facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Gretę Gerwig cenię za fantastyczną rolę w "Frances Ha". I choć jej debiut reżyserski przegapiłam, to z ogromną chęcią sięgnęłam po "Lady Bird". Nie dość, że gra w nim Saoirse Ronan, Lucas Hedges i Timothée Chalamet, czyli śmietanka młodych, utalentowanych aktorów, to jeszcze całość gatunkowo oscyluje między komedią a dramatem, co tylko sprawia, że moja chęć obejrzenia nowości rosła. I udało się, jeszcze przed oskarową galą nadrobiłam "Lady Bird", którą chciałabym polecić i Wam.

    (Źródło: ebay.co.uk)

    Tytułowa Lady Bird to siedemnastoletnia Christine dorastająca w kalifornijskim Sacramento. Na co dzień uczy się w katolickiej szkole średniej i wierzy, że niebawem wyrwie się ze swojego miasta do wielkiego świata, by ziścić swoje największe marzenie: dostanie na kierunek aktorski na nowojorskim uniwersytecie.
    Między szkolnymi perypetiami, pierwszymi doświadczeniami miłosnymi i ambitnymi planami na przyszłość, bohaterka często i ostro ścina się ze swoją matką, która reprezentuje zgoła inne podejście do życia. W przeciwieństwie do Lady Bird jest trochę oschła, bardzo wymagająca i nawet momentami apodyktyczna. To sprawia, że w filmie przyglądamy się też niełatwym relacjom na linii matka-córka.

    (Źródło: youtube.com)

    Największą siłą filmu stanowi rewelacyjna kreacja nieco awanturniczej nastolatki odegrana przez Saoirse Ronan. Ta 24-letnia aktorka po raz kolejny udowadnia, że drzemie w niej ogromny talent, który jeszcze niejednokrotnie nas zaskoczy. Lekkość, z jaką wciela się w postać Lady Bird oraz wiarygodność, z jaką ją gra przywołują na myśl inne dzieło Grety Gerwig o podobnym wydźwięku - "Frances Ha". 

    Nominacja do Oskara w kategorii najlepszego filmu nie była niezasłużona. To dojrzały w wymowie, a subtelny w swej formie portret dojrzewania w XXI wieku, który zyskuje sporo plusów dzięki odpowiedniemu rozłożeniu scen komediowych i dramatycznych i świetnie zagrany przez Saoirse Ronan oraz jej filmową matkę - Laurie Metcalf. Choć w ogólnym rozrachunku nie jest to obraz bardzo wyjątkowy, dla tak dobrych postaci kobiecych warto go nadrobić. 



    (Źródła: themoviegourment.com, vox.comi avclub.com)

    Continue Reading

    To prawda. Wszystkie superlatywy o "Manchester by the Sea", w jakich wypowiadali się krytycy, są prawdziwe. To jeden z tych filmów, który już w trakcie seansu uderza w najczulsze struny i z tego powodu wstrząsa nami na długo. To minimalistyczne kino podkreślające jak oszczędność formy może tylko wzmocnić przekaz produkcji. Chapeau bas panie Lonergan!


    (Źródło: vulturehound.co.uk)
    Lee (Casey Affleck) pracuje jako dozorca kilku budynków w jednej z dzielnic Bostonu. Mieszka sam. Nie ma bliskiej rodziny ani przyjaciół, jest małomówny, wręcz zamknięty w sobie. Choć z obowiązków zawodowych wywiązuje się bardzo dobrze, nie potrafi pracować z ludźmi. Ma trudności w kontaktach z innymi. Gdy otrzymuje telefon o zawale brata, bez wahania wyrusza do szpitala. W niedużej miejscowości o nazwie Manchester by the Sea ma zamiar spędzić kilka dni, by przypilnować nastoletniego bratanka podczas nieobecności jego ojca. Wizyta niespodziewanie się wydłuża, co nie jest na rękę naszemu bohaterowi. Widzimy, że w tych rodzinnych stronach czuje on się źle, nieswojo, bo miasteczko skrywa tajemnice, które dopiero mamy poznać.



