facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Szwedzki serial o islamskich terrorystach jest jednym z tych, które powinniście zobaczyć w najbliższym czasie. Bez przesadnej polityki, za to z mnóstwem emocji, zwrotów akcji i mocnych scen. Nikogo nie pozostawi obojętnym.

    (Źródło: netflix.com)

    Akcja "Kalifatu" rozgrywa się wokół trzech bohaterek. Fatima pracuje w szwedzkim wywiadzie i na co dzień zajmuje się muzułmańskimi radykałami. W pewnym momencie, pod jej opiekę, dostaje się Pervin - młoda Szwedka, która kilka lat temu, wraz ze swoim chłopakiem Husamem, przeniosła się do Rakki, by żyć zgodnie z wolą Allaha. Jak na religijną muzułmankę przystało, wyszła za Husama, który został bojownikiem, urodziła mu dziecko, a teraz zajmuje się domem. Problem w tym, że w międzyczasie zdała sobie sprawę, że trafiła do piekła na ziemi. Żyje w miejscu, w którym kobieta nie ma prawa głosu, jest zależna od męża podejmującego wszelkie decyzje. Kobieta, w zamian za możliwość powrotu do kraju, szpieguje Husama i informuje Fatimę o szczegółach ataku mającego mieć miejsce gdzieś w Szwecji.
    Trzecią bohaterką jest nastoletnia Sulle. Dziewczyna przeżywa okres buntu. Odwraca się od kochających rodziców, szuka nowych autorytetów, poznaje świat na własną rękę przeczesując czeluści internetu, szuka wartości, Boga. Tak trafia na asystenta nauczyciela z liceum - Ibbego. Młody mężczyzna wydaje się spełnieniem jej marzeń: jest przystojny, kulturalny, wygadany. Wszyscy go lubią, dużo wie o świecie. Gdy Ibbe zauważa bunt Sulle i jej zainteresowanie islamem, rozpala tę iskrę. Zaczyna długi proces manipulacji, który niesie za sobą tragiczne konsekwencje.

    (Źródło: youtube.com)

    Szwedzka produkcja została świetnie napisana. Każdą z głównych postaci możemy naprawdę dobrze poznać i, dzięki temu, emocjonalnie zaangażować się w jej losy. Ogromnym plusem jest skupienie się na postaciach kobiecych w historii o - wydawałoby się męskim temacie - ISIS. Choć to trzy bohaterki wiodą prym w "Kalifacie", nie brakuje tam męskich postaci, które bywają również niejednoznaczne.
    "Kalifat" obnaża sposób działania muzułmańskich radykałów zwabiających młodych ludzi rozczarowanych rzeczywistością, życiem bez wartości, zachodnim konsumpcjonizmem. Pokazuje jak dobrze zakamuflowani bywają islamscy manipulatorzy i w jaki sposób działają bojownicy ISIS. Ośmioodcinkowy serial wciąga i szokuje od pierwszych minut. Do końca pełen jest zwrotów akcji i ogromnego napięcia. Kłopoty bohaterek narastają, pojawia się złość, frustracja czy bezradność. Każda z nich dąży jednak do realizacji swojego celu. Pytanie tylko, czy są dobre i czy ich osiągniecie przyniesie spełnienie.



    (Źródła: polskieradio24.pl, cinemagavia.es i przegladbaltycki.pl)

    Continue Reading

    Pewnie zastanawiacie się czym tym razem Xavier Dolan nas zaskoczy. Bo, że w swoich filmach zaskakuje widza, to pewne. Bywa szalony, wręcz ekscentryczny. Uwielbia bawić się kolorami, światłem. Ma świetne wyczucie do muzyki oddającej szargające bohaterów emocje. W swojej nowości "Matthiasie i Maxime" pokazuje jednak inną twarz, poważniejszą, spokojniejszą. Ale wciąż niezwykle twórczą i wrażliwą. To bardzo ciekawe wcielenie kanadyjskiego reżysera.

    (Źródło: aktivist.pl)


    "Matthias i Maxime" z jednej strony jest obrazem męskiej przyjaźni. Takiej trochę nie do końca sprecyzowanej. Bohaterowie przyjaźnią się od lat, uczestniczą w swoim życiu w zasadzie na co dzień. Znają swoich bliskich, chodzą razem na siłownię. Są niemal jak bracia. Okazuje się jednak, że jeden pocałunek wywołuje w nich lawinę głęboko skrywanych uczuć, które przez lata nie miały ujścia. O których nigdy nie rozmawiali. Ba, nad którymi nawet sami się nie zastanawiali. Emocjonalna burza wychodzi na zewnątrz popychając Matthiasa i Maxime do działania. Czy po tym, co między nimi zajdzie, wciąż będą najlepszymi kumplami?


    (Źródło: youtube.com)

    Najnowsze dzieło cudownego dziecka kina - tak określa się kanadyjskiego reżysera - ogląda się bardzo dobrze. Jak zwykle dostajemy całą serię pięknych ujęć, idealnie dobraną muzykę i świetnych aktorów. Perfekcyjnie są także dialogi, tak bliskie prawdziwemu życiu. Wręcz z niego wyciągnięte - to ogromna zaleta kina Dolana. Podobnie zresztą jak kameralność, którą buduje niemal każdym ujęciem. W najnowszym obrazie Dolana przyglądamy się codzienności współczesnym 30-latków. Towarzyszymy im podczas spotkań rodzinnych, perypetii zawodowych, domówkowych imprez czy zwyczajnych obowiązków. Patrzymy na nich tak usilnie szukających siebie. Chociaż metryka pokazuje, że są dorośli, nadal nie odnaleźli sensu. Nie wiedzą dokąd zmierzają, kim są, czego szukają. Borykają się z egzystencjalnymi dylematami w poszukiwaniu własnego miejsca na świecie, drugiej połówki, jakiejkolwiek pasji, pomysłu na swoje życie. Wątek nieustannego poszukiwania właściwie wszystkiego i zmian, jakie zachodzą w życiu dzisiejszych 30-latków (zmiana otoczenia, rozchodzenie się grupy dawnych przyjaciół, tworzenie nowych związków, obieranie nowej ścieżki zawodowej) wyszedł reżyserowi.
    Szkoda tylko, że nie można tego powiedzieć o relacji między Matthiasem a Maxem. Argumentacja perypetii uczuciowych głównych bohaterów wypada kompletnie nieprawdziwie. Nawet przez moment nie uwierzyłam w szargające nimi emocje. Ten wątek jest za słaby jak na tak wybitnego młodego twórcę, który właśnie na pokazywaniu i opowiadaniu o emocjach zna się bardzo dobrze. 

