omara" została osnuta wokół uniwersalnych kwestii - miłości, przyjaźni, zdrady, honoru, patriotyzmu, zaufania. Świadomość, że główny bohater z jednej strony stawia czoła politycznym wrogom, z drugiej zaś nieustannie pokonuje kolejne życiowe przeciwności (tak niespodziewane, i tak bolesne) sprawia, że poziom jego tragizmu w pewnym momencie sięga zenitu. Wtedy pojawiają się łzy. I to nie tylko na jego twarzy, ale także na naszej. Spływają nieśmiało po policzku. A to jeszcze nie koniec "przygód"...

    (Źródło: denverpost.com)

    "Omar" to rewelacyjna kompilacja gatunków filmowych. Łączy w sobie to, co najlepsze w klasycznym romansie, dramacie społecznym, kinie akcji i politycznym thrillerze. Za pomocą subtelnego obrazu widzimy zarówno ogromną brutalność, jak i niesamowitą namiętność, które pokazano bez scen dosłownej przemocy czy pocałunku/seksu. Ta zachowawczość formy zwiększa poziom naszych emocji, zaangażowania w toczącą się akcję. Sprawia, że jeszcze bardziej kibicujemy Omarowi. 

    (Źródło: hollywoodreporter.com)

    Największą zaletą filmu jest zaprezentowanie profilu współczesnego bohatera tragicznego oraz podjęcie zagadnień aksjologicznych, przed którymi staje tytułowy Omar. Kolejne wydarzenia z jego życia skłaniają nas do refleksji, która trwa nawet po seansie. 

    Jeśli można cokolwiek zarzucić najnowszej produkcji Hany Abu Assada, to jest to z pewnością brak bezstronności. Reżyser nie podszedł do problemu obiektywnie. Nie stara się znaleźć "złotego środa" w pokazaniu skomplikowanych relacji palestyńsko-izraelskich. Ale trudno mu się dziwić, skoro film ten jest opowieścią o jego narodzie.
    Nawet jeśli w niektórych scenach zbyt pochlebnie przedstawia palestyńskich bojowników, a za brutalnie prezentuje sylwetki Izraelczyków, to "Omar" jest tym tytułem, który musicie zobaczyć!

    (Źródło: electronicintifada.net)

    Continue Reading
    Newer
    Stories
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top