facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Jan Komasa nie próżnuje. Po gigantycznym sukcesie "Bożego Ciała" nie osiadł na laurach. Wraz z młodym, zdolnym scenarzystą Mateuszem Pacewiczem przygotował nowy materiał, sequel "Sali samobójców". Filmu, który wstrząsnął sporą częścią polskiej widowni 9 lat temu. Który poruszał, szokował. Czy podobne emocje wywoła "Hejter", którego kinowa premiera zbiegła się z pandemią, więc błyskawicznie trafił na Playera?

    (Źródło: antyradio.pl)

    Tomek (Maciej Musiałowski) zostaje wyrzucony ze studiów za plagiat. Przed wszystkimi udaje jednak, że wciąż studiuje prawo. Teatrzyk gra zarówno przed bogatym małżeństwem, państwem Krasuckim, którzy dają mu stypendium, ich córką Gabi, w której potajemnie się kocha, jak i nową szefową, Beatą (matką głównego bohatera z pierwszej części "Sali samobójców"). Jako chłopak z małej miejscowości, z przeciętnej (być może bardzo biednej, a może nawet patologicznej) rodziny, stara się wspiąć na wyżyny. Chce swoim strojem, intelektem, zainteresowaniami, sposobem bycia dorównać "śmietance". Elicie, do której zaliczają się jego mecenasi. Lawiruje więc między zwolennikami prawicy i lewicą, szuka uznania po obu stronach barykady, a my przyglądamy się jego walce o sukces zawodowy, szacunek nowobogackiej młodzieży i akceptację państwa Krasuckich.

    (Źródło: youtube.com)

    "Hejtera" ogląda się dobrze przede wszystkim za sprawą świetnego, bardzo aktualnego, a jednocześnie poruszającego emocjonalnie, scenariusza. Po raz kolejny Pacewicz udowadnia, że jest dobrym obserwatorem i ma ucho do dialogów, które idealnie przystają do rzeczywistości. 
    Ciekawa jest także postać Tomka. Z jednej stront zahukanego, trochę odstającego od reszty, z drugiej bardzo zaradnego, pewnego siebie, buntowniczego, a z czasem wręcz psychopatycznego. Z Musiałowskim w tej roli mam jednak pewien zgrzyt. Choć fantastycznie poradził sobie w kwestii ekspresyjnej mimiki, tak zupełnie nie daje rady pod względem dialogów. Jego bylejakość w sposobie mówienia, fatalna dykcja i coś bardzo chłopięcego w głosie, drażni. Przeszkadza w odbiorze.

    Tym, co nie wyszło jest także tempo. O ile moment "rozkręcania się" historii poprowadzono wzorcowo: wraz z poznawaniem bohaterów i kolejnych wątków akcja dzieje się coraz dynamiczniej, to z biegiem czasu, tak mniej więcej w połowie filmu, tempo siada, a z ekranu zaczyna powiewać nudą. Nie do końca pomagają tu kolejne fabularne twisty. Po prostu za dużo jest niczego niewnoszących scen, dialogów, zbyt wiele za długich wątków.

    W ostatecznym rozrachunku "Hejter" daje radę. Twórcy rzetelnie odzwierciedlili to, co od dłuższego czasu dzieje się tak na scenie politycznej, jak i życiu społecznym. Pokazali nastroje, które nosi się sobie nasze społeczeństwo oraz wszelkie mury i podziały występujące między różnymi grupami. Pokazali to wszystko, czego zwykle nie chcemy dotykać z obawy przed kolejną kłótnią z rodziną/znajomymi/nieznajomymi w social mediach, i pokazali to bardzo dobrze. Emocjonalnie, ale wiarygodnie. Choćby z tego względu, i dla przypomnienia istnienia ciemnej strony social mediów czy nawet całego Internetu, warto odpalić nowość duetu Komasa/Pacewicz.


    (Źródła: elleman.pl i tvn24.pl)
    Continue Reading

    Nic dziwnego, że "Boże Ciało" wytypowano na polskiego kandydata do Oscara. To produkcja chyba bezbłędna. Soczysta, ale i minimalistyczna. Nie ma tu nieporadnej mnogości wątków, nie ma rozpraszania uwagi widza, zbędnych postaci. Jest za to skupienie na głównym bohaterze i jego nieco pokręconych losach. To dość nietypowe podejście w polskim kinie, które zbyt często jest po prostu przegadane.


    (Źródło: kinozorza.pl)

    "Boże Ciało" zyskało rozgłos zanim jeszcze trafiło do kin. Ba, nawet przed oficjalną premierą, która miała miejsce na tegorocznym Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, było o nim głośno. Nowość Jana Komasy poruszająca temat wiary, religii, a rozgrywana w dużej mierze przez postać z istnego siedliska zła - poprawczaka, od początku przeczuwano, że to musi być mocne! Zwłaszcza, że w pierwszoplanowej roli obsadzono Bartosza Bielenia, który świetnie spisał się już 3 lata temu w thrillerze "Na graniczy" Wojciecha Kasperskiego.


    (Źródło: youtube.com)

    Bielenia wypada w tym filmie rewelacyjnie. Aż trudno wyobrazić sobie innego młodego aktora, który potencjalnie mógłby zagrać tę rolę równie dobrze. Jeśli chodzi o warunki aktorskie i fizjonomię na myśl od razu przychodzi Jakub Gierszał, choć on ma znacznie bardziej chłopięcą urodę, która gryzłaby się z kryminalną przeszłością głównego bohatera tak autentycznie przedstawionego przez Bielenia. On jest przekonujący w każdym swoim słowie, każdym spojrzeniu czy geście. Nie sposób nie uwierzyć, że stał się Danielem: młodym mężczyznom, który niejedno już w życiu przeszedł. 
    Bardzo mocny jest drugi plan. Aleksandra Konieczna od jakiegoś czasu na dużym ekranie przeżywa swoje 5 minut. U Komasy gra rozczarowaną życiem, wyplutą z energii, rozgoryczoną kobietę, która straciła ukochanego syna. Podobnie jest z Elizą Rycembel, która coraz częściej dostaje angaż w dużych produkcjach filmowych i serialowych, a w "Bożym Ciele" zaskakuje nas po raz kolejny. Scena, w której jej bohaterka "pęka", pozwala wreszcie dojść do głosu drzemiącym w niej, a cały czas usilnie dławionym emocjom, naprawdę porusza. 