    Od filmu "Matthias i Maxime" bije powiew świeżości. Duży! To już inny Dolan niż ten, który wyreżyserował „Mamę” czy „To tylko koniec świata”. Jest mniej ekscentryczny, spokojniejszy. Nadal nosi w sobie tę samą wrażliwość, ale teraz okrasza ją poczuciem humoru. To spora zmiana jak na tego twórcę, lecz zdecydowanie dobra. I chociaż wątek uczuć łączących głównych bohaterów stanowi najsłabszy punkt produkcji, zdecydowanie warto zobaczyć nowość Xaviera Dolana.


    (Źródła: k-mag.pl i wyborcza.pl)

    Continue Reading

    "Kłamstewko" święci triumfy co najmniej od kilku tygodni. Na swoim koncie ma już m.in. Złote Globy oraz Satelity dla Awkwafiny jako najlepszej aktorki w komedii/musicalu, a także liczne nominacje. Chińska produkcja początkującej reżyserki zachwyciła krytyków i widzów z całego świata. Stało się tak za sprawą  ciekawego zestawienia kultury wschodniej i zachodniej wobec tematu śmierci.


    (Źródło: aktywniewmiescie.pl)

    Billi (Awkwafina) od lat żyje w Stanach, bo na emigrację zdecydowali się jej rodzice, gdy ona była jeszcze dzieckiem. Teraz, jako dorosła już osoba, próbuje życia na własny rachunek, choć to nie wychodzi jej jeszcze najlepiej. Dziewczyna utrzymuje regularny kontakt z ukochaną babcią, której nie widziała już kilka lat. Kiedy więc dowiaduje się o jej poważnej chorobie i - jak przewidują lekarze - rychłej śmierci, postanawia nie zważając na wszystko, polecieć do Chin, by pożegnać się z seniorką rodu. Problem jednak w tym, że cała rodzina, zgodnie z chińską tradycją, nie informuje babci o jej prawdziwym stanie zdrowia. Decydują się ukryć złe wieści, a pretekstem do spotkania ich familii staje się ślub kuzyna Billi. 


    (Źródło: youtube.com)

    W "Kłamstewku" chyba najciekawsze jest to, że Lulu Wang udało się zasiać ziarno niepewności w sercach wielu zachodnich widzów. Niektórzy twierdzą, że na początku seansu zupełnie nie zgadzali się z chińskim zwyczajem zatajania złych wieści i ukrywania poważnej diagnozy przed chorym, a im bliżej finału, tym bardziej poddawali w wątpliwość podejście reprezentowane w naszych, zachodnich społeczeństwach. I chociaż sama jednak nie skłaniałabym się do realizowania chińskich tradycji, to film w wielu miejscach mnie ujął. 

    W uroczy sposób zobrazowano znaczenie rodziny we wschodniej kulturze. Widzimy, że podtrzymywanie tradycji oraz zacieśnianie rodzinnych więzi jest naprawdę ważne dla Chińczyków, zwłaszcza tych starszej daty. Co ciekawe, w "Kłamstewku" wybrzmiewa mocno nieustanna próba porównania życia na Wschodzie z życiem na Zachodzie, ocena tego, w którym kraju ma się większą szansę na sukces, który kraj daje lepsze możliwości rozwoju, ale też i z którym identyfikują się członkowie rodziny Billi od wielu już lat żyjący na emigracji. 
    Billi, dzięki dłuższemu przebywaniu z babcią, jakby na nowo odkrywa to, co wartościowe, inspirujące w kulturze chińskiej, by - być może - wdrożyć je do swojego amerykańskiego stylu życia. Sądzę więc, że niemałe znaczenie dla sukcesu produkcji miał także ten uniwersalny przekaz dotyczący międzypokoleniowych spotkań i czerpania z tego, czego uczyli nas nasi przodkowie. Niejednokrotnie te babcine zwyczaje i ludowe prawdy pozwalają nam, ludziom XXI wieku, odnaleźć pewną harmonię i ze zdrowym dystansem spojrzeń raz jeszcze na ten sam problem, by tym razem inaczej go rozwiązać. Podobnie jest także z zachowaniem Billi wobec babci. 


    (Źródła: polskieradio.pl i goingapp.pl)


    Continue Reading

    Ledwie minął miesiąc po światowej premierze nowości Sama Mendesa, a film "1917" zgarnął już 2 Złote Globy, 3 statuetki Critic's Choice i 5 innych wyróżnień. W kolejce są jeszcze nominacje do Oscarów (aż 10!) i nagród BAFTA (9 nominacji). Obecny sukces produkcji wydaje się być zaledwie początkiem wielkiego triumfu reżysera, który w swojej karierze nie zaliczył chyba nigdy znaczącej klapy. I tak trzymać!


    (Źródło: dzienniknarodowy.pl)

    We wszystkich recenzjach przewija się zachwyt nad świetnymi zdjęciami. To głównie za nie "1917" otrzymał dotychczasowe statuetki. Fantastyczne obrazy docenia środowisko filmowe oraz krytycy. Mówią o nich też sami widzowie i trudno się im dziwić! Zwłaszcza, że efekt wizualny potęguje jeszcze perfekcyjny montaż! Został tak precyzyjnie przygotowany, że zdaje się nam jakby całość nakręcono na jednym ujęciu. Prawda jest jednak taka, że zasługa specjalistów od montażu, który niewidocznie wręcz posklejali kolejne ujęcia. Niebywała praca, niesamowita dokładność!

