facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Choć dla wielu kino amerykańskie kojarzy się wyłącznie z gigantycznymi, drogimi i dość pustymi hollywoodzkimi produkcjami, to prawda jest zupełnie inna. W Stanach powstaje mnóstwo niszowych produkcji: niezależnych, niskobudżetowych, ambitnych. Jedne są bardziej, drugie mniej udane - jak wszystkie filmy. Po 2 czy 3 latach starań, wreszcie dotarłam do Wrocławia, by podczas 7. edycji American Film Festival sprawdzić, jak dobre może być kino "made in America", które zwykle nie trafia na ekrany polskich kin. 


    (Źródło: radioram.pl)

    Wystrzałowe krewetki / The Pistol Shrimps
    reż. Brent Hodge

    To chyba największe zaskoczenie! Wybrałam ten film tak po prostu, zaciekawił mnie opis, bo trailera nawet z lenistwa nie odpaliłam. W sobotni poranek ledwo ściągnęłam się z łóżka, by zdążyć na seans, który... okazał się rewelacyjny! Film bowiem powala nas na kolana!
    Grupa kilkunastu kobiet na co dzień pracujących w Hollywood postanawia założyć amatorską, kobiecą drużynę koszykówki. Choć większość z nich ze sportem nie miała nic wspólnego od lat, zaczynają spotykają się na cotygodniowych treningach i meczach. Aktorki, fotografki, scenarzystki, modelki, nie patrząc na kontuzje i siniaki dają z siebie wszystko na parkiecie, a zacięcie kibicują im bliscy i znajomi.
    "Wystrzałowe krewetki" to więc dokument o pasji, potrzebie odcięcia od zgiełku i zakłamania filmowego światka oraz kobiecej przyjaźni, o której niełatwo w dzisiejszym świecie.

    (Źródło: youtube.com)

    Plan Maggie
    reż. Rebecca Miller

    To taki komediodramat. Z jednej strony dość lekka opowieść o chaotycznej, aczkolwiek całkiem sympatycznej pracownicy naukowej, która nieoczekiwanie spotyka na swojej drodze wybitnego antropologa żyjącego w cieniu swojej jeszcze bardziej wybitnej (i ambitnej) żony. Z drugiej smutny obraz tego, jak szybko czar miłości może prysnąć.
    Osobiście rozpatruję ten film w jeszcze jednym wymiarze. To trochę portret tego, jak bardzo wielu współczesnych mężczyzn przybiera postawę ofiary, jak bardzo unika decyzyjności, jak drastycznie z pana domu staje się rodzinnym ofermą. 

    (Źródło: wizerunekkobiety.pl)

    American Honey
    reż. Andrea Arnold

    I tak jak "Wystrzałowe krewetki" były nieoczekiwaną perełką AFF, tak "American Honey" okazało się wielkim niewypałem. Film drogi i młodym pokoleniu Amerykanów z mniejszych miejscowości, trudnych rodzin i patologicznych środowisk, poszukujących swojego miejsca w świecie, zmęczył mnie przeogromnie. Całość jest długa (2,5 godziny!), co bez dwóch zdanie daje się we znaki zwłaszcza, że fabuła się rozmywa, a akcja zwalnia. Scenarzyście zabrakło jakiejś ikry, bo całkiem nieźle zapowiadającą się historię sprawnie, spójnie i ciekawie doprowadzić do finału. Mamy szalony miszmasz wątków, świetną kreację debiutującej Sashy Lane, na którą bardzo dobrze się patrzy, piękne zdjęcia i zacną ścieżkę dźwiękową. Perfekcyjnie psuje to jednak niedomyślany scenariusz oraz brak wizji reżyserki. 



    (Źródło: youtube.com)

    Każdy by chciał / Everybody wants some
    reż. Richard Linklater

    To zupełnie inny Linklater niż ten znany z trylogii z Delpy i Hawke'iem w rolach głównych czy "Boyhoodzie". Tu mówi językiem prostych młodzieńców - członków drużyny baseballowej z college'u. Do ekipy dołącza kilku pierwszorocznych, w tym Jake, który nieco odstaje od grupy. Jest spokojniejszy, nieco wycofany i nie tak bardzo sfiksowany na punkcie sportu. Czyta poezję, zna się na muzyce, ma dobre maniery. Pierwszego dnia poznaje tajemniczą dziewczynę z akademika, dla której mocniej zaczyna mu bić serce. W ferworze przeprowadzki, integracji z kolegami, adaptacji w nowym miejscu i pierwszych treningów, próbuje odnaleźć piękna nieznajomą i umówić się z nią na randkę.
    Na pierwszy rzut oka "Każdy by chciał" wygląda jak milion innych produkcji o studenckiej rzeczywistości Amerykanów. Daleko mu jednak do obrazów takich jak "American Pie" (i dobrze!). Jest ciekawie i zabawnie, ale z pewnością nie przaśnie. Dobre kino rozrywkowe! 