    Nie byłoby jednak sukcesu, gdyby nie genialny scenariusz. Tu chapeau bas dla Mateusza Pacewicza, którego "Boże Ciało" jest pierwszym pełnometrażowym dziełem! Aż dziw, że tak młody, niedoświadczony jeszcze scenarzysta, stworzył coś tak poruszającego emocjonalne, ale i solidnego w formie. Naprawdę, jestem pod wrażeniem.
    Dobrze również, że w tym filmie pozostawiono sporo przestrzeni na osobisty odbiór widza. Nie wszystko powiedziano wprost, nie każda rzecz została wyłożona na tacy. Dzięki temu każdy z nas może inaczej zinterpretować to, co wydarzyło się w małej wiosce gdzieś w Polsce po tym, gdy odwiedził ją Daniel podający się za księdza Tomasza. Tak samo jak możemy zastanawiać się co stało się z głównym bohaterem, jaką podjął decyzję, dokąd teraz zmierza. 


    (Źródło: telemagazyn.pl)

    Osobiście rozpatruję "Boże Ciało" niejako w kontrze do "Kleru", który siał zamęt w polskich kinach (i kościołach) rok temu. Patryk Vega chciał zrobić głośny film o księżach, ich żądzach i namiętnościach. Chciał napiętnować kler za to, że marzy o władzy. Za to Komasa pokazuje obraz o ludziach kościoła. Przedstawia niemal wszystkie twarze wiernych: zagorzałych katolików, którzy nie potrafią (i nie chcą nawet) przebaczać, chłopaków z poprawczaka uczestniczących we Mszy, by zyskać przychylność księdza i wychowawców, młodych, którzy poszukują Boga, choć nie wymawiają głośno Jego imienia. W tym wszystkim jest on, Daniel. Nie raz zbłądził w życiu, niejednego doświadczył, ale ma w sobie pragnienie siania dobra. Chce przydać się ludziom, zrobić coś, co poprawi czyjąś sytuację. Nie zna formułek religijnych, nie jest też wprawnym mówcą, ale gdy mówi kazanie, robi to z pełnym przekonaniem. Wtedy wszyscy go słuchają. Jest trochę takim dobrym Samarytaninem, który z całym zestawem swoich grzechów próbuje być fair względem tych, którzy go otaczają.

    Mam więc poczucie, że reżyser "Bożego Ciała" stworzył tak naprawdę kameralne kino o wierze. Takiej prawdziwej, z głębi serca. I mimo że ta wiara jest pełna błędów, często nieporadna, to ze względu na swoją szczerość i bezinteresowność, ma w sobie największą wartość.



    (Źródła: kobieta.pl i spidersweb.pl)

    Continue Reading

    Zwiastun "Legionów" zaintrygował mnie od początku. Dobre tempo, wielość różnorodnych wątków, świetne sceny batalistyczne, a to wszystko podane z bardzo mocnym soundtrackiem. Wręcz nie sposób przeoczyć taki trailer! Czy najnowsza polska superprodukcja wojenna zdobyła moje serce?

    (Źródło: wrealu24.pl)

    "Legiony" to kompilacja kina wojennego z klasycznym romansem. Historia dwojga zakochanych rozgrywana jest na tle prawdziwych wydarzeń. Ola (Wiktoria Wolańska) jest aktywną uczestniczką działań wojennych, oczywiście od zaplecza, w którym prężnie służyły kobiety m.in. jako sanitariuszki. Tadek (Bartosz Gelner) to odważny ułan, który wraz z przyjaciółmi zaciągnął się do Drużyn Strzeleckich, by walczyć o wolność Polski. Gdy otrzymuje rozkaz przeniesienia do innego oddziału, rozstaje się z narzeczoną obiecując ślub, gdy tylko wróci do swojej wybranki. Los jednak nie jest dla nich łaskawy. W obliczu bolesnej straty kogoś bliskiego, ogromnej samotności i nieustannej niepewności jutra człowiek szuka bratniej duszy. Dla bohaterów "Legionów" te uczucia nie są obecne. Jedni szukają ukochanego, inni mistrza czy przyjaciela jak Józek (Sebastian Fabijański), dezerter z carskiego wojska. 

    (Źródła: youtube.com)

    Tym, co urzekało mnie w "Legionach" z pewnością są sceny batalistyczne. Wyglądają w zasadzie jak te z zachodnich superprodukcji. Zdecydowanie nie mamy się tu czego wstydzić! Fajne jest też ich tempo. Na plus należy ocenić także piękne kostiumy i dobrą charakteryzację. Frycz w roli Piłsudskiego wygląda fantastycznie! Jedynym niewypałem może być tutaj pyzaty Borys Szyc jako rotmistrz Dunin-Wąsowicz.

    Początek filmu ogląda się bardzo dobrze. Mamy naprawdę udane wprowadzenie do sytuacji, w której mnóstwo przedstawicieli młodego pokolenia, bez wahania, porzuca swoje dotychczasowe życie: naukę, pracę, młodzieńcze marzenia i podejmuje się udziału w walkach o odzyskanie niepodległości dla ukochanej ojczyzny. W ten wir walk idą z dumą, z uśmiechem na ustach, a pierwsze niepowodzenia, wojenne porażki, pokazują im jak trudny będzie to bój i jak bolesna jest strata najbliższych.
    W momencie, gdy lepiej poznajemy losy głównych bohaterów, scenariusz trochę się rozmywa. Za mało mamy w filmie wojennych perypetii tytułowych Legionów, za bardzo skoncentrowano się na szczegółach miłosnej historii. To sprawia, że wojenne kino akcji staje na dłuższą chwilę ckliwym romansidłem psującym efekt końcowy. 
    Drugim wątkiem, który za mocno przeciągnięto, jest historia oficera Wojska Polskiego, porucznika "Króla" (Mirosław Baka). Gdyby jego trudne doświadczenia związane z trafieniem do rosyjskiej niewoli, opowiedziano w krótszej formie, pewnie tylko by zyskała. W obecnej postaci jest moim zdaniem przegadana, a jej finał zbyt cukierkowy. 