    (Źródło: youtube.com)

    Affleck fantastycznie wciela się rolę samotnika. Potrafi gestem czy spojrzeniem oddać przeróżne emocje targane jego bohaterem, choć ten wydaje się być na tyle zimny i zdystansowany, że nie odczuwa niczego. Mamy tu jednak smutek, rozżalenie, zagubienie czy bezsilność. Lee jest bohaterem tragicznym. Po części w rozumieniu stricte antycznym: musi podjąć trudną decyzję i bez względu na to, czy postanowi zamieszkać z bratankiem w rodzinnej miejscowości i nieustannie walczyć z demonami przeszłości, czy wrócić do Bostonu i utrudnić nastolatkowi i tak niełatwy okres dojrzewania, wybór ten kogoś skrzywdzi. Po części zaś dlatego, że doznał w życiu istnej kumulacji nieszczęść. W pewnym momencie - sprytnie prowadząc widza nieoczywistymi retrospekcjami - Lonergan zdradza z jakiego powodu mężczyzna jest tak bardzo wyobcowany. I wtedy gula staje nam w gardle, a w oczach pojawiają się łzy. Reżyser na tyle umiejętnie snuje tę subtelną, ale dramatyczną opowieść rozgrywaną w powolnym (pozornie wręcz nudnym) tempie, że perfekcyjnie działa i na nasze emocje. Jest taki cytat z Haruki Murakami mówiący o smutku: "Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy". Mam wrażenie, że w "Manchester by the Sea" tak Lonerganowi, jak i Affleckowi udało się pokazać taki rodzaj smutku przez pryzmat głównego bohatera.

    (Źródło: indiewire.com)

    Na oklaski zasługuje też Lucas Hedges, który za występ zdobył nominację do Oskara w kategorii drugoplanowej roli męskiej oraz do nagrody BAFTA dla największej aktorskiej nadziei kina. Faktycznie jest bezbłędny jako osierocony, nieco rozwydrzony i zbyt pewny siebie nastolatek, przeżywający bunt okresu dorastania. To starcie mężczyzn - młodego, wciąż dojrzewającego i starszego, próbującego odnaleźć się w zupełnie nowej roli, Lonergan zaprezentował fantastycznie. Niektóre sceny nas bawią, inne wzbudzają irytację. Jednak każde spotkanie tych dwóch bohaterów budzi emocje.

    Melancholijny wydźwięk produkcji podkreśla nostalgiczna ścieżka dźwiękowa (TU) oraz kadry pełne surowości i chłodnych odcieni. Narracyjnie dostajemy nielinearną opowieść o konstrukcji puzzlowej, w której niemal każda scena stanowi oddzielny element. Dopiero zebranie ich wszystkich pozwala spojrzeć na głównego bohatera przez pryzmat jego doświadczeń: sukcesów, porażek, dawnych radości, życiowych dylematów i przeżytych traum. Co więcej, każda z tych scen (choć akcja jest naprawdę stonowana) dąży do wielkiej kulminacji. Czujemy, że zbliża się coś, co bohaterem wstrząśnie. Co wreszcie pozwoli mu zdjąć z twarzy tę maskę człowieka bez uczuć. I - w przeciwieństwie do "Patersona", w którym wypatrujemy takiej sceny, a ona nie następuje - nagle dzieje się coś. Dochodzi do spotkania z Randi, byłą żoną. To spotkanie dwojga pokiereszowanych przez życie ludzi, którzy niegdyś darzyli się wielkim uczuciem, przeszywa serce widzów. Choć jak wiecie nie należę do ckliwych, trudno było utrzymać emocje na wodzy. Kapitalna scena! Po niej czujemy, jakbyśmy doznali pewnego oczyszczenia, przeżyli prawdziwe katharsis.



    (Źródła: fandango.com i cloudfront.net)

    Obrazy takie jak ten nie rodzą się jak grzyby po deszczu. To perełki, których należy uważnie wyszukiwać wśród setek czy tysięcy nagrywanych filmów. Spośród ostatnich tytułów - w pewien sposób podobnych do "Manchester by the Sea" - trafiłam na "Mustanga" i "Moonlight". Wszystkie poruszają trudną tematykę, mają świetne zdjęcia, pozostawiają nas z poczuciem goryczy. Ale to właśnie produkcja Kennetha Lonergana uderza nas swoistym naturalizmem, umiłowaniem minimalizmu oraz fenomenalną rolą Caseya Afflecka, który dowiódł, że jest o tysiąckroć zdolniejszy od brata. Czy za tę kreację zgarnie Oskara dowiemy się dopiero 26. lutego, ale w moim odczuciu statuetkę ma w kieszeni. 



