facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Kontrowersyjna? Wulgarna? Szalona? Możliwe. Ale na pewno także niebywale wrażliwa, niesamowicie serdeczna, a przy tym niezwykle utalentowana. Taki portret jednej z największych (jeśli nie największej!) wokalistki jazzowej XXI wieku wyłania się z filmu pt. "Amy", który do polskich kin zawita już w jutro. Warto było czekać!


    Pierwsze skojarzenie z Amy Winehouse to morze alkoholu i sterta prochów. Na drugim planie jawią się grube melanże, skandale prasowe i zawiłe uczuciowe perypetie. Dopiero w tle pobrzmiewa muzyka. Głęboka, sentymentalna, pełna smutku i żalu. Poruszająca. Ale ta prawdziwa Amy to właśnie muzyka. To muzyka była sednem jej życia. Ona stanowiła centrum. Ona była motorem jej działań. Niestety chwilami ulegała detronizacji i stąd rodziły się problemy genialnej wokalistki. O tym właśnie dowiadujemy się z obrazu Asifa Kapadii, który przygotował dokument poświęcony Winehouse.


    (Źródło: youtube.com)
    Idąc na przedpremierowy pokaz nie miałam specjalnych oczekiwań. Owszem, o filmie było głośno i od dłuższego czasu chciałam go zobaczyć, ale zdecydowanie nie zaliczam się ani do zagorzałych fanek muzyki Winehouse, ani do wielbicielek jej samej. Kilka utworów znałam i nawet lubiłam. Nie miałam jednak jej płyt, nie oglądałam nagrań z koncertów, nie śledziłam jej życia w Internecie. Nic z tych rzeczy. 

    Tym bardziej zaskoczył mnie ten obraz! Przed seansem nie wiedziałam czego się po nim spodziewać. Laurki zdolnej piosenkarki, która zbyt młodo umarła? Perfekcyjnego wyciskacza łez dla jej najwierniejszych fanów? A może kompilacji żenujących nagrań i zdjęć przedstawiających artystkę w jak najgorszym świetle, by produkcja zyskała wielki rozgłos dzięki kontrowersji? I znowu pudło! "Amy" jest czymś całkowicie innym i dzięki temu absolutnie rozłożyła mnie na łopatki!


    (Źródło: theguardian.com)

    Z obrazu Kapadii wyłania się nieśmiała, a zarazem nieco szalona nastolatka. Z dość normalnego domu, z typowymi przyjaciółmi. Pogodna, bardzo serdeczna i ogromnie utalentowana. Przypadkowo odkryta i wciągnięta do branży przez zaprzyjaźnionego menadżera, z którym zawodowo była związana przez długie lata.
    Widzimy dziewczynę, która stopniowo spełnia swoje marzenia, a każdy kolejny sukces przyjmuje ze szczerym niedowierzeniem. Daleko jej do młodocianych artystów, których od niemowlęctwa wychowywano na gwiazdy. Amy nie zadziera nosa, nie rozpiera jej pycha, nie uderza woda sodowa. Ale niezmiernie raduje fakt, że ludziom podoba się jej muzyka. Że może zarabiać robiąc to, co naprawdę kocha. I w czym jest bardzo dobra.

    Niestety już na tym etapie, a nawet nieco wcześniej, Amy ciągnęło do dużych dawek mocnego alkoholu oraz regularnego palenia marihuany, którą po jakimś czasie zamieniła na silniejsze używki. Do tego zestawu można dołożyć problemy z odżywianiem i  długotrwałą depresję. To nic innego jak perfekcyjna recepta na wyniszczenie organizmu. Zwłaszcza, gdy nikt nie dostrzega problemów, kiedy nikt nie reaguje na kolejne sygnały ostrzegawcze. Przykład Winehouse pokazuje, że nawet będąc otoczonym rodziną, przyjaciółmi i współpracownikami, można zostać zupełnie samemu ze swoimi kłopotami. Skutecznie odgrywać rolę człowieka radzącego sobie w życiu i niewymagającego pomocy.




    (Źródła: dailymail.co.uk i vibe.com)
    Przemieszanie wątków muzycznych z zakulisowymi