    To w ogóle chyba główny zarzut do całej produkcji: momentami przegadana, na siłę ugrzeczniona, z puentą przekazaną bardzo dosłownie. Rozumiem, że w dużej mierze to film skierowany do młodych, stworzony z myślą o szkolnych wycieczkach, którym ma uzmysłowić jak wyglądały losy ich starszych kolegów walczących o naszą wolność. I tylko ze względu na przeznaczenie nowości Dariusza Gajewskiego ("Obce niebo") oceniam ją na 5/10, bo jestem przekonana, że był tu potencjał na znacznie więcej.



    (Źródła: antyradio.pl, pap.pl i wirtualnemedia.pl)

    Continue Reading

    Pasikowski znów zabrał się za kino sensacyjne. Po bardzo dobrych tytułach ("Pokłosie" i "Jack Strong") zaliczył sporą wpadkę w postaci filmu "Pitbull. Ostatni pies". Na szczęście obraz o Janie Nowaku-Jeziorańskim jest swoistym odkupieniem winy. Mimo że nie jest to produkcja idealna, ogląda się ją z dużym zainteresowaniem do samych napisów końcowych. I choć przygotowano ją z myślą o szkolnych wycieczkach, to seans przypada do gustu również starszym widzom.


    (Źródło: muzeum1939.pl)

    Jaki jest tytułowy bohater? Na pewno niezłomny. Jego upór oraz zaangażowanie w wypełnienie powierzonej misji są ogromne. Momentami bywa nieco zbyt pewny siebie, ale szybko wybaczamy tę zuchwałość, bo Jan Nowak (Philippe Tłokiński) ma w sobie również sporo uroku osobistego. 


    (Źródło: youtube.com)

    "Kurier" to przykład pewnego miksu kina historycznego i sensacyjnego. Co prawda nie zawsze akcja mknie z wielkim rozpędem, ale mimo wszystko seans mija naprawdę miło. A dość długa opowieść zupełnie się nie dłuży.

    Pasikowski zaangażował naprawdę szerokie grono dobrych, rodzimych aktorów. Na ekranie zobaczymy Mirosława Bakę, Adama Woronowicza, Tomasza Schuchardta czy Wojciecha Zielińskiego. Przyjemnie widzieć Jana Frycza w nowej, generalskiej odsłonie. To bardzo odświeżające dla tych widzów, którzy pamiętają jego Dareczka ze "Ślepnąc od świateł". Angaż śmietanki aktorskiej nie był jedynie zabiegiem mającym odciągnąć wzrok od wielkich mankamentów filmu. "Kurier" ma pewne niedoróbki, które na szczęście nie psują całego seansu. To, co najbardziej rzuca się w oczy, to dwa dość słabo zrobione efekty specjalne (w postaci płonącego samolotu i panoramy Londynu). Pozostała część postprodukcyjnej pracy nie powinna być czymś, do czego przyczepią się hejterzy. Jeszcze dziś doskonale pamiętam morze zarzutów o wątpliwą jakość efektów specjalnych pojawiających się w "Mieście 44". Wierzę, że przy "Kurierze" takiej nagonki nie będzie.

    W trakcie projekcji daje się wyczuć, że produkcja w znacznej mierze powstała z myślą o edukacji młodych pokoleń. Starsi widzowie wyczują ten zamysł tak w dialogach, którym nie brakuje dosłowności, jak i innych, dość ugrzecznionych scenach. Wycieczek szkolnych na "Kuriera" z pewnością będzie sporo. I dobrze, bo warto kształcić młodzież o nie tak dawnych wydarzeniach historycznych naszego kraju, które w formie audiowizualnej mogą być dla nich ciekawsze i dużo łatwiejsze do zrozumienia oraz zapamiętania. Jestem więc w stanie zaakceptować tę dużą dozę swoistej przyzwoitości w scenariuszu dla wyższego celu. 

    Wracając jeszcze do obsady aktorskiej należy wspomnieć, że tak pierwszy, jak i drugi plan sprostał swojemu zadaniu. Nie ma ewidentnie słabszych postaci czy gorszych kreacji (choć oczywiście Michael Terry w roli Winstona Churchilla już w przedbiegach ustępuje genialnemu Gary'emu Oldmanowi w "Czasie mroku"!), a ekipa filmowa oraz przedstawiciele Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest współproducentem produkcji, zadbali o to, by wszystkie meble, stroje, rekwizyty były naprawdę wierne oryginałom. To wszystko wspaniale zbudowało klimat wojennej Warszawy, którą możemy obserwować chwilę przed wybuchem powstania. 





    (Źródła: antyradio.pl, rmf24.pl i warszawa.wyborcza.pl)

    Continue Reading

    Podobnej komedii nie pamiętam. Nad scenariuszem pracował sztab polskich stand-uperów, a za montaż i produkcję odpowiadali twórcy świetnej "Planety singli". Nie powiem, maczali też palce w samym scenariuszu. I chyba dobrze, bo finalnie "Juliusz" trzyma dobry poziom, czego jeszcze do niedawna nie można było powiedzieć o rodzimych filmach komediowych. 

    (Źródło: party.pl)

    Tytułowy bohater to jakby nowe wcielenie Adasia Miauczyńskiego z fenomenalnych obrazów Marka Koterskiego (wśród nich powszechnie znany "Dzień świra"). W wieku średnim, mieszka ze schorowanym ojcem-artystą nawet nie próbującym już walczyć z chorobą alkoholową. Nie ma życia prywatnego, a w pracy niemiłosiernie męczy się z bandą tępych i leniwych nastolatków, których usiłuje przekonać do zaangażowania w lekcje plastyki. Wolny czas spędza w towarzystwie najlepszego kumpla - Rafała, a sporadycznie sięga też po ołówek, bo stworzyć autorskie obrazki. Jest tak zrezygnowany, że lekceważy własny talent. Do czasu, gdy przypadkowo poznaje ciężarną Dorotę...