    (Źródło: klubzak.com.pl)

    Continue Reading

    Siedem nominacji do Złotych Globów, dziewięć do Oskara, jedenaście do Nagród BAFTA. Te liczby mówią same za siebie! "Birdman" to produkcja, która w ostatnich miesiącach króluje w branży filmowej i którą przywołuje się w kontekście genialnego powrotu Michaela Keatona, perfekcyjnej warstwy technicznej oraz świetnego scenariusza.

    (Źródło: ew.com)
    Podstarzały aktor, przebrzmiała gwiazda kina rozrywkowego, poturbowany przez życie mężczyzna - oto bohater "Birdmana". Riggan Thomson ma już swoje lata. Ma też byłą żonę, z którą łączą go dość dobre relacje, młodszą kochankę, córkę po odwyku i pomysł na dobrą sztukę teatralną. Problem w tym, że nieliczni wierzą w broadway'owy sukces (tak reżyserski, jak i aktorski) kogoś, kto jeszcze kilkanaście (kilkadziesiąt?) lat temu zagrał ulubieńca milionów - Birdmana. 
    Trochę osamotniony w walce o triumf na deskach teatru, częściowo wspierany przez koleżankę po fachu (Naomi Watts) i producenta (Zach Galifianakis) dąży do spełnienia swojego marzenia.

    Bo film ten jest w dużej mierze opowieścią o samorealizacji, nieustannym zmierzaniu do celu. To klasyczny dramat o dość pozytywnym wydźwięku. Gdzieś między wierszami reżyser Alejandro González Iñárritu przekonuje, że marzenia nie mają terminu ważności i zawsze możemy zostać tym, kim chcemy. 

    (Źródło: youtube.com)

    "Birdmana" można też odczytywać jako portret filmowego światka. Obserwujemy jak wygląda koegzystencja aktorów, reżyserów, kostiumologów, charakteryzatorów za kulisami, jak życie zawodowe reprezentantów branży artystycznej przenika się z prywatnym. To również trochę wyśmiewanie mody na kino komiksowe, na przeróżnych superbohaterów występujących w coraz to nowszych blockbusterach. Pod tym względem obsadzenie w roli głównej Keatona zyskuje dodatkowy, komiczny wymiar (w latach 90. Batman miał właśnie jego twarz). 

    "Popularity is a slutty little cousin of prestige"

    Interpretując go dokładnie jesteśmy w stanie dostrzec jeszcze inne znaczenie czy przesłanie "Birdmana", ściśle związane z opinią Iñárritu co do hollywoodzkiej rzeczywistości. To pewna prawda na temat społeczeństwa XXI wieku. Społeczeństwa, które jest niewolnikiem technologii, elektronicznych gadżetów, bezgranicznego dostępu do internetu, rozrastających się portali społecznościowych i pstrykania selfie prawie 24 godziny na dobę. Reżyser subtelnie podrzuca myśl, że najnowsze zdobycze techniki wpłynęły na naszą negatywną zmianę: spłyciły relacje z innymi, zmodyfikowały nasze postrzeganie świata. Dla wielu liczy się tylko liczba serduszek uzyskanych na Instagramie, sława w Internecie, możliwość zaistnienia w wirtualnym świecie. To, co prawdziwe i namacalne stało się passé.

    Główny bohater "Birdmana" nie odnajduje się w takiej rzeczywistości. Jest człowiekiem z innej epoki. Przyjaźnie nawiązywał twarzą w twarz, wszystkie ważne chwile zapisywał w głowie, nie w najnowszym smartfonie, dorastał bez tabletu w ręce. Po jego spojrzeniu momentalnie wnioskujemy jak niekomfortowo czuje się w oszalałym tłumie pseudofotografów. Jak bardzo nie rozumie, że rzesza fanów superbohatera, którego zagrał przed laty, wolałaby mieć z nim zdjęcie niż zamienić dwa słowa. To pokolenie, które woli rejestrować obecną chwilę niż ją przeżywać... 


    (Źródło: indiewire.com i latimes.com)

    Już przed "Birdmanem" Iñárritu tworzył filmy genialne. Filmy, które zachwycały zarówno krytyków, jak i widzów. Filmy, które podczas seansu przeżywało się całym sobą, a które po projekcji na długo zostawały w naszej głowie. "Babel" czy "Amorres perros" to tylko dwa z nich. Teraz - w mojej opinii - poszedł krok naprzód. Oprócz dopracowania najbardziej fundamentalnych elementów - scenariusza i gry aktorskiej, zajął się wyciąganiem na wyżyny warstwy artystycznej. 