    Jeśli dodamy to tego jeszcze świetną scenografię, widz dostaje smutny, zimny, przerażający obraz wojny. Bardzo realistyczne spojrzenie na wojenną rzeczywistość, o której zwykle nikt głośno nie mówi, którą pokazują nieliczni. Są tu zwłoki nadgryzione przez wszechobecne szczury, ludzkie odchody, muchy piętrzące się nad gnijącymi końmi, porozrywane kończyny. Wszystko to, czego absolutnie nie chcielibyśmy oglądać. 


    (Źródło: youtube.com)

    "1917" to jednak nie tylko majstersztyk wizualny. To opowieść o braterstwie i odpowiedzialności, ale i tęsknocie oraz strachu. O skrajnie ludzkich emocjach przeżywanych w dramatycznych okolicznościach zagrożenia życia, straty przyjaciół, rozłąki z najbliższymi. Emocjach tak naprawdę odgrywanych przez jednego aktora - George'a MacKay'a.

    Oglądając nowość Sama Mendesa bardzo mocno na myśl przychodził mi kultowy już obraz Stevena Spielberga "Szeregowiec Ryan". Obie historie dotyczą męskiej przyjaźni, obie rozgrywają się w czasach wojennych i wreszcie obie pokazują te trudne wydarzenia w sposób bardzo realny. Dodając do tego dobrze zagraną postać głównego bohatera, starszego szeregowego Schofield (MacKay), świetne zdjęcia oraz - wspominany już wyżej - genialny montaż, nie sposób chyba nie zachwycić się produkcją. Mam wrażenie, że "1917" będzie radować miłośników kina wojennego równie mocno, co nolanowska "Dunkierka" czy przywołany już wcześniej "Szeregowiec Ryan".



    (Źródła: cnn.com i eska.pl)


    Continue Reading

    Produkcji o jednej z największych bitew lotniczo-morskich II wojny światowej stoczonych na Pacyfiku powstało już wiele. Największy sukces odniosła chyba ta z 1976 roku, w której Henry Fonda zagrał admirała Nimitza, a Charlton Heston kapitana Gartha. Nowość Rolanda Emmericha ("Patriota", "Pojutrze", "2012") nie przyćmi kultowego filmu, ale i tak warto ją zobaczyć. Dlaczego?


    (Źródło: hype.my)

    O czym opowiada film, zapewne się domyślacie. Osią scenariusza są tu losy amerykańskiego wojska, które po porażce w Pearl Harbor, przygotowuje się do rewanżowego starcia. Wszyscy: piloci, marynarze, agenci wywiadu, najwyżsi dowódcy, robią co w ich mocy, żeby uprzedzić wroga i być w jak najlepszej formie do walki. W rolach głównych zobaczymy m.in. rewelacyjnego Woody'ego Harrelsona, jak i Patricka Wilsona czy Aarona Eckharta.


    (Źródło: youtube.com)

    W filmie nie brakuje efektów specjalnych. I choć wiele z nich nie jest najwyższej jakości, to całość ogląda się naprawdę dobrze. To w dużej mierze zasługa niezłego tempa i ciekawie zagranym postaciom, których jest też dość sporo. Mamy chyba około 10-ciu prawdziwych bohaterów bitwy o Midway. Są wśród nich tak dowódcy, jak i szeregowi piloci, sławni kryptolodzy oraz agenci wywiadu. Dzięki temu "Midway" jest nie tylko przyjemnym, ale jednak wciąż dość przeciętnym filmem akcji, ale także kawałkiem historii zaprezentowanej w interesujący oraz przystępny sposób.
    Dla tych, którzy nie oczekują bardzo rozbudowanego merytorycznie tematu ani niezwykłej dramaturgii, nowość Emmericha z plejadą gwiazd (Harrelson, Eckhart, Wilson, Moore, Quaid) będzie wystarczająco dobrą rozrywką na listopadowy weekend.




    (Źródła: peatix.com, empireonline.com i military.com)

    Continue Reading

    Nic dziwnego, że "Boże Ciało" wytypowano na polskiego kandydata do Oscara. To produkcja chyba bezbłędna. Soczysta, ale i minimalistyczna. Nie ma tu nieporadnej mnogości wątków, nie ma rozpraszania uwagi widza, zbędnych postaci. Jest za to skupienie na głównym bohaterze i jego nieco pokręconych losach. To dość nietypowe podejście w polskim kinie, które zbyt często jest po prostu przegadane.


    (Źródło: kinozorza.pl)

    "Boże Ciało" zyskało rozgłos zanim jeszcze trafiło do kin. Ba, nawet przed oficjalną premierą, która miała miejsce na tegorocznym Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, było o nim głośno. Nowość Jana Komasy poruszająca temat wiary, religii, a rozgrywana w dużej mierze przez postać z istnego siedliska zła - poprawczaka, od początku przeczuwano, że to musi być mocne! Zwłaszcza, że w pierwszoplanowej roli obsadzono Bartosza Bielenia, który świetnie spisał się już 3 lata temu w thrillerze "Na graniczy" Wojciecha Kasperskiego.