    (Źródło: youtube.com)

    Nie powiem, nie jestem fanką Wojtka Mecwaldowskiego. Wciąż z bólem wspominam seans koszmarnego niewypału pt. "Last minute" i tak jakoś omijam produkcje, w których pojawia się ów aktor. Zwiastun "Juliusza" był jednak na tyle inny, że mnie zaintrygował. I nieco rozśmieszył. 

    Po projekcji nie czułam żadnego zgrzytu między tym, co zaprezentowano w traileru, a całym filmem. Było tak, jak oczekiwałam. Niezłe postacie, spory kawałek fajnego poczucia humoru. Nie jest to komedia najwyższych lotów, na której brzuch boli od śmiechu, a z pewnością nikt nie zapadnie się pod ziemię ze względu na żenujący poziom żartów. 

    Na uwagę na pewno zasługuje fajna rola Jana Peszka. Miło oglądać cenionego aktora, który nawet w ostatnich rolach życia trzyma poziom! Moim zdaniem bardzo dobrze wypada też Rafał Rutkowski, którego lubię również jako standupera. Tym, co jednak najbardziej wpływa na pozytywny odbiór "Juliusza" są świetne dialogi. W dużej mierze to one bawią widownię, która raczej entuzjastycznie przejęła pełnometrażowy debiut reżyserski Aleksandra Pietrzaka.



    (Źródła: film.wp.pl, kulturalnemedia.pl i telemagazyn.pl)

    Continue Reading

    Powierzenie kontynuacji przygód Despero Władysławowi Pasikowskiemu nie było najlepszym posunięciem. Reżyser znany z zamiłowania do policyjnych i wojskowych wątków w kinie proponuje niby coś innego niż w ostatnich latach na dużym ekranie przedstawiał Patryk Vega, jednak nadal nie jest to poziom historii Pitbulla z 2005 roku. Nie brakuje tu jasnych stron (niezła fabuła, fajny klimat, dobre aktorstwo: Dorociński, Woronowicz, Kuna), ale nie zabrakło także uchybień, które psują zabawę.

    (Źródło: film.onet.pl)

    Po latach do zadań specjalnych wraca Despero (Marcin Dorociński). Dostaje propozycję odgrywania roli gangstera robiącego interesy z Rosjanami - Hycla. Partnerują mu Metyl, którego charakteryzuje słabość do alkoholu i Nielat (zwany teraz Quantico) po przeszkoleniu przez samo FBI, nadzorując akcję przy policyjnej pracy w terenie. Zadanie nie jest łatwe, bo Despero jako wtyczka ma zbliżyć się szefa pruszkowskiej mafii - Gawrona (Cezary Pazura), który rzekomo zlecił zabójstwo Soczka, byłego partnera Majami, prowadzącego ważne śledztwo. Sprawa stopniowo się komplikuje, dwa zwaśnione gangi zaczynają prawdziwą wojnę, a nasz bohater nie odpuszcza licząc, że uda mu się schwytać jak najwięcej przestępców za jednym zamachem.

    (Źródło: youtube.com)

    Wszyscy zastanawiają się, czy nowemu Pitbullowi bliżej do tego z 2005 roku, tych z ostatnich lat twórczości Vegi, a może bardziej do sławnych "Psów" Pasikowskiego, który to wyreżyserował przecież "Ostatniego psa". Niełatwo powiedzieć. Film nie jest utrzymany w konwencji obrazów Patryka Vegi: nie ma tu tak mocno komediowych wątków i postaci, jakie pojawiały się (nawet dość często) w "Nowych porządkach" czy "Niebezpiecznych kobietach". Klimat dużo bardziej pasuje do starych filmów Pasikowskiego, gdzie jest dość surowo, a bohaterowie są styrani życiem. W odróżnieniu jednak od filmów Vegi, w "Ostatnim psie" gorzej wypadają niektóre dialogi. Można wiele niezbyt dobrych rzeczy powiedzieć o reżyserze "Botoksu", ale niewątpliwie ma on do nich ucho. 

    Zdecydowanie na plus można ocenić trzy głównej postacie. Sam Dorociński jako Despero bardzo mi odpowiadał, ale może to kwestia osobistych sympatii. Fajnie ogląda się Woronowicza, który od dłuższego czasu nie znika z dużego ekranu, a co lepsze - niemal zawsze świetnie się na nim prezentuje (bez względu na to,czy odkrywa rolę dramatyczną, czy komediową). W moim odczuciu na uznanie zasługuje także Izabela Kuna, wcielająca się w postać żony policjanta Soczka - Reginę. 
    Mówiąc o dobrych stronach produkcji warto zauważyć, że (w przeciwieństwie np. do trzeciej odsłony Pitbulla Vegi - "Niebezpiecznych kobiet"), tu fabuła trzyma się kupy. Poszczególne wątki rozpoczynają się i zostają doprowadzone do końca, każda postać pojawia się z określonego powodu. 

    W opozycji do rewelacyjnej Kuny jest Doda. Maniera, z jaką się wypowiada oraz przerysowana złość czy czasami nawet agresja potęgują tylko sztuczność tej postaci. Postaci, która z definicji jest trochę kulawa, bo widz nie wiem z jakiego powodu Mira - początkowo kelnerka w modnej kawiarni - wiąże się z gangsterem, by z czasem zasiąść u sterów mafijnego biznesu. W dodatku wątek miłosny Gaworna z Mirą jest tak naciągany, że już bardziej naiwny być nie mógł. Rozumiem, że twórcy mogli chcieć pokazać, że panom z półświatka zależy głównie na atrakcyjnym wyglądzie partnerki, ale to, co zaprezentowano w filmie jest do bólu płaskie, nienaturalne, po prostu słabe.
    Niestety mankamenty scenariuszowe w odniesieniu do głównej postaci kobiecej są na tyle rażące, że psują cały odbiór dość przyzwoitego filmu akcji. Z tego względu dla mnie "Pitbull. Ostatni pies" zasługuje zaledwie na 5 gwiazdek w 10-stopniowej skali.



    (Źródła: fakt.pl, dziennikzachodni.pl i plejada.pl)
    Continue Reading

    Momentalnie, jeden po drugim, powstają kolejne filmy Patryka Vegi. Od 7 lat reżyser co roku wypuszcza co najmniej jedną produkcję. Tylko od 2015 były to "Służby specjalne", dwie odsłony Pitbulla, "Botoks", krótkometrażowy "Czerwony punkt" oraz najnowsza - "Kobiety mafii", która do kin weszła wczoraj. 