    W "Birdmanie" współgra bowiem muzyka rewelacyjnie wpływająca na nastrój widza i odbiór filmu z fantastycznymi kadrami. Praca kamery zachwyca do tego stopnia, że przez pierwsze 30-40 minut seansu w tyle głowy pojawiało się u mnie pytanie "Jak oni to zrobili? Jak to możliwe, że aż tak perfekcyjnie zmontowali film kręcony na jednym ujęciu?". Na uwagę zasługuje też scenografia. Ulokowanie głównego miejsca akcji w nowojorskim teatrze pozwoliło na podążanie za poszczególnymi bohaterami po krętych, wąskich korytarzach, zaglądanie do technicznych zakamarków, podglądanie ich w zagraconych garderobach. Dzięki temu siedząc w kinowym fotelu czujemy się tak, jakbyśmy faktycznie znajdowali się w tej filmowej przestrzeni. 



    (Źródło: filmequals.com i indiewire.com)

    Co więcej, większość wiodących kreacji aktorskich została zagrana bezbłędnie. Prym wiedzie nieskazitelny duet Keaton-Norton. Panowie przechodzą samych siebie i niemal w każdej sekundzie tryskają całą gamą skrajnych emocji. Z tego powodu powrót Keatona z łatwością przyrównuję do odrodzenia się Feniksa z popiołów, a występ Nortona, który zwykle jest genialny, tym razem mogłabym oklaskiwać bardzo długo, gdyż stworzył postać, która ma szanse swą sławą przebić wybitną rolę Tylera Durdena z kultowego już "Fight clubu". Nic więc dziwnego, że obaj mają na swoim koncie nominacje do kilku prestiżowych nagród. Czy oskarową galę opuszczą jako zwycięzcy, dowiemy się za miesiąc, ale już dziś można gratulować oszałamiających efektów pracy!

    Świetnie prezentuje się też dalsza część drugiego planu. Zach Galifianakis w momencie pojawienia się na ekranie jest nie do poznania. Jego bohater tak znacząco odbiega od dotychczasowego wizerunku aktora, że tym razem możemy odkryć zupełnie nową twarz kogoś, komu przyszywano łatkę odtwórcy wyłącznie komediowego. Watts po raz kolejny w ostatnich miesiącach prezentuje się zaskakująco dobrze (występ w "Mów mi Vincent" sprawił, że naprawdę się do niej przekonałam), zaś Stone nareszcie udowodniła, że nie bez powodu dostaje nowe angaże. Słowem: perfekcyjna, utalentowana obsada! 


    (Źródło: loopedblog.com i movienewz.com)
    "Birdman" to film kompletny. Niczego w nim nie zabrakło, wszystkie elementy są odpowiednio wyważone. Wizualnie, technicznie, aktorsko i koncepcyjnie jest dziełem skończonym, idealnym. Rozpoczęcie filmowego roku tak kapitalną produkcją niezwykle wysoko stawia poprzeczkę. To, czy kolejne filmy 2015 będą trzymały podobny poziom okaże się w najbliższych miesiącach. Tymczasem wszystkim spragnionym rewelacyjnych, filmowych doznań polecam seans "Birdmana". 


    (Źródło: collider.com i moviepilot.com)
    Continue Reading
    Do "Mommy" podchodziłam trochę nieufnie. Z dystansem. A nawet z obawą, że nie porwie mnie reżyserski kunszt tak chwalonego Xaviera Dolana. Pierwsze spotkanie z jego twórczością - "Wyśnione miłości", nie należało do wyjątkowych. Ot, solidna produkcja, pod kilkoma względami wręcz rewelacyjna, ale bez czegoś, co pozwoliłoby mi rozkochać się w tej stylistyce. Jak było z jego najnowszym filmem?
    (Źródło: indiewire.com)
    "Mommy" zadziwia i intryguje. Od samego początku. Już pierwsze kadry zdają się mówić: "Oto drogi widzu, masz okazję skosztować wyjątkowego kina". Dosłownie pierwsze minuty wydają się iście "dolanowskie". Chociaż jako osoba, która nie miała do tej pory z młodym reżyserem zbyt wiele do czynienia, mogę trochę wyolbrzymiać :-)
    (Źródło: youtube.com)
    W niecodziennych okolicznościach (wypadek samochodowy) poznajemy Die, matkę głównego bohatera - nastoletniego Steve'a. Chłopak zmaga się z problemami psychicznymi. Przebywa w specjalistycznym ośrodku, w którym ma dojść ze sobą do ładu. Jednak po podpaleniu części budynku i spowodowaniu poważnych obrażeń u jednego z kolegów, zmuszony jest opuścić placówkę. Trafia pod opiekę matki, a ta nie wie od czego powinna zacząć budowanie ich relacji.

