facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -
    Opowieść o trudnej relacji nazisty Teppo z czarnoskórym synem jego konkubiny bez dwóch zdań zwróciła moją uwagę. Temat ciekawy, a fakt, że jest to skandynawska produkcja, tylko mocniej rozbudził moje zainteresowanie. Stwierdziłam, że premiera „Serca lwa” jest doskonałym momentem do zapoznania się z fragmentem współczesnego kina fińskiego (kto wie, może niedługo sięgnę po więcej?). Tym bardziej, że reżyser obrazu jest bardzo ceniony także poza swoją ojczyzną.

    (Źródło: materiały prasowe)

    Akcja filmu rozgrywa się w niedużym mieście w Finlandii. Główny bohater – Teppo, właśnie opuszcza więzienie. Jego powierzchowność sprawia, że większość z widzów, przy mijaniu go w słabo oświetlonym zaułku, miałaby duszę na ramieniu. Łysy, umięśniony, obficie wytatuowany. Nie wygląda na sympatycznego. Przez przypadek poznaję Sari – kelnerkę, z którą zaczyna romans. Nieoczekiwanie przelotna znajomość z czasem zamienia się poważny związek. Na tyle poważny, że Teppo deklaruje chęć poznania Harri, syna Sari, mimo że chłopiec jest… czarny.

    (Źródło: youtube.com)

    Dalsze koleje losów bohaterów to walka. Walka między Teppo i Harri o to, na którym bardziej zależy kobiecie. O to, który ma mocniejsze nerwy i większą wytrzymałość. Ale również – a może przede wszystkim –walka ze swoimi uprzedzeniami, dotychczasowymi poglądami oraz niełatwą rzeczywistością. Walka o przezwyciężenie swoich lęków, uporanie się z ciemną przeszłością i stworzenie prawdziwego domu.
    Jednak dążenie do pozbycia się z głowy szkodliwych stereotypów oraz próba zbudowania kochającej się rodziny, nie będą łatwe. Zwłaszcza, że dodatkowo bohaterowie borykają się z nieco niezrównoważonym bratem Teppo, agresywną i okrutną bandą finlandzkich nazistów oraz dyskryminacją ze strony, z pozoru cichej i spokojnej, lokalnej społeczności.

    (Źródło: materiały prasowe)

    „Serce lwa” to całkiem zgrabna historia. Dopracowana pod względem wizualnym. Kolory, tonacja obrazu, skandynawskie pejzaże dają chłodny (może nieco skostniały? konserwatywny?) klimat małomiasteczkowości. Dzięki temu całość wygląda bardzo codziennie, przyziemnie. Emocjonalny wydźwięk potęgują brutalne sceny chuligańskich bijatyk oraz przemiana głównego bohatera.
    Niestety warstwa fabularna jest nieco naciągana. Wątek miłosny zbyt chaotycznie poprowadzony, a losy brata Teppo za dramatyczne i mało realistyczne, przez co film traci aspekt realności.

    Niemniej jednak warto zapoznać się z piątą już produkcją Dome Karukoskiego, którą nominowano do tegorocznej JUSSI – nagród przyznawanych przez Fińską Fundację Filmową (odpowiednik naszych Złotych Lwów wręczanych przez PISF). Tym bardziej, że za udział w filmie Jasper Pääkkönen otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora Drugoplanowego.


    (Źródło: materiały prasowe)

    Continue Reading
    Biały fartuch ubabrany krwią, a w nim Clive Owen jako nieco apodyktyczny i zbyt pewny siebie chirurg, przeprowadzający nowatorskie operacje. Bez skrupułów dyryguje nowojorskim szpitalem. Jawnie faworyzuje jednych i dyskryminuje drugich, będąc jednocześnie dość aroganckim wobec właścicieli medycznego przybytku.

    (Źródło: veja.abril.com.br)

    Rzecz dzieje się na początku XX wieku w szpitalu Knickerbocker w Nowym Jorku. Pacjenci to po części emigranci, lokalna biedota i kolorowi obywatele II kategorii. Umierają jak muchy. Jeden po drugim. Na syfilis, zapalenie oskrzeli czy porodowe powikłania. Trafiając na szpitalne łóżko mają dwie możliwości: umrzeć w męczarniach albo spróbować przeżyć eksperymentalne zabiegi doktora Thackery’ego (Clive Owen).