    (Źródło: film.interia.pl)

    O czym jest film? O ostrych babkach! Kobietach bez skrupułów, które z wygodnictwa lub rzekomego braku wyboru zdecydowały się stanąć po ciemnej stronie mocy. Główną bohaterką gra Olga Bołądź. Jej Bella to funkcjonariuszka ABW, która pod przykrywką dziewczyny z klubu go-go romansującej z gangsterem, ma rozbić grupę przestępczą. Dookoła niej pojawiają się inne bohaterki: niania z mroczną przeszłością (Agnieszka Dygant), rozkoszna niunia gangstera (Katarzyna Warnke) czy rozpuszczona córka szefa mafii (Julia Wieniawa). Każda z nich prezentuje inny wycinek żeńskiej wersji mafii, a są one dość ciekawe.

    (Źródło: youtube.com)

    Tym razem niby Vega się postarał. Fabuła nie jest tak chaotyczna, jak to bywało w jego poprzednich produkcjach, a bohaterowie już nie rzucają k***ami na prawo i lewo. Wciąż daleko jednak do ideału. O ile przy pierwszej odsłonie nowego Pitbulla broniłam Vegi, zwracałam uwagę na dobre tempo akcji, niezły scenariusz i bardzo dobrą rolę Mai Ostaszewskiej (cała recenzja "Pitbull. Nowe porządki" jest TU), tak teraz jestem nieco rozczarowana. Albo inaczej: nic mnie nie zaskoczyłam, dostałam bardzo podobne wątki co w dwóch ostatnich Pitbullach. Reżyser nadal bazuje na tych samych schematach dotyczących postaci: śmieszny osiłek, głupia i próżna kobieta, przystojny cwaniaczek. Ile można?!

    Znamienne jest również to, że znów mamy tę samą obsadę. Jakby w Polsce nie było innych aktorów. Wróć: są, ale współpraca z Patrykiem Vegą nie brzmi dla nich zachęcająco. Ciekawe dlaczego skoro cały czas produkuje takie samo kino akcji...


    (Źródła: film.interia.pl)

    Nie jest tak, że w "Kobietach mafii" wszystko wyszło słabo. Bywały elementy lepsze (jak zwykle Chabior i Popławska), bywały i gorsze (Oświeciński). Cały czas mam problem z Fabijańskim, który w każdym wcieleniu jest taki sam. Bołądź jak zwykle mnie nie przekonuje, a postać Warnke (choć dobrze napisania i naprawdę fajnie zagrana) została za bardzo wyeksponowana, przez co straciła swoją siłę i wiarygodność.

    Koniec końców "Kobiety mafii" dostaną ode mnie notę dla typowego średniaka - 5/10. Tym, którzy liczą na dość niezłą sensację, mogę polecić nowy obraz Vegi. Tylko pod warunkiem, że nie będą mieli zbyt wygórowanych oczekiwań. W przeciwnym wypadku opuszczą kino z niesmakiem.

    (Źródło: se.pl)

    Continue Reading

    Obraz Urszuli Antoniak nareszcie wchodzi do kin. Wyczekiwano go już od premiery na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Wiedząc, że stworzono go w czarno-białej konwencji, główne roli zagrali przedstawiciele aktorskiej śmietanki, a historia dotyka jednego z najbardziej aktualnych tematów współczesnego świata - życia na imigracji, to nie sposób chyba nie chcieć obejrzeć "Pomiędzy słowami".

    (Źródło: wrocław.carpediem.cd)

    Michał to młody prawnik robiący karierę w wielkiej kancelarii. Żyje w Berlinie, ale dorastał w Polsce, z której wyjechał zaraz po maturze. Zupełnie odciął się od polskiej rzeczywistości odwiedzając jedynie raz do roku grób matki. Pewnego dnia umawia się na spotkanie z ojcem, którego nigdy nawet nie poznał. Przez kilka dni mężczyźni próbują nawiązać nić porozumienia, poznać siebie nawzajem. Michał usilnie doszukuje się podobieństw do ojca, ojciec zaś wiernie przygląda się swojemu dorosłemu, przystojnemu i zaradnemu życiowo synowi. Ich odkrywanie się odbywa się niespiesznie, wśród wielu niedopowiedzeń, a dzięki temu zyskuje pewną subtelność i zmysłowość.

    (Źródło: youtube.com)

    To, co koniecznie trzeba docenić w "Pomiędzy słowami", to rewelacyjny klimat filmu. Obraz jest tak sensoryczny, że przekazuje widzowi morze doznań. Dochodzę do wniosku, że czarno-białe kino nosiło (i nosi) za sobą więcej emocji i znaczeń niż kolorowe. Może to kwestia zbyt wielu odcieni, które wyłapuje nasze oko, a które rozprasza mózg? Nie wiem. Z pewnością jednak warstwa wizualna wyszła Urszuli Antoniak niesamowicie! I nie chodzi tylko o koncept b&w. Mamy tu świetne kadry i nierzadkie skupienie na detalu. To wszystko sprawia, że wiemy skąd się wziął tytuł produkcji. Myślę, że dość dawno nie widziałam już tak ładnego filmu.

    Tym większa więc szkoda, że artystyczna perełka, mimo że genialna zagrana przez duet Gierszał-Chyra, nie porywa. O ile główna część rozgrywa się wokół relacji: nieobecny przez lata ojciec - poszukujący go syn, nam pasuje. Jedyną jej rysą zdaje się być tylko momentami nieco infantylnie napisana postać Michała. Jednak drugi wątek, ten o imigracji, jest dla mnie wydmuszką. Rozumiem, że reżyserce (która również żyje poza ojczyzną) zależało na przedstawieniu realiów życia na imigracji, pokazania bycia "pomiędzy" (Michał nie jest dla Niemców "swój", nie jest też "obcy", sam bohater nie jest Niemcem, nie czuje się również Polakiem), ale w ostatniej części filmu to po prostu się nie udało. Postać grana przez Gierszała wypada niewiarygodnie, a scenariusz staje się trochę oderwany od rzeczywistości. Szkoda, bo był tu dużo większy potencjał. Sądzę, że ze względu na śliczne zdjęcia i fajny aktorski duet warto dać szansę "Pomiędzy słowami".  