    (Źródło: youtube.com)
    Continue Reading

    Nudny, a może wciągający? Monotonny czy jednak emocjonujący? Opinii o „Boyhoodzie” Richarda Linklatera jest mnóstwo, a każda bez problemu znajduje swoje idealne przeciwieństwo. Bo jedni pokochali ten film całym sercem, podczas gdy inni ledwo dotrwali do napisów końcowych. Jak mi upłynął 3-godzinny (sic!) seans?


    (Źródło: dad-camp.com)
    O dziwo, wyśmienicie! Nie przepadam za długimi filmami. Po prostu, jestem zwolenniczką około 90-minutowych historii. Zwykle (podkreślam: zwykle!), jeżeli reżyser nie jest w stanie w ciągu 1,5 godziny przekazać swoich najważniejszych myśli, fabuła się rozwleka, przesłanie produkcji niknie wśród przydługich dialogów, a ja opuszczam salę kinową bez wielkiego entuzjazmu. Oczywiście są wyjątki. Nawet cała masa wyjątków. „Misja”, "Cinema paradiso", "Pogorzelisko", „Ojciec chrzestny”, "Przypadek", "Lista Schindlera”, lecz zdecydowana większość obrazów (czy to dramatycznych, czy komediowych, europejskich czy hollywoodzkich) powinna – w moim odczuciu – być bardziej skondensowana.

    W przypadku „Boyhooda” nie miałam jednak poczucia fabularnego rozmycia, jakiegoś chaosu albo braku pomysłu na wypełnienie kolejnych minut seansu. Dramat ten – pomimo przyjęcia konwencji sfabularyzowanego dokumentu – jest po prostu ciekawy. Pokazuje zwykle, proste życie, codzienne czynności, raczej bez spektakularnych zawirowań (no, jest taka jedna scena), ale wciąga! I to sprawia, że dla mnie jest w jakiś sposób magiczny.



    (Źródła: boyhoodmovie.tumblr.com i athenacinema.com)

    I trudno jednoznacznie opisać tę magię. Nie sposób ją sprecyzować. Urzeka zbitka scen z życia pewnej rodziny. Portret dorastania człowieka. Bo jesteśmy świadkami jak w filmie dorastają nie tylko dzieci – Mason (Ellar Coltrane) i Samatha (Lorelei Linklater), ale również ich rodzice – Tata (Ethan Hawke) i Mama (Patricia Arquette). Nasi bohaterowie się zmieniają. I to nie tylko fizycznie. Zmienia się ich stosunek do siebie samych, do rodziny i świata. Widać jak dojrzewają do swoich ról (Hawke jako zaangażowany, świadomy ojciec, stabilny emocjonalnie; Arquette jako troskliwa matka oddająca całe swoje serce dzieciom, dzieci dążące do niezależności, do wyrwania się z rodzinnego gniazda i skosztowania prawdziwego życia).

    Do tego refleksyjnego pokazania ludzkiego przemijania, którym przecież jest życie, Linklater podszedł bardzo ostrożnie i głęboko. Niemal każdym kadrem sukcesywnie zatapia nas w klimacie filmu. W jego delikatności, pozornej powierzchowności i nijakości. Zdjęcia i muzyka intensyfikują przeżycia bohaterów, ale i emocje towarzyszące nam podczas seansu. W scenach radosnych, rodzinnych przygód docierają do nas pogodne kawałki pop adekwatne do tamtego okresu. Przez ten zabieg mamy okazję poczuć się trochę członkami tej rodziny. A przynajmniej przyjaciółmi domu.



    (Źródła: denofgeeks.us i observer.com)

    Ponadto kilka scen wręcz miażdży! Scena w samochodzie, kiedy Tata jedzie z Masonem na męski wypad na łonie natury pokazuje jak głęboka i zarazem intymna może być relacja ojciec-syn. Dostrzegamy, że w tym momencie nasz bohater (Ethan Hawke) naprawdę dorósł do ojcostwa. Jest takim prawdziwym 'real dad hero'. 