    (Źródło: latimes.com)

    Priorytetem głównego bohatera jest wyprowadzenie medycznych działań z salonów fryzjerskich. Chce znacząco wpłynąć na rozwój chirurgii, przyczynić się do postępów w tej dziedzinie. Niespodziewanie jednak dostaje konkurenta. I to nie byle jakiego. Wykształcony na najlepszych uczelniach, z imponującą praktyką w europejskich szpitalach czarnoskóry doktor Algernon Edwards stawia czoła nowym wyzwaniom zawodowym, niezbyt przychylnym kolegom oraz powszechnej dyskryminacji.

    (Źródło: youtube.com)

    To jednak nie koniec ciekawostek! Otóż szef chirurgii w Knickerbocker jest… uzależniony od kokainy! Na obrazie widzimy jak stan narkotykowej delirki miesza się z rzeczywistością i wspomnieniami bohatera. Momentami więc do końca nie wiemy, czy jesteśmy świadkami prawdziwych zdarzeń, retrospektywnych przeniesień czy też narkotycznych wizji.
    Ponadto scenarzyści zafundowali nam jeszcze co najmniej kilka barwnych postaci: chciwego kierowcę ambulansu, szemranego zarządcę szpitala, dobroduszną córkę właściciela placówki i dość bezpardonową siostrę zakonną.

    (Źrodło: rogerebert.com)

    Specyficzny klimat stwarzają chłodne zdjęcia oraz psychodeliczna muzyka (!). Całość ogląda się naprawdę dobrze! Zupełnie nie rozumiem tych, którzy marudzą, że „The Knick” to nic ciekawego, że po dotychczasowym wysypie medycznych „tasiemców” nie jest to produkcja, która może się wyróżnić. Nieprawda! Otóż serial ten jest czymś nowym i intrygującym (przynajmniej jak na razie) i – w moim odczuciu – wypada znacznie lepiej niż nagminnie oklaskiwany „Dr. House” (nie pojmuję fenomenu serialu, którego każdy odcinek jest zbudowany na tej samej zasadzie, a postać głównego bohatera już pod koniec pierwszego sezonu nudzi się…).

    (Źródło: awardsdaily.com)





    Continue Reading

    Piątkowy seans „Rio I love you” był absolutnie nieprzewidywalny. Nie mogę powiedzieć, że wyczekiwałam na ten film. Co to, to nie. Ale odkąd zobaczyłam zwiastun, w mojej głowie co jakiś czas pojawiała się – „Ooo, chyba się na to wybiorę”. I tak też zrobiłam w towarzystwie Emilki z Po napisach końcowych…

    (Źródło: wokolswiata.blogspot.com)

    Czego oczekiwałam? Całkiem miłej, lekkiej i przyjemnej produkcji z przepięknymi zdjęciami (ach ta cudna Brazylia!) i energetycznymi brzmieniami. Co dostałam? Półtoragodzinną mieszankę nonsensu i głupoty. Niedorzeczność goniła niedorzeczność, a tej pogoni nie było końca.

    (Źródło: youtube.com)

    Całość miała być połączeniem 10 historii różnych bohaterów. Wszystkie skoncentrowane wokół zagadnień miłości, przyjaźni, wierności, pasji i rozgrywane w boskim Rio. Każdy segment wyreżyserował ktoś inny – Nadine Labaki, Paolo Sorrentino czy Gulliermo Arriaga. Aż dziw, że śmietanka współczesnych reżyserów zechciała wziąć udział w czymś takim…

    Niektóre wątki z pozoru wyglądały dość dobrze. Inne urywały się niewyjaśnione (losy boksera i jego żony czy bogatego małżeństwa spędzającego popołudnie na plaży). Kolejne w zasadzie niczego nie wnosiły do filmu, bo poziom ich surrealizmu sięgał zenitu.