    (Źródła: k-mag.pl i wyborcza.pl)

    Continue Reading

    Idąc na "Najlepszego" miałam pewne oczekiwania. Nagroda Publiczności w Gdyni, ostra rywalizacja z "Cichą nocą" Pawła Domalewskiego o Złote Lwy dla najlepszego filmu, mnóstwo pochlebnych recenzji. A do tego poprzedni, genialny obraz reżysera - "Bogowie", o których wciąż mówi się jak o jednej z najznamienitszych produkcji polskiego kina ostatnich lat. Okazało się, że cała ta otoczka świetności jest przesadzona. Na szczęście nie tak bardzo, ale jednak...

    (Źródło: film.wp.pl)
    Fabuła bazuje na prawdziwych wydarzeniach. To historia życia Jerzego Górskiego, który po 15 latach bycia narkomanem zerwał z nałogiem, zakochał się w sporcie i został mistrzem świata w triathlonie. O tym, że droga do uzależnienia, a przede wszystkim ta druga - wyjścia z narkomanii nie była ani szybka ani łatwa dowiadujemy się z filmu Łukasza Palkowskiego, który podbił serca gdyńskiej widowni, ale mojego nie zdobył w pełni.

    (Źródło: youtube.com)

    Nie można odmówić produkcji świetnych zdjęć (brawa dla Piotra Sobocińskiego) czy rewelacyjnych kreacji. Tak pierwszoplanowy bohater (Jerzy, w którego wciela się Jakub Gierszał), jak i drugoplanowe postacie (Jakubik, Próchniak, Woronowicz, Kamińska) wypadają bardzo dobrze na ekranie. Są pełnokrwiści, wiarygodni. Gorzej jest ze Żmijewskim, którego rolę potraktowano po macoszemu oraz Kościukiewiczem, który moim zdaniem jeszcze nigdy nie był przekonujący (rola w "Amoku" jest wręcz irytująca!). 

    I choć względnie tempo akcji jest bardzo przyzwoite: sympatyzujemy z bohaterem, współczujemy mu tragicznych przeżyć miłosnych, ubolewamy na złymi decyzjami, cieszymy się z małych sukcesów, by finalnie mocno trzymać kciuki za największe zwycięstwo, to wciąż uważam, że pierwszy akt jest znacznie za długi. Zaczyna na zmianę: to nużyć, to drażnić widza, który doskonale zrozumiał przesłanie: zostanie narkomanem też wymaga czasu. Trzeba przeoczyć kilka lampek ostrzegawczych, przekroczyć kolejne granice, by wpaść w szpony nałogu.
    Równie słabym zabiegiem jest zwątpienie w inteligencję widza. Palkowski postawił na dosłowność i tym stracił. Sięga po absurdalną formę zaprezentowania demonów przeszłości, które wyglądają niczym zombie z "The Walking Dead". 


    (Źródło: naekranie.pl i cojestgrane24.wyborcza.pl)

    Żeby nie brzmiało, że tylko marudzę: "Najlepszy" jest naprawdę niezłym filmem. Widać, że i aktorzy w pełni zaangażowali się w projekt, i budżet na produkcję był bardzo duży. Mnie jednak, po fenomenalnym obrazie o doktorze Zbigniewie Relidze, nowy obraz Palkowskiego nie rzucił na kolana. I bardzo możliwe, że to nie jest wcale wina tego, że reżyser osiadł na laurach. Po prostu reprezentuje zupełnie inną wizję artystyczną niż ta, która mogłaby przypaść mi do gustu. 

    (Źródło: film.wp.pl)

    Continue Reading

    Nieczęsto się zdarza, by o polskim tytule było głośno na długo przed premierą. Jeszcze rzadziej tak bardzo wyczekuje się wejścia do kin reżyserskiego debiutu. "Cicha noc" jest więc pewnym ewenementem. A najlepsze w niej jest to, że po zakończonym seansie zyskujemy pewność, że wszystkie pochlebne recenzje były prawdziwe.

    (Źródło: facebook.com/cichanocfilm/)

    O fabule słyszeli chyba wszyscy. Adam (Dawid Ogrodnik) niespodziewanie wraca z Holandii do domu na Wigilię. Jego pojawienie się w rodzinnych stronach tylko u matki budzi pewien niepokój - ona wie, że nie odwiedza ich bez powodu. Chłopak ma plan i skrupulatnie, mimo mniejszych lub większych problemów, go realizuje. W międzyczasie odsłania prawdziwe oblicze relacji z poszczególnymi członkami rodziny. Wzajemne oskarżenia, skrywane pretensje, duma, zazdrość i nigdy niewypowiedziany żal - to wszystko odkrywamy przyglądając się ostatnim, przedświątecznym przygotowaniom w domu, który może uchodzić (choć w jakimś stopniu) za typowo polski.

    (Źródło: youtube.com)

    Film jest fantastyczny! Rewelacyjny aktorsko! Nie dziwi to jednak, gdy przyjrzymy się obsadzie - tu są same wyśmienite nazwiska: Tomasz Ziętek, Arkadiusz Jakubik, Agnieszka Suchora, Jowita Budnik, Tomasz Schuchardt. Genialna jest także produkcja. Nad zdjęciami pracował Piotr Sobociński, który w dorobku ma m.in. "Drogówkę", "Bogów" czy "Wołyń". Tu realizuje zdjęcia według ciekawej konwencji, która wyróżnia film Domalewskiego już na poziomie wizualnym. Mamy sporą część ujęć zaprezentowaną w formie zapisu z amatorskiej kamerki, której notorycznie używa główny bohater.