    (Źródło: youtube.com)

    Bielenia wypada w tym filmie rewelacyjnie. Aż trudno wyobrazić sobie innego młodego aktora, który potencjalnie mógłby zagrać tę rolę równie dobrze. Jeśli chodzi o warunki aktorskie i fizjonomię na myśl od razu przychodzi Jakub Gierszał, choć on ma znacznie bardziej chłopięcą urodę, która gryzłaby się z kryminalną przeszłością głównego bohatera tak autentycznie przedstawionego przez Bielenia. On jest przekonujący w każdym swoim słowie, każdym spojrzeniu czy geście. Nie sposób nie uwierzyć, że stał się Danielem: młodym mężczyznom, który niejedno już w życiu przeszedł. 
    Bardzo mocny jest drugi plan. Aleksandra Konieczna od jakiegoś czasu na dużym ekranie przeżywa swoje 5 minut. U Komasy gra rozczarowaną życiem, wyplutą z energii, rozgoryczoną kobietę, która straciła ukochanego syna. Podobnie jest z Elizą Rycembel, która coraz częściej dostaje angaż w dużych produkcjach filmowych i serialowych, a w "Bożym Ciele" zaskakuje nas po raz kolejny. Scena, w której jej bohaterka "pęka", pozwala wreszcie dojść do głosu drzemiącym w niej, a cały czas usilnie dławionym emocjom, naprawdę porusza. 

    Nie byłoby jednak sukcesu, gdyby nie genialny scenariusz. Tu chapeau bas dla Mateusza Pacewicza, którego "Boże Ciało" jest pierwszym pełnometrażowym dziełem! Aż dziw, że tak młody, niedoświadczony jeszcze scenarzysta, stworzył coś tak poruszającego emocjonalne, ale i solidnego w formie. Naprawdę, jestem pod wrażeniem.
    Dobrze również, że w tym filmie pozostawiono sporo przestrzeni na osobisty odbiór widza. Nie wszystko powiedziano wprost, nie każda rzecz została wyłożona na tacy. Dzięki temu każdy z nas może inaczej zinterpretować to, co wydarzyło się w małej wiosce gdzieś w Polsce po tym, gdy odwiedził ją Daniel podający się za księdza Tomasza. Tak samo jak możemy zastanawiać się co stało się z głównym bohaterem, jaką podjął decyzję, dokąd teraz zmierza. 


    (Źródło: telemagazyn.pl)

    Osobiście rozpatruję "Boże Ciało" niejako w kontrze do "Kleru", który siał zamęt w polskich kinach (i kościołach) rok temu. Patryk Vega chciał zrobić głośny film o księżach, ich żądzach i namiętnościach. Chciał napiętnować kler za to, że marzy o władzy. Za to Komasa pokazuje obraz o ludziach kościoła. Przedstawia niemal wszystkie twarze wiernych: zagorzałych katolików, którzy nie potrafią (i nie chcą nawet) przebaczać, chłopaków z poprawczaka uczestniczących we Mszy, by zyskać przychylność księdza i wychowawców, młodych, którzy poszukują Boga, choć nie wymawiają głośno Jego imienia. W tym wszystkim jest on, Daniel. Nie raz zbłądził w życiu, niejednego doświadczył, ale ma w sobie pragnienie siania dobra. Chce przydać się ludziom, zrobić coś, co poprawi czyjąś sytuację. Nie zna formułek religijnych, nie jest też wprawnym mówcą, ale gdy mówi kazanie, robi to z pełnym przekonaniem. Wtedy wszyscy go słuchają. Jest trochę takim dobrym Samarytaninem, który z całym zestawem swoich grzechów próbuje być fair względem tych, którzy go otaczają.

    Mam więc poczucie, że reżyser "Bożego Ciała" stworzył tak naprawdę kameralne kino o wierze. Takiej prawdziwej, z głębi serca. I mimo że ta wiara jest pełna błędów, często nieporadna, to ze względu na swoją szczerość i bezinteresowność, ma w sobie największą wartość.



    (Źródła: kobieta.pl i spidersweb.pl)

    Continue Reading

    Z jednej strony niewinne, z drugiej niezwykle seksowne. Niby bezbronne, a tak naprawdę umiejące walczyć o siebie. Troskliwe i łaknące przyjaźni, lecz także chciwe egoistki. Takie właśnie są nowojorskie striptizerki, które po krachu z 2008 roku stanęły w obliczu nowej rzeczywistości, w której walka o klienta (zwłaszcza tego naprawdę majętnego) stała się jeszcze trudniejsza. Kim są, czego szukają i jak do tego dążą dowiecie się z najnowszej produkcji Lorene Scafaria ("Przyjaciel do końca świata") - "Ślicznotki".

    (Źródło: renee.pl)

    Świat nowojorskich klubów go-go poznajemy za sprawą nieco wycofanej, trochę zakompleksionej Destiny (Constance Wu). Dziewczyna na co dzień opiekuje się babcią, a nocami tańczy w bieliźnie dla panów z Wall Street. Nie umie się przebić w tłumie głośnych, pewnych siebie kobiet, które ostro walczą o uwagę najbogatszych klientów. Pewnego wieczoru obserwuje występ kultowej tancerki go-go, Ramony (Jennifer Lopez). Jej taniec elektryzuje, przyciąga jak magnez. Mężczyźni wręcz szaleją na jej punkcie. Destiny zdaje się być oczarowana nią tak samo jak klubowi goście. Zauważa to Ramona, która szybko znajduje wspólny język z nieco młodszą koleżanką. Bierze ją pod swoje skrzydła, by lada moment wspólnie podbić świat klubów go-go.

    (Źródło: youtube.com)

    Niech nie zmyli Was trailer czy ulotka, "Ślicznotki" wcale nie są takie bezbronne! To gang ostrych lasek, które wiedzą czego chcą i nie boją się o to walczyć. Większość z nich marzy o niezależności, a ta nierozerwalnie związana jest z pieniędzmi. Marzą więc o spotkaniu z wieloma nieziemsko bogatymi mężczyznami, którzy uzbroją je w oszczędności na całe życie. Naiwne, racja. Ale takie bywają wszystkie marzenia - trochę oderwane od rzeczywistości.
    Nasze bohaterki to także zwyczajne kobiety: z problemami, bolesną przeszłością, nieudanymi związkami, długami. Są zdane tylko na siebie. Niejednokrotnie dopada je gorsza chwila, słabszy moment, ale dość szybko muszą zagryźć wargi i ponownie stawić czoła rzeczywistości. 