    (Źródło: thelowdownunder.com)

    Choć pod względem fabularnym produkcja leży na łopatkach, to rozpatrując ją wyłącznie w kategorii komediowo-satyrycznej była całkiem dobra. Kilka razy parskałam śmiechem, popłakałam się i prawie tarzałam na podłodze. Serio. 
    Najlepsze było to, że kilkakrotnie moje totalnie absurdalne komentarze po sekundzie znajdowały się na ekranie!!! Najbardziej niedorzeczne historia były momentalnie wizualizowane. Jakby moje sarkastyczne docinki miały moc sprawczą. :)

    (Źródło: filmweb.pl)

    Film dostał ode mnie 3 gwiazdki na Filmwebie. Jedną za zapierające dech w piersiach widoki Rio de Janeiro. Drugą za na ogół dość fajną muzykę. A trzecią za Rodrigo Santoro (<3). I serduszko. Bo to chyba najlepsza najgorsza produkcja roku! (Zdecydowanie wolę takie niewypały od obrazów w stylu zeszłorocznego „Spring Breakers”!).


    Jeśli więc chcecie się śmiać z całej masy bzdur i podziwiać prześliczne brazylijskie tereny za jedynie 15-20 złotych, polecam. W końcu wyjdzie taniej niż lot w tamte rejony ;)

    (Źródło: filmweb.pl)
    Continue Reading

    Po palestyński dramat sięgnęłam z zainteresowaniem. Nagroda Specjalna Jury w sekcji Un Certain Regard na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes oraz nominacja do Oskara w kategorii "Najlepszy Film Nieanglojęzyczny" działają na wyobraźnię chyba każdego miłośnika kina. Tym bardziej, że film miał dotyczyć przede wszystkim uniwersalnych problemów wielu współczesnych narodów zmagających się z wojenną codziennością. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że "Omar" niezwykle mocno chwyta za serce i głęboko zapada w pamięć.

    (Źródło: bocamag.com)

    Tytułowy bohater jest palestyńskim piekarzem. Wychował się na jednym osiedlu ze swoimi przyjaciółmi - Tarekiem i Amjadem. Z czasem jednak chłopców rozdzielił wysoki mur. Mimo wszystko Omar codziennie przekracza tę betonową granicę, narażając własne życie. Ciągnie go do kolegów, ale także do ukochanej Nadii, młodszej siostry Tareka, z którą planuje wkrótce wziąć ślub. 
    Działa również w lokalnej bojówce. Uczy się strzelania, walki wręcz. Kolejne akcje dywersyjne wymierzone w izraelskie siły kierują jego losy w złą stronę. Omar zostaje schwytany i osadzony w więzieniu. Po okrutnych torturach zostaje mu przedstawiona propozycja nie do odrzucenia. Chłopak staje przed trudnym wyborem: honor czy miłość i przyjaźń?
    (Źródło: youtube.com)
    Już po pierwszych minutach seansu widziałam jedno - to kawał bardzo dobrego kina! Na taką opinię złożyło się co najmniej kilka solidnych, dopracowanych elementów. W tej układance mamy bowiem: wymowne zdjęcia, świetne kreacje aktorskie, genialną fabułę oraz reżyserski kunszt na najwyższym poziomie. 

    Po pierwsze Hany Abu Assad podejmuje wciąż aktualny temat - konflikt arabsko-izrealski. Owszem, jest on mu bliski z racji pochodzenia (reżyser jest Palestyńczykiem), ale tą decyzją pokazuje, że nie odcina się od swoich korzeni i nie porzuca produkcji o narodowych problemach na rzecz tych na wskroś hollywoodzkich (lekkich, miłych i przyjemnych).

    (Źródło: filmlinc.com)

    Poza tym sedno historii stanowi jednak los człowieka. Jego dylematy, pragnienia, lęki. Wszystko to, z czym każdy z nas zmaga się we własnym życiu, a co na tle wojny nabiera swoistego dramatyzmu. Cała fabuła "Omara" została osnuta wokół uniwersalnych kwestii - miłości, przyjaźni, zdrady, honoru, patriotyzmu, zaufania. Świadomość, że główny bohater z jednej strony stawia czoła politycznym wrogom, z drugiej zaś nieustannie pokonuje kolejne życiowe przeciwności (tak niespodziewane, i tak bolesne) sprawia, że poziom jego tragizmu w pewnym momencie sięga zenitu. Wtedy pojawiają się łzy. I to nie tylko na jego twarzy, ale także na naszej. Spływają nieśmiało po policzku. A to jeszcze nie koniec "przygód"...