    Tym jednak co najbardziej porusza jest wyśmienita fabuła. Domalewski wsadza kij w mrowisko pokazując dramatyczną historię rozgrywaną w wieczór wigilijny. Akcja dzieje się w domu rodzinnym bohatera, w otoczeniu jego najbliższych. I chociaż sam pomysł pod względem dramaturgii nie jest odkrywczy, to w połączeniu z pełnokrwistymi bohaterami oraz wyjętymi z życia dialogami, porusza widza. Reżyser odsłania nie tylko więzi łączące głównego bohatera z pozostałymi ludźmi, ale również pewne sytuacje, które wszyscy znamy ze swoich domów, a które na ekranie niebywale nas śmieszą chociaż są dość smutne: to napięcie spowodowane brakiem czasu na perfekcyjne przygotowania, szorstkie odzywki do najbliższych czy hojne raczenie się alkoholem. 

    "Cicha noc" jest bowiem również pewnym portretem współczesnej, polskiej rodziny. To trochę próba zobrazowania naszych narodowych przywar, ludzkich grzeszków.
    Reżyser - wybierając gatunek dramatu z elementami komediowymi (a może wręcz typowego komediodramatu), wyśmiewa to, co znamy z autopsji. Tę całą hipokryzję, która (czasami) tak mocno przejawia się właśnie w czasie Bożego Narodzenia. I chyba właśnie z tego powodu, pamiętając również o tragicznej pozycji, w której nieoczekiwanie znajduje się główny bohater, film Piotra Domalewskiego tak bardzo nas porusza.


    (Źródła: culture.pl i salomonik.eu)

    Continue Reading

    Choć nie należę do fanów animacji ani ogromnych miłośników malarstwa zdecydowanie zaliczam się do entuzjastów najnowszej produkcji polsko-brytyjskiej. "Twój Vincent" jest bowiem filmem niezwykle udanym, gdyż fantastyczna warstwa wizualna w każdym ujęciu wręcz zachwyca widza.


    (Źródło: filmweb.pl)

    Dorota Kobiela i Hugh Welchman wyreżyserowali animację opowiadającą o tajemniczej śmierci znamienitego malarza - Vincenta van Gogha. I nie byłoby w tym nic tak nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że  wszystkie obrazy do filmu namalowano ręcznie! Przy produkcji pracowało ponad 100 artystów, którzy stworzyli przeszło 65 tysięcy klatek! 

    Proces pracy nad tą malarską animacją był wyjątkowy. Najpierw nakręcono zwykły film z obsadą aktorską. Nowością może być jednak to, że ekipa występowała na specjalnie stworzonych planach odwzorowujących obrazy van Gogha lub green screenach. Później każdą klatkę przemalowywano trzymając się stylistyki malarza-bohatera filmu.Więcej ciekawostek dotyczących samej produkcji przeczytacie TUTAJ.



    (Źródło: youtube.com)

    Niewątpliwym plusem (i ogromnym znakiem rozpoznawalnym) produkcji jest jej forma. Pomysł z ożywieniem obrazem z pewnością zachęci wielu, by poznać losy genialnego malarza, który zaczął tworzyć dopiero w wieku 28 lat. Muszę jednak rozwiać wszelkie wątpliwości: nie jest to film biograficzny. I chyba nawet lepiej. "Twój Vincent" znajduje się bliżej formy kryminalnej, gdyż jego opowieść snuta jest wokół próby rozwiązania zagadki tajemniczej śmierci bohatera. Nie można jednak nazwać go typowym przedstawicielem gatunku - jest to taki artystyczny kryminał, bo jego akcja toczy się spokojnie. 

    Wydarzenia rozgrywane są na 2 osiach czasu: linearnej (w kolorze) i retrospekcyjnej (biało-czarnej). Dzięki temu podziałowi z jednej strony poznajemy portret artysty, z drugiej charakter jego dzieł. I chociaż osobiście końcówka filmu zaczynała mnie już lekko nużyć, bo kolejne wątki rozgrywały się nazbyt rozwlekle, całość ogląda się niesamowicie przyjemnie. Aż sama byłam zaskoczona, że seans tak bardzo mi się podobał!




    (Źródła: ars.pl i polskieradio.pl)

    Continue Reading

    Po "Jezioraku" dość długo musieliśmy czekać na kolejny świetny thriller rodzimej produkcji. Ale co tu dużo mówić - warto było! Maciej Żak przygotował bowiem dla widzów spragnionych mrocznej historii, w której chyba żaden bohater nie jest "czarny" albo "biały", smakowitą pozycję. "Konwój", który swą premierę miał w miniony piątek, to przykład bardzo dobrego kina gatunkowego. I to takiego, które z rozkoszą polecę Wam wszystkim.


    (Źródło: multikino.pl)
    Przykładny dyrektor stołecznego więzienia - Nowacki (Gajos) nadzoruje transport jednego z niebezpiecznych więźniów do placówki dla chorych psychicznie. Niemniej jego zaangażowanie w przebieg konwoju wydaje się dość nietypowe. Zwłaszcza, że dowódcą uczynił borykającego się z uzależnieniem od narkotyków sierżanta Zawadę (Więckiewicz), który nie przebiera w słowach i czynach, by wykonać tajemniczą misję. Problem w tym, że dwaj pozostali konwojenci: starszy - Berk (Bluszcz) i młodszy - Feliks (Ziętek) nie są jej świadomi i chcą jedynie wykonać swoje zadanie - dowieźć skazanego Kuleszę (Czop) do wskazanego aresztu. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że do ochrony cih pojazdu został oddelegowany były żołnierz (Simlat), który bardzo chętnie sam wymierzyłby sprawiedliwość.

    (Źródło: youtube.com)
    Żak perfekcyjnie zawiązuje fabułę. I sprawnie prowadzi widza przez kolejne rozdziały opowieści, nie tracąc przy tym ani trochę z dynamicznego tempa czy kryminalnego klimatu. Osadzenie owej opowieści w więziennych realiach i rozgrywanie jej (w dużej mierze) w zamkniętej przestrzeni więźniarki tylko potęguje napięcie towarzyszące widzom niemal do napisów końcowych.
    W tej produkcji w zasadzie nie ma słabych elementów. Dobry jest koncept fabularny, obsada wręcz wyśmienita (pierwszy raz na ekranie spotykają się dwaj giganci polskiego kina: Gajos i Więckiewicz!), a praca Michała Sobocińskiego nad zdjęciami zasługuje na uznanie, bo w znacznym stopniu to właśnie one tak mocno oddziałują na nasze emocje.