    Nowość Scafarii oglądamy z przejęciem. Przedstawiona historia szybko wciąga i do końca utrzymuje naszą uwagę. Fabuła została dobrze rozpisana, a główne postacie są na tyle mocne, różnorodne i dobrze zagrane, że aż sama była zdziwiona jak spodobał mi się ten film. 
    Plusów jest więcej. To na pewno niezłe tempo oraz fajna gra kolorami, które w scenach klubowych idealnie oddają klimat klubów erotycznych. Oprócz tego dość sprytnie wprowadzono co najmniej kilka humorystycznych dialogów, które publiczność doceniła donośnym śmiechem. I chociaż śmiech ten roznosił się po sali wiele razy, to koniec końców "Ślicznotki" mają w sobie dużo dramatyzmu w dużej mierze ze względu na niełatwe losy głównych bohaterek, których pragnienie miłości i przyjaźni nie zawsze może zostać zaspokojone.



    (Źródła: film.interia.pl, wprost.pl i lohud.com)


    Continue Reading

    W "Mojej gwieździe: Teen Spirit" Max Minghella udowadnia, że wie jak robi się dobre filmy. Jego debiut reżyserski jest naprawdę udany! W dużej mierze to zasługa genialnej Elle Fanning, która fantastycznie zagrała nieco zakompleksioną, lecz bardzo utalentowaną młodą Polkę wychowującą się na małej, brytyjskiej wyspie. Właśnie ze względu na Elle powinniście czym prędzej nadrobić seans.



    (Źródło: pinterest.com)

    Violet ma 17 lat i kocha śpiewać. Jej zamiłowanie to nie wszystko, bo oprócz niego ma też ogromny talent wokalny. Muzyka jest jej sposobem radzenia sobie ze stresem, samotnością i nastoletnim buntem. Stanowi  formę ucieczki z niełatwej codzienności (szkoła, dorywcza praca w barze, pomoc matce w domowych obowiązkach) do lepszego świata. 

    Kiedy więc dostrzega billboard ogłaszający nabór do nowej edycji muzycznego talent show, błyskawicznie postanawia stawić się na castingu. Walka o miejsce w finale jest bardzo wyrównana. Nie wszystko idzie po myśli Violet, która wbrew matce przystępuje do konkursu. Czy uda jej się spełnić swoje marzenie, wystąpić na wielkiej scenie, oczarować publiczność i wygrać kontrakt?



    (Źródło: youtube.com)

    O sile "Mojej gwiazdy: Teen Spirit" dowodzi kilka rzeczy. Przede wszystkim to fajny scenariusz. Nigdy mamy tu typową outsiderkę, nieco zahukaną, niezbyt pewną siebie, która staje do walki o swoje marzenia, jednak sposób zaprezentowania tej, wydawałoby się dość wtórnej opowieści, jest na tyle ciekawy, że z przyjemnością przyglądamy się zmaganiom głównej bohaterki. I to bohaterki świetnie zagranej! Bo kto jak kto, ale Elle Fanning rewelacyjnie spisała się w swojej roli! Jest krucha i silna zarazem. Trochę wycofana, ale i odważna, kiedy trzeba. W finałowej scenie emanuje taką energią, że nie sposób spuścić ją z oczu!

    Drugim bohaterem filmu jest... muzyka. To ona nadaje klimat produkcji. Odzwierciedla to, co siedzi w głowie Violet: jej strach, wrażliwość, ale też wolę walki. Popowe dźwięki, częściowo wyciągnięte sprzed 15 lat, sprawiają, że nie raz, nie dwa, tupniemy nóżką podczas seansu. To zdecydowanie dobry znak dla filmu muzycznego.

    Omawiając "Moją gwiazdę: Teen Spirit" nie można zapomnieć o tym, który ją wymyślić. I zrealizował. Max Minghella, bo on jest scenarzystą oraz reżyserem produkcji, naprawdę dobrze się spisał. Zaproponował całkiem udaną wersję historii, którą niby widzieliśmy już na ekranie wiele razy, ale w zupełnie nowej odsłonie. Pomysł okazał się chyba strzałem w dziesiątkę, bo reżyserski debiut ogląda się bardzo przyjemnie, co zawdzięczamy - poza świetną Elle i dość dobrym scenariuszem, kawałkowi niezłej muzyki i fajnemu montażowi.




    (Źródła: stylowy.net, kultura.gaztea.pl i rollingstone.com)


    Continue Reading

    Jak to się stało, że HBO, które od pierwszej serii "Wielkich kłamstewek" czy "Ślepnąć od świateł", nie było w stanie przebić się na pierwszy plan i wyprzedzić największego konkurenta, Netflixa, nagle stało się najbardziej pożądanym serwisem streamingowym? To bardzo proste! Zrealizował serial, który łączy w sobie wszystkie elementy gwarantujące sukces, a tą miniprodukcją jest "Czarnobyl". 

    (Źródło: youtube.com)

    Mam wrażenie, że serial wypuszczono dosłownie przed momentem, a widzieli go już niemal wszyscy. Pozostali są w trakcie oglądania losów tych, którzy przyczynili się do jednej z największych tragedii współczesnego świata. "Czarnobyl" przyciąga tłumy, bo jest świetnie zrealizowany, a fabułę zaprezentowano w fantastyczny sposób. Akcja rozpoczyna się od wybuchu w elektrowni jądrowej i prowadzona jest przez interwencję strażaków oraz kilkumiesięczny projekt wysiedleńczy rządu aż do momentu procesu osób odpowiedzialnych za katastrofę. W międzyczasie twórcy raczą nas retrospekcyjnymi wstawkami, które z jednej strony uzmysławiają jak wyglądało życie w Prypeciu przed wybuchem, a z drugiej pokazują jak doszło do tragedii.