    (Źródło: denverpost.com)

    "Omar" to rewelacyjna kompilacja gatunków filmowych. Łączy w sobie to, co najlepsze w klasycznym romansie, dramacie społecznym, kinie akcji i politycznym thrillerze. Za pomocą subtelnego obrazu widzimy zarówno ogromną brutalność, jak i niesamowitą namiętność, które pokazano bez scen dosłownej przemocy czy pocałunku/seksu. Ta zachowawczość formy zwiększa poziom naszych emocji, zaangażowania w toczącą się akcję. Sprawia, że jeszcze bardziej kibicujemy Omarowi. 

    (Źródło: hollywoodreporter.com)

    Największą zaletą filmu jest zaprezentowanie profilu współczesnego bohatera tragicznego oraz podjęcie zagadnień aksjologicznych, przed którymi staje tytułowy Omar. Kolejne wydarzenia z jego życia skłaniają nas do refleksji, która trwa nawet po seansie. 

    Jeśli można cokolwiek zarzucić najnowszej produkcji Hany Abu Assada, to jest to z pewnością brak bezstronności. Reżyser nie podszedł do problemu obiektywnie. Nie stara się znaleźć "złotego środa" w pokazaniu skomplikowanych relacji palestyńsko-izraelskich. Ale trudno mu się dziwić, skoro film ten jest opowieścią o jego narodzie.
    Nawet jeśli w niektórych scenach zbyt pochlebnie przedstawia palestyńskich bojowników, a za brutalnie prezentuje sylwetki Izraelczyków, to "Omar" jest tym tytułem, który musicie zobaczyć!

    (Źródło: electronicintifada.net)

    Continue Reading
    Przyznam szczerze: gotowanie bardzo długo nie było moją bajką. Po prostu nigdy nie miałam do niego ani talentu, ani smykałki. Na dodatek wychowałam się w domu, w którym znacznie lepiej gotuje mężczyzna, więc tym bardziej trzymałam się z daleka od kuchennych zabawek. J Z czasem jednak moje podejście do pichcenia i pieczenia uległo zmianom. A pomocne w tym były m.in. produkcje takie jak „Podróż na sto stóp”.

    Zapytacie: „dlaczego?”. Ponieważ przepiękne kadry smakowitych potraw przygotowywanych przez sympatycznych bohaterów – dodajmy: z niezwykłą lekkością i uśmiechem na ustach, w pewnym sensie (nie tym romantycznym, ani też przerażającym ;))  chwyciły mnie za serce. I zdecydowanie przekonały do rozpoczęcia kulinarnej przygody!

    (Źródło: kino.dlastudenta.pl)
    Najnowszy film Lasse’a Hallströma (znanego m.in. z „Czekolady”, „Co gryzie Gilberta Grape’a” czy nowego „Casanovy”) opowiada o Madame Malory (wspaniała Helen Mirren), która jest szanowaną restauratorką.  By skosztować jej potraw, do małej mieściny na południu kraju, przybywa nawet sam prezydent Francji. Lokal posiada bowiem słynną gwiazdkę Michelina.

    (Źródło: film.wp.pl)
    Pewnego dnia, w wyniku drogowej kolizji, do miasteczka przybywa hinduska rodzina. Jak się okazuje, gastronomia to ich wielka pasja. Głowa rodziny – uparty, lecz pocieszny ojciec – postanawia więc otworzyć restaurację…. naprzeciwko lokalu Madame Malory. Ta wszelkimi sposobami próbuje pozbyć się niepożądanych sąsiadów, których nie uznaje za konkurencję. Obopólna niechęć i rywalizacja stopniowo ustępuje na rzecz solidarności, uprzejmości i przyjaźni.

    (Źródło: youtube.com)
    „Podróż na sto stóp” ogląda się naprawdę dobrze. To nie jest kino najwyższych lotów. Nie dostanie nominacji do żadnej ważnej statuetki. Ale przyznajmy szczerze, nie wszystkie produkcje tworzone są dla intelektualnych elit.

    Główne wątki toczone są wokół odwagi i determinacji w podążaniu za pasją, zjednywania sobie ludzi czy poszukiwania miłości. Jednym słowem – tematy dość uniwersalne. Ale plastyczny sposób ich przedstawienia idealnie nadaje się na dość chłodny koniec lata. Ciepłe barwy i przyjemna muzyka uprzyjemni brak słońca i finisz sezonu wakacyjno-urlopowego.