    (Źródło: awardsdaily.com)
    "Mommy" to dwugodzinny dramat skupiający się na dwóch głównych kwestiach. Z jednej strony widzimy studium nad osobami z ADHD (i być może jeszcze innymi chorobami psychicznymi), z drugiej Dolan pokazuje codzienne zmagania matki. Co ciekawe, po głębszym zastanowieniu się na postacią Die, dochodzimy do wniosku, że wbrew pozorom nie jest to portret matki reprezentanta tzn. trudnej młodzieży. To portret niemal każdej matki. Mamy tu bowiem okres zachwycania się postępami, jaki robi dziecko, załamywania rąk nad jego złymi wyborami, nadzieję na szczęśliwe zakończenie problemów. Są chwile poczucia osamotnienia, czas dokonywania odważnych, drastycznych decyzji i długi okres podejmowania trudu codziennych obowiązków. Po prostu życie. 
    (Źródło: cultmontreal.com)
    Wiele elementów użytych przez młodego reżysera zasługuje na pochwałę. Jednak w pierwszej kolejności muszę wspomnieć o wprost kapitalnej kompilacja przedstawiającej możliwy scenariusz życia Steve'a. To zbiór scen potencjalnej przyszłości, których szczerze życzy sobie jego matka. Te kilka minut dorastania głównego bohatera (czasy studenckie, zaręczyny, ślub) wypełnione jest miłością, troską, ciepłem i radością. Na wskroś przenika matczyna nadzieja na znalezienie rozwiązania dotychczasowych problemów wychowawczych. To trochę idylla. Ale przepiękna. Tak pod względem treści obrazków, jak i formy ich przedstawienia. 

    No właśnie, kluczowa jest tu także forma. Zarówno ten kolaż potencjalnej, lecz jednak utopijnej przyszłości Steve'a, jak i scena błogiej zabawy trójki głównych bohaterów (matka, syn i sąsiadka), nakręcone są w formacie panoramicznym (16:9). Jest to o tyle wymowne, że pozostała część filmu została zaprezentowana w wymiarach 4x4. Odczytuję to jako poczucie całkowitego spełnienia, bezmiaru wolności, pełnego szczęścia, jakie ma w sobie człowiek w tych nielicznych chwilach życia, po zrobieniu milowych kroków rzutujących na wygląd naszego dalszego losu.
    (Źródło: movies.mxdwn.com)
    Co jeszcze powinno zostać docenione? Niewątpliwie aktorstwo! Kunszt Anne Dorval (grającej Die) oraz Suzanne Clément (Kyla) jest wręcz niewypowiedziany. To prawdziwa przyjemność oglądać je na ekranie. Ich postacie są bez dwóch zdań prawdziwe. Styl bycia głównej bohaterki jest nie do podrobienia (aktorka chyba aż przesiąkła charakterystycznym chodem czy gestykulacją granej postaci), podobnie jak sposób mówienia Kyli (artykulacja poszczególnych słów wymagała na pewno bardzo długiej i męczącej pracy, której efekty zachwycają widza!).
    Nie można jednak nie wspomnieć o Antoine-Olivierze Pilonie. Jest niewątpliwie zdolny, szalenie wiarygodny. Dla mnie to objawienie roku! Niewiele postaci tak głęboko zapadło mi w pamięć - to wielkie odkrycie i niesamowity potencjał!

    (Źródło: theguardian.com)
    Czy cudowne dziecko kanadyjskiego kina porwało mnie swoim dziełem? Nie do końca. Chylę czoła za świetny pomysł, charakterystyczne postacie, dopracowane najmniejsze elementy. Perfekcyjne współgranie muzyki z obrazem zachwyca, artystyczne niuanse warstwy wizualnej zyskują moją aprobatę (zabawy światłem, kadrowaniem, kolorem czy ruchem kamery). Mimo tylu zalet całość bardziej tratuję jako poprawną i po prostu interesującą niż zapierającą dech w piersiach. Bez względu na to czuję, że "Mommy" ma bardzo duże szanse na Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny.

    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      6 miesięcy temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      3 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      8 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top