    Co więcej należy dostrzec progres jakiego dokonał reżyser od czasów premiery poprzedniego filmu. "Supermarket" (2012), mimo fantastycznej obsady (Dziędziel, Bluszcz, Zieliński, Kuna, Sapryk) i ciekawego pomysłu na scenariusz, wypadł dość słabo. Ostatecznie fabuła była szyta grubymi nićmi tak, że z każdą kolejną sceną spadała chęć obejrzenia produkcji do końca. W "Konwoju" nie ma mowy o podobnej sytuacji: wszystkie czynniki idealnie ze sobą współgrają. Za jedyny minus może chyba uchodzić postać młodego konwojenta, zięcia dyrektora Nowackiego, która została napisana dość jednowymiarowo. Pozostali bohaterowie mają w sobie pazur. Ogromną zaletą scenariusza (i sposobu prowadzenia historii) jest to, że żaden z bohaterów w finale nie jest taki, jakim wydawał nam się na początku. I w ogóle dochodzimy do wniosku, że niczego nie możemy jednoznacznie ocenić, bo Żak zadbał, by pokazać widzowi wszystkie odcienie szarości ludzkich charakterów, ich decyzji i ogólnej moralności, a ten mógł sam wystawić notę. Jeśli oczywiście w ogóle możliwe jest ocenienie bohaterów, a także podzielenie ich na dobrych i złych.

    *"Konwój" widziałam w ramach cyklu "Janusz Wróblewski przedstawia", który regularnie odbywa się w Kinie Praha. Więcej info o kolejnym spotkaniu TUTAJ.
    Polecam, bo to świetna możliwość nie tylko zobaczenia nowości, ale również posłuchania wywiadów z twórcami, co przecież - nam, zwykłym śmiertelnikom, nie zdarza się często.

    (Źródło: filmweb.pl)

    Continue Reading

    Nietrudno znaleźć film z motywem młodości. Śmiem podejrzewać, że to jeden z bardziej popularnych i nawet najbardziej lubianych motywów, z którymi zmagają się maturzyści na egzaminie z języka polskiego. Nie brakuje więc dzieł, także tych filmowych, prezentujących najróżniejsze odcienie tego wspaniałego okresu w życiu człowieka. Nie tak prosto jednak odnaleźć produkcję filmową, która nie skupia się wyłącznie na buncie nastolatków, pierwszych doznaniach seksualnych czy próbie odnalezienia swojego miejsca w świecie. Niewiele jest produkcji, które usiłują pokazać wycinek młodzieńczej codzienności, także tej pachnącej wypitym alkoholem, wypalonymi papierosami i nocami spędzonymi na szaleńczych tańcach oraz niekończących się rozmowach. A takie właśnie są "Wszystkie nieprzespane noce" Michała Marczaka.

    (Źródło: eska.pl)
    Główni bohaterowie - Krzysiek, Michał i Ewa, snują się zwykle bez celu po mieście. Podążają z imprezy na imprezę, z baru do baru. Doskonale znają noce życie stolicy tak, jakby tego "dziennego" w ogóle nie było. Bije od nich ogrom beztroski, ambitnych planów żyjących w ich głowach, które boleśnie zderzają się z szarą rzeczywistością, a także szczerej radości przeplatanej co chwilę z uczuciem melancholii.

    (Źródło: youtube.com)

    Sporo czytałam o tej produkcji. Jeszcze zanim ją zobaczyłam, słyszałam różne opinie: jedne pełne zachwytu, porównujące obraz Michała Marczaka do "Niewinnych czarodziejów" Andrzeja Wajdy, drugie krytyczne, wytykające koślawe dialogi, z których trudno cokolwiek zrozumieć. I szczerze bałam się seansu. Bo tak w kinie, jak i w ogóle w życiu, staram się nie mieć żadnych oczekiwań, zaczynać wszystko z czystą kartą. 
    Na moje szczęście wizja półtoragodzinnej męczarni nie miała miejsca! Seans "Wszystkich nieprzespanych nocy" przebiegł w bardzo dobrej atmosferze, bo nie brakuje w nim wielu komicznych momentów, a główny bohater potrafi skutecznie zauroczyć widza swoją serdecznością, pewną nieporadnością i chłopięcym wdziękiem (przepraszam, ale dla mnie wciąż bliżej mu do chłopca niż mężczyzny). 

    Podobieństwo do "Niewinnych czarodziejów" ogranicza się do zbliżonej koncepcji opartej na minimalizmie formy, wprowadzeniu zaledwie kilku postaci, a także prowadzeniu całej historii wokół dialogów, a nie poprzez rozbudowaną akcję. Ten mechanizm, choć ma swoje mankamenty (nie da się zatuszować tego, że film Marczaka jest dokumentalizowany, co chwilami przyprawia nas a to o ból uszu, a to o ubaw po pachy ze względu na naturalistyczne wręcz kwestie wypowiadane przez bohaterów) sprawdził się naprawdę dobrze. Produkcja ta stanowi wizję reżysera na temat życia współczesnej młodzieży -  ale tej studenckiej, dorosłej. Między przebitkami z nadwiślańskich, letnich imprez, domówek organizowanych zimową porą a barowymi, jesiennymi wędrówkami widzimy młodych takich, jakimi są. Nieco buntowniczych idealistów poszukujących sensu życia, debatujących raz o drobiazgach, innym razem o istocie ludzkiej egzystencji. Borykających się z niezrozumieniem, pragnących przyjaźni i miłości. 



    (Źródła: cojestgrane24.wyborcza.pl i telemagazyn.pl)

    I choć linearnie ta opowieść nie rozgrywa się wokół żadnego wielkiego wydarzenia, nie prowadzi nas do 
    rozwiązania żadnej ważnej zagadki, to pozwala w którymś z bohaterów dostrzec pierwiastek samego siebie z okresu młodości. Chyba bez względu na to, jak daleko do owej młodości musimy sięgać pamięcią. I jak dla mnie to właśnie stanowi o wartości i uroku produkcji Marczaka, która jako jedna z nielicznych, doskonale broni się mimo pewnych technicznych niedociągnięć. 

    (Źródło: tvn24.pl)

    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      6 miesięcy temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      3 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      8 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top