    (Źródła: kinopodbaranami.pl)
    Film więc z pewnością pozwoli na 1,5 godziny znaleźć się w innym świecie. Świecie przepełnionym aromatami wysublimowanych potraw, kolorami egzotycznych przypraw i dźwiękami orientalnej muzyki. Podczas takich seansów ubolewam, że kino (jeszcze!) nie daje możliwości odczuwania aspektów węchowych. Na szczęście obrazem (rewelacyjne krajobrazy i przekonujące ujęcie małego miasta) wynagradza tę niedogodność. I sprawia, że całokształt wypada przyzwoicie.

    (Źródło: monolith.pl)

    Continue Reading

    Niemałą niespodzianką, zorganizowaną w ramach II Ogólnopolskiego Spotkania Blogerów Filmowych, był pokaz filmu "Klub Jimmy'ego". Nie dość, że seans odbył się znacznie przed premierą (w PL planowana na 17.10), to jeszcze blogerskie środowisko było w kraju drugą publicznością mogącą zapoznać się z najnowszym dziełem Kena Loacha (wcześniej zobaczyli je tylko widzowie festiwalu "Dwa Brzegi"). 

    Samo wprowadzenie zaintrygowało mnie. I dało nadzieję na wielkie widowisko. Oczekiwania były więc naprawdę duże. Okazuje się bowiem, że film otrzymał ogromne owacje na festiwalu w Cannes! 

    (Źródło: zimbio.com)
    Pierwsze minuty seansu tylko podnosiły poprzeczkę. Wspaniałe krajobrazy, świetne stroje, niezwykły klimat XX-wiecznej wsi, która z jednej strony jest harmonijna, z drugiej zaś wymaga ciężkiej pracy i zahartowania na liczne niedogodności. A do tego muzyka! Skoczna, radosna, przepełniona sielskością. Niestety, okazało się, że te wyżej wspomniane elementy nie są w stanie utrzymać napięcia. Że w ostatnim rozrachunku film traci kilka punktów. Za co? Przede wszystkim za scenariusz.

    (Źródło: youtube.com)
    Bo historia Jimmy'ego, dojrzałego mężczyzny, który na początku lat 30. XX wieku wraca z Nowego Jorku do rodzinnej, irlandzkiej wsi, mogłaby być bardziej energiczna czy wręcz przekonująca. Sam główny bohater ma ciekawy rys. W młodości - niepokorny, ambitny, pracowity. Dużo czyta, stara się edukować i jednoczyć sąsiadów, a także uatrakcyjniać im czas. Tworzy klub, który zyskuje przychylność zwykłych ludzi, ale nie podoba się klerowi oraz probrytyjskim Irlandczykom (lata 20. i 30. ubiegłego wieku były czasem brytyjsko-irlandzkich przepychanek dotyczących kwestii niepodległości Irlandii Północnej). 

    Początkowo Jimmy dzielnie stawia czoła kolejnym przeszkodom, z czasem jednak zostaje zmuszony do opuszczenia ojczyzny. W kraju pozostawia matkę oraz ukochaną - Oonagh. Kiedy wraca w rodzinne strony, po dekadzie spędzonej na obczyźnie, jest witany jak brat, przyjaciel. Obiecuje prowadzić ciche i spokojne życie. Rezygnuje z działań społecznych, a także z miłości (w międzyczasie dziewczyna wyszła za innego). Staje się wycofany, wręcz stłumiony. 
    Nawet zachęcany przez przedstawicieli nowego pokolenia, nie deklaruje zainteresowania wznowieniem klubu. Dopiero z czasem podejmuje odważną decyzję.

    (Źródło: dwabrzegi.pl)
    Mimo ponownego zaangażowania w prace dla społeczności lokalnej, nie jest liderem. Niemal w każdej drażliwej sytuacji potrzebuje porady innych. Wciąż jest małomówny, zachowawczy. Brakuje mu pewnej ikry, charyzmy, determinacji. 
    Także w relacji z dawną ukochaną nie przedstawia zdecydowania. Spędza z Oonagh kilka romantycznych chwil (sceny są przepełnione klimatem sekretnej schadzki, namiętności i długoletniej samotności), ale nie stara się na nowo zdobyć jej serca, wyrwać z - jak możemy przypuszczać - dość poprawnego, ale absolutnie nie przepełnionego miłością związku.