    (Źródło: youtube.com)

    Wydawałoby się, że historię wybuchu w elektrowni jądrowej w Czarnobylu zna każdy. Okazuje się, że wiemy w zasadzie tylko tyle, że doszło do eksplozji. Nic poza tym nie jest nam znane. Począwszy od tego, że zdecydowana większość z nas nie ma zielonego pojęcia jak działa taka elektrownia. Twórcom serialu udało się w przystępny sposób wytłumaczyć widzom zasady działania reaktora, nie tracąc przy tym nic z genialnego, mrocznego klimatu produkcji.

    Pisząc o "Czarnobylu" nie sposób nie poruszyć kwestii fabularnych. Otóż historia produkcji dzieje się niejako dwutorowo. Obserwujemy to, jak doszło do wybuchu, jak wyglądała rzeczywistość tuż po tragedii, akcja ratunkowa, chaos dezinformacyjny, strach lokalnej społeczności. Widzimy przerażenie pracowników elektrowni, którzy jako jedni z nielicznych zdawali sobie sprawę do czego może doprowadzić cała sytuacja. Z drugiej jednak strony  przyglądamy się zwyczajnym ludziom i ich losom po wybuchu. Towarzyszymy przede wszystkim Ludmile, której mąż strażak gasił pożar w Czarnobylu, ale także pojedynczym bezimiennym bohaterom zaangażowanym w próbę uratowania Europy przed tragicznymi skutkami eksplozji.

    Serial jest bowiem dopracowany na maksa! Począwszy od obsady, poprzez świetną reżyserię, i wspaniałe zdjęcia, aż na rewelacyjnej muzyce, scenografii i kostiumach kończąc. Tu w zasadzie nie ma słabych punktów! Jedyna rzecz, która mnie raziła to... angielski. W tej na wskroś sowieckiej rzeczywistości język angielski, w którym zrealizowano produkcję, trochę boli w uszach. Ale to naprawdę szczegół. I to taki, który dla wielu z nas nie będzie miał absolutnie żadnego znaczenia.
    Nie czekajcie więc dłużej tylko od razu odpalajcie HBO i miniserial, który pokochali wszyscy!



    (Źródła: newsweek.com, hbo.com i theatlantic.com)

    PS To, czy ekipa castingowa sprawdziła się w doborze aktorów, możecie sprawdzić TUTAJ.
    Continue Reading

    Maggie Gyllenhaal nie widziałam na ekranie już ze 4 lata. Ostatnio miałam okazję oglądania jej we wspaniałym irlandzko-brytyjskim komediodramacie "Frank". Aż żal, że tyle czasu nie obserwowałam tego, co robiła, bo w każdej roli jest naprawdę świetna! I choć wielu z Was z Gyllenhaalów dużo bardziej kojarzy jej młodszego brata, Jake'a, to naprawdę grzechem jest nie zapamiętać Maggie, która w "Przedszkolance" rewelacyjnie wcieliła się w zagubioną i rozczarowaną swoim życiem kobietę.

    (Źrodło: netflix.com)

    Lisa jest matką dwójki nastolatków. Syn zamierza rzucić szkołę i zaciągnąć się do armii, a córkę bardziej interesują imprezki i spotkania z przyjaciółmi niż nauka czegokolwiek. Jako domorosła poetka i pasjonatka sztuki, pragnie czegoś więcej dla swoich dzieci. Chce, by wzrastały w środowisku inteligenckim, aby rozwijały swoje pasje i osiągnęły w życiu więcej niż ona. Bo ona od ponad 20 lat pracuje jako przedszkolanka, nie skończyła studiów i teraz odczuwa gorycz, że w pewnym momencie w jej życiu pojawiła się stagnacja.
    Choć lubi to, co robi, szuka nowych bodźców, które pomogą jej znów cieszyć się życiem. Ratunkiem okazuje się jeden z jej podopiecznych, w którym Lisa odkrywa wielki talent poetycki. Chłopiec w nieoczekiwanych okolicznościach tworzy krótkie wiersze, które robią wrażenie także na mężu przedszkolanki czy nauczycielu prowadzącym kurs poezji, na który uczęszcza bohaterka.

    (Źródło: youtube.com)

    W filmie uderza przede wszystkim autentyczność Lisy granej przez Maggie Gyllenhaal. W jej oczach widać wszystkie emocje. Z początku zmęczenie rutyną życia i smutek niedocenieniem jej poetyckich prób, następnie rozgoryczenie postawą swoich dzieci, dalej fascynację talentem jednego z uczniów. 
    Maggie gra w "Przedszkolance" kobietę na skraju załamania. Jest jeszcze stosunkowo młoda, ma pracę, pasję i udane życie rodzinne, a przeżywa kryzys. Być może to początek depresji. Sama znajduje lek - jest nim nietuzinkowa zdolność małego Jimmy'ego. Problem z tym, że docenieniem talentu chłopca zaczyna przeradzać się w nieokiełznaną chęć zawłaszczenia go i wychowania niemal pod kloszem, z dala od codzienności typowej dla współczesnych dzieciaków. Ten upór doprowadza się w miejsce, z którego nie ma już ucieczki, a całą tę podróż oglądamy z przejęciem głównie dzięki wspaniałej Maggie i uroczemu Parkerowi Sevakowi wcielającemu się w małego geniusza.


    (Źródła: netflix.com i fdb.pl)

    Continue Reading

    Kino Nadine Labaki odkryłam wiele lat temu. Do dziś pamiętam jak miło wspominam seans "Karmelu". Zakochałam się w zdjęciach, w klimacie tej produkcji. Nie zdziwiło mnie więc tak duże zainteresowanie nowością libańskiej reżyserki zwłaszcza, że "Kafarnaum" bardzo dobrze przyjęła canneńska publiczność.