    Drugą, chyba nawet mocniejszą, sceną jest rozmowa Matki z Masonem tuż przed przeprowadzką do college'u. Początkowo kobieta jest rzeczowa, opanowana, dzielna. Momentalne jednak górę biorą silne emocje, na skutek których wybucha płaczem. Jednym tchem podsumowuje swoje życie, wylicza najważniejsze etapy, najistotniejsze chwile. Ślub, pierwsze dziecko, drugie dziecko, rozstanie, studia, pracę itp. Powiedzielibyśmy: norma. I w tej chwili z ust bohaterki padają ekstremalnie ważne słowa: "Oczekiwałam czegoś więcej!".

    Właśnie dlatego z tej krótkiej sceny płynie ważna myśl. To, co dzieje się między "wielkimi zdarzeniami" z naszego życia, to jest prawdziwym życiem. Ważne momenty, radosne sytuacje, zawodowe sukcesy, sromotne porażki, załamania - to się wydarza. Ale życie stanowi zbiór setek tysięcy tzw. szarych dni. Typowych poniedziałków, w których nie chce nam się iść do pracy, zwykłych czwartków, w które planujemy weekendowe poczynania, normalnych sobót i niedziel, w które próbujemy uatrakcyjnić nasze życie. Nie możemy olewać codzienności, a potem mieć pretensje, że życie przeleciało nam przez palce, że zmarnowaliśmy 3, 5, 15, 50 lat. Chociaż postać Matki nie jest przegrana, to w tej scenie czuć w jej głosie pomieszanie bólu, rozżalenia, smutku. To swoisty wyrzut z jednej strony na nasze przemijanie, z drugiej na matczyne poświęcenie, które w końcu i tak spotyka się z pewnym osamotnieniem, kiedy dzieci opuszczają rodzinny dom.

    (Źródło: moargeek.com)

    "Szukam prawdziwych relacji, ludzi z krwi i kości,
     nie tylko profili"

    "Boyhood" to nie tylko spojrzenie na jednostkę czy podstawową grupę społeczną, jaką jest rodzina. To także próba sportretowania i zanalizowania współczesnego świata. Linklater stara się w niewymuszony sposób pokazać, jak niebezpieczne stają się dobrodziejstwa techniki, jak negatywny wpływ na nasze relacje z innymi miewa nieumiejętne korzystania z przeróżnych gadżetów. Jak spłycamy łączące nas więzi, ignorujemy kontakt w realu na rzecz nieustannego bycia online, jak bardzo skupiamy się na budowaniu dobrego wizerunku w sieci, chociaż nikogo tak naprawdę nie interesuje, co się u nas dzieje, bo wszelkie stosunki międzyludzkie stają się powierzchowne.

    Te myśli wypowiada ustami Masona, który jest dla mnie innym wcieleniem Christophera z "Into the wild". Buntuje się przeciwko dehumanizacji świata, ogólnego konsumpcjonizmu, powszechnego cynizmu i egoizmu. Jest młodym idealistą pragnącym zmienić świat. A jeśli nie zmienić go, to chociaż wpłynąć na sposób postrzegania przez najbliższych (siostrę, rodziców, dziewczynę) rzeczywistości.
    (Źródło: moargeek.com)

    Z jednej strony można napisać, że jest po prostu „dobry” czy „solidny technicznie”, z drugiej ma w sobie tak wielki emocjonalny ładunek, tak niesamowicie działa na emocje widza, że po 3-godzinnej projekcji jestem oczarowana. „Boyhood” to subtelne, wzruszające, prawdziwe kino! Idealna propozycja dla tych, którzy umieją docenić prostotę, zachwycić się błahostką, dostrzec drobiazgi. W tym filmie nie padają wielkie słowa i szumne hasła. Sedno historii wyczytujemy „między wierszami”, dostrzegamy je w gestach i spojrzeniach bohaterów, widzimy na drugim planie. A samo przesłanie jest nadzwyczaj proste, jednak zarazem tak ważne i trudne: umieć żyć chwilą. Więc zostawmy z boku wszystkie pierdołowate sprawy, wymyślone czy wyolbrzymione problemy i chwytamy tę chwilę. Carpe diem!


    (Źródło: twitter.com)
    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      5 miesięcy temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      3 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top