    (Źródło: dwabrzegi.pl)
    Z tego względu postać Jimmy'ego nie przekonuje. Podczas seansu wciąż zastanawiałam się, jak to możliwe, by tak zamknięty i stonowany człowiek mógł być przywódcą grupy rewolucjonistów. Dodajmy jeszcze, że jednym z kluczowych wątków jest starcie członków "Klubu Jimmy'ego" z Kościołem Katolickim, którego przedstawiciel - ksiądz Sheridan (świetna kreacja!) toczy liczne pojedynki (nie tylko słowne) z głównym bohaterem.

    (Źródło: filmweb.pl)
    W ogólnym rozrachunku "Klub Jimmy'ego" ogląda się dość dobrze. Muzyka, zdjęcia, scenografia są bez zarzutu. Zwłaszcza warstwa wizualna bardzo mi się podobała (obraz utrzymany w chłodnych barwach potęguje przeświadczenie o uciążliwości życia na wsi z przełomu lat 20. i 30.). Jednak tytułowy bohater, będący liderem bez werwy i odwagi, umniejsza widowisko. Jeśli chodzi o Filmwebową skalę, daję 6/10. 

    (Źródło: filmweb.pl)

    *Film obejrzany dzięki uprzejmości dystrybutora Best Film oraz Kina Pod Baranami.
    Continue Reading
    Powtarzając za tekstem popularnej piosenki z lat 90., "ups, I did it again". Znowu byłam na Ogólnopolskim Spotkaniu Blogerów Filmowych. Znowu poznałam masę ciekawych ludzi. Znowu spędziłam wspaniały czas. I wiecie co? Chętnie wkrótce to powtórzę! ;)


    Sobotnie spotkanie planowaliśmy od 3 miesięcy. Zaraz po pierwszej edycji, która miała miejsce w Warszawie, dwie wspaniałe krakowskie blogerki zaprosiły całą naszą ferajnę do siebie. Nie to, że do domu - do zacnego grodu Kraka :) Dogrywaliśmy terminy, bookowaliśmy hostele, ustalaliśmy godziny przyjazdu. Większość chciała cały weekend spędzić w blogerskim gronie. I udało się!



    (Prawie cała ekipa w Muzeum Narodowym w Krakowie.)


    Tym razem było nas 18cioro. Przybyliśmy prawie z całej PL - Łódź, Sosnowiec, Olsztyn, Gliwice, Gdynia, Warszawa, Kraków. Najpierw zamieniliśmy kilka słów. Bo choć kojarzymy swoje blogi, komentujemy niektóre wpisy, to nie znamy wszystkich autorów stron czy fan page'y, na które zaglądamy. Potem z pakunkami-niespodziankami od Warner Bros Polska, ruszyliśmy na seans. 
    Niezmiernie ucieszył mnie fakt, że film - którego tytuł do samego końca nie był zdradzany - wyświetlono w kultowym i znanym w całym kraju Kinie Pod Baranami! Dla mnie jako kinomaniaczki był to istny rarytas :)
    Tajemniczą produkcją, którą podzielił się z nami dystrybutor Best Film, był najnowszy dramat Kena Loacha - "Klub Jimmy'ego" (recenzja już na dniach!). 

    (Źródło: filmweb.pl)

    Popołudnie odbyliśmy pod hasłem "Poznaj życie i twórczość Stanleya Kubricka". Jak to było możliwe? Otóż w Muzeum Narodowym w Krakowie można zobaczyć wystawę poświęconej jego osobie. Fotosy z planu filmowego, oryginalne rekwizyty, sprzęt operatorski, kostiumy, odpisy scenariuszy czy dokumenty o niektórych produkcjach. To wszystko dostępne do 14. września. Warto nawet, jeśli nie znacie od deski do deski filmów Kubricka.




    Wieczór był epicki. Co dokładnie się działo pozostanie ściśle tajne. No chyba, że wyciekną kompromitujące zdjęcia i nagrania - wciąż mamy nadzieję, że nikt nas nie podsłuchiwał! ;)

    Za wszystkie podarki oraz organizację przedpremierowego pokazu dziękuję partnerom spotkania! Oby więcej, oby częściej, oby jeszcze liczniej odbywały się blogerskie meetingi!

    (Paczka prezentów - tyleeee dobra!)

    Continue Reading
    Newer
    Stories
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top