    (Źródło: warsaw.carpe-diem.events)

    Zaina śmiało można nazwać dzieckiem ulicy. Choć ma dach nad głową i oboje rodziców, żyje niemal jak bezdomny. Całe dnie spędza włócząc się po okolicznych slamsach, próbując sprzedawać różne produkty, pomagając w miejscowym sklepie i naciągając bogatych. Nie chodzi do szkoły. Mimo wszystko jest jednak bardzo bystry, zaradny, nadzwyczaj dojrzały jak na swój wiek. Ale i bardzo wulgarny, czasami też agresywny. Trudno się temu dziwić wiedząc, w jakim środowisku dorasta. Rodzice nie przejmują się swoim potomstwem. Ojciec prawie cały czas jest pijany, matka tylko wydaje kolejne polecenia. Gromadkę rodzeństwa Zaina, który jest jednym z najstarszych dzieci, codziennie zmusza się do pracy. Albo wypełniania domowych obowiązków, albo stricte zarobkowych zadań. Dzieciaki nie znają znaczenia słów takich jak: miłość, troskliwość, czułość, które powinny być dla nich czymś naturalnym.


    (Źródło: youtube.com)

    Wobec nowego obrazu Labaki trudno przejść obojętnie. Choć zarzuca się mu bycie tzw. poverty porn (filmem grającym na emocjach, epatującym biedą, by wzbudzić współczucie), nie sposób chyba uniknąć swoistego ukucia w klatce piersiowej, które ma zakomunikować widzowi: "Patrz, tak wygląda świat oczami opuszczonego dziecka". Dyskomfort ten jest tym większy za sprawą genialnego odtwórcy głównej roli - Zaina. Chłopiec (notabene po raz pierwszy występujący przed kamerą!) jest niesamowicie autentyczny. Bije od niego ogromna charyzma, zawadiacka natura i duża doza prawdziwości. Właściwie dzięki niemu (i świetnej postaci filmowego Zaina, bardzo dobrej koncepcji na tego bohatera) "Kafarnaum" oglądamy z wielka uwagą i sporym wzruszeniem.

    To jeden z tych filmów, o których myśli się dość długo po seansie. Libańska reżyserka stawia w nim kilka ważnych pytań. Z jednej strony zastanawia się nad możliwością  wprowadzenia ograniczeń co do liczby posiadanego potomstwa w rodzinach, które ewidentnie nie spełniają swojej roli, przez co można je uznać za patologiczne. Z drugiej eksponuje brutalność i bezwzględność libańskiego prawa wobec nielegalnych imigrantów i zupełną obojętność władzy o losy dzieci imigrantów. Rozważań jest jeszcze więcej! Labaki pokazuje dość restrykcyjne podejście do wypełniania zasad określonych grup etnicznych czy religijnych (np. wydawanie za mąż nastoletnich dziewcząt, które dopiero co zaczęły miesiączkować) oraz niesprawiedliwe działania organów sądowniczych, dla których około 12-letni Zain za dźgnięcie nożem dostaje wyrok 5-letniego więzienia, a jego rodziców nikt nie pociąga do odpowiedzialności za niedostateczną opiekę nad siedmiorgiem małoletnich dzieci! 



    (Źródła: kinomuranow.pl i fdb.pl)

    Mimo chęci pokazania brudnego wycinka swojego kraju
    (akcja filmu dzieje się w bejruckich slamsach), Labaki nie gra na emocjach za pomocą pewnych manipulacji. Nie boi się ukazania zwyczajnego życia, szarej rzeczywistości. Nie koloryzuje obrazów jak zrobiono to w obrazie o podobnej tematyce - "Slumdogu. Milionerze z ulicy". Reżyserka jest dość surowa w środkach, skupiona na detalach. I ludziach. Szczególnie mocno koncentruje się na problemie ubóstwa wśród dzieci, ich wykorzystywania (zarobkowego, seksualnego), a także nierespektowania praw kobiet czy imigrantów. Porusza niezwykle bieżące problemy, trawiące niemal cały współczesny świat i jest w tym działaniu dość wyważona. Niczego nie sugeruje, nie komentuje wprost. Zostawia widzowi przestrzeń na samodzielną ocenę tego, co właśnie zobaczył. A miejsce na własne przemyślenia zawsze jest sporą wartością.

    (Źródło: if-maroc.org)

    Continue Reading

    Podróż, w którą zabiera nas Peter Farrelly będziemy z nostalgią wspinać bardzo długo. Jego "Green Book", robiący furorę na wielu festiwalowych eventach, to klasyczne kino drogi, w którym nieistotny jest cel wędrówki, ale sam fakt podróżowania, wpływający na zmianę postaw głównych bohaterów. A ci w filmie są wprost fenomenalni!

    (Źródło: moviebabblesreviews.com)

    Tony (Viggo Mortensen) pochodzi z włoskiej rodziny. Mieszka na Bronxie, gdzie pracuje jako ochroniarz w nocnym klubie. Zajmuje się selekcją przy wejściu, bezpieczeństwem wewnątrz budynku i rozwiązywaniem wszelkich konfliktów. Nie boi się używania siły fizycznej. W końcu za to mu płacą. Kiedy lokal zostaje zamknięty na czas remontu, mężczyzna rozgląda się za nowym zajęciem. Tymczasowe zatrudnienie dostaje u tajemniczego pianisty doktora Shirley'a (Mahershala Ali), z którym ma wyruszyć w dwumiesięczną trasę koncertową po Głębokim Południu. Dla obu będzie to jedna z najważniejszych podróży ich życia.


    (Źródło: youtube.com)

    "Green Book" to przede wszystkim film rasizmie. O tym, jak wyglądały realia lat 60. O tym, że kolor skóry definiował to kim możesz zostać, do którego baru pozwolą Ci wejść czy w którym sklepie możesz zrobić zakupy.  Ale to również obraz o tym, że każdy z nas jest inny, a segregacja po kolorze skóry jest tak samo bezsensowna jak np. po kształcie nosa czy kolorze oczu. Tony i dr Shirley są kompletnie różni. Wzrastali w odmiennych środowiskach, mają inne talenty, co innego uznają za sukces czy porażkę. Ale łączy ich jedno: oba pragną szacunku. Chcą być godnie traktowani. Wspólna podróż przez Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych otwiera im oczy na wszelkie przejawy dyskryminacji. Tony uświadamia sobie jak nieludzkie jest ocenianie innych na podstawie koloru skóry i jak wprowadzenie odrobiny ogłady w swoim zachowaniu może zmienić człowieka. Dr Shirley za to zyskuje odwagę, by naprawdę być sobą i zawalczyć o to, by ci, którzy doceniają jego ogromny talent naprawdę traktowali go jak równego sobie.


    (Źródła: moviebabblesreviews.com i filmthreat.com)

    Największym komplementem dla twórców "Green Book" możemy chyba uznać to, że seans mija nam niepostrzeżenie. To jak z lekturą rewelacyjnej książki: zaczynamy czytać i zanim się obejrzymy, przeczytamy całą z wypiekami na twarzy nie zdając sobie sprawy, że minęło kilka godzin. Bo choć nowość Farrelly'ego trwa ponad 2 godziny, to absolutnie nie wiemy kiedy ten czas płynie. Moglibyśmy jeszcze dłużej siedzieć w kinie i podążać za bohaterami, którzy momentalnie zdobyli naszą sympatię.

    To niesamowite, że reżyser z - mówiąc dość delikatnie - raczej niezbyt błyskotliwym dorobkiem ("Bez smyczy", "Dziewczyna moich koszmarów") stworzył obraz wręcz wyśmienity. Mocną stroną jest bardzo dobry scenariusz. Opowieść o rodzącej się przyjaźni Tony'ego z doktorem Shirley idealnie wyważono. Mamy dobrze skrojony dramat z kilkoma kluczowymi zdarzeniami, jakie zachodzą między głównymi bohaterami oraz sporą dawką lekkiego humoru. W ten sposób widz ma wrażenie, że ogląda dość przyjemne dzieło, które jednak w dużej mierze ma nas wzruszyć, ale i czegoś nauczyć. 


    (Źródła: moviebabblesreviews.com i filmthreat.com)
    Continue Reading

    Lars von Trier słynie z tworzenia kina specyficznego. Mocno specyficznego. Jego filmu są szokujące, nietypowe, obrazoburcze. Podobnie jest z "Domem, który zbudował Jack". Fani reżysera nie będą więc chyba zawiedzeni.


    (Źródło: youtube.com)

    Przyznaję bez bicie, z Larsem mi nie po drodze. Seans "Przełamując fale" przerwałam jakoś na początku, "Nimfomanka" mnie bardzo rozczarowała, więc po nic innego nie sięgałam. Ale chciałam dać szansę temu duńskiemu twórcy, którego rzesza kinomaniaków kocha. 

    "Dom, który zbudował Jack" to mieszanka gatunkowa. Trochę dramat, trochę thriller z elementami czarnego humoru. W retrospekcyjnych ujęciach poznajemy psychikę małego Jacka, który już wtedy miał skłonności sadystyczne. Z biegiem czasu ewoluował on, wraz z totalnym brakiem empatii, i przerodził się z coś większego, odkrywając w bohaterze przeogromną naturę mordercy. Jack zabija głównie kobiety, które podświadomie uznaje ze głupsze i bardziej naiwne. Łapie ofiarę, po czym dość długo bawi się nią, by na końcu zabić. Ale na zabójstwie nie kończy się jego dzieło. Każde ciało przewozi do chłodni, w której dokonuje przeróżnych eksperymentów. Robi rzeczy tak dziwaczne, że czasem śmieszą one widza, częściej jednak przerażają.

    (Źródło: youtube.com)

    Film podzielono na sekwencje, dzięki którym poznajemy postać Jacka. I o ile dwie pierwsze części bardzo mi się podobały, bo wypełniał je w dużej mierze czarny humor, to im dalej rozwijała się akcja, tym częściej miałam ochotę przerwać seans. Wraz z rozwojem fabuły Jack staje się bowiem coraz bardziej okrutny. Czerpie większą przyjemność z coraz paskudniejszych morderstw. Z tego, że przysparza ofierze nie tylko bólu, ale i strachu. Jako że nie jestem miłośniczką horrorów, przeżywa brutalne sceny w filmach, to ledwo dotrwałam do napisów końcowych. Po obejrzeniu 5 historii z życia głównego bohatera, część z epilogiem uważam za zbyt długą i pogmatwaną. 

    "Dom, który zbudował Jack" pełen jest różnych nawiązań i ukrytych znaczeń. Jack w czerwonym szlafroku przywodzi na myśl wilka, który zjadł babcię i Czerwonego Kapturka, za którego się przebrał, by oszukać myśliwego. Wiele, naprawdę wiele z tych kodów, nie zostało przeze mnie jeszcze rozszyfrowanych. Sądzę, że większość z nich nigdy nie znajdzie wyjaśnienia, bo też taki jest von Trier - pozwala widzowi mieć swoją wersję, swoją interpretację produkcji.

    Myślę, że ci, którzy cenią twórczość duńskiego reżysera, będą dobrze się bawić. Tym, którzy do tej pory byli sceptyczni radzę na spokojnie przeanalizować, czy na pewno chcą zrobić podejście do dzieła von Triera. Zapewniam, że aktorsko jest bardzo dobry, ale i brutalny, pełny artystycznego zadęcia i pychy, jak również obrazoburczy. Bo jak inaczej nazwać obraz, w którym reżyser ikonami nazywa Stalina i Hitlera? Widząc taką scenę wiemy już, czego można się spodziewać po filmie. Wszystkiego!



    (Źródła: fdb.pl, rmf.fm i filmweb.pl)
    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      6 miesięcy temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      3 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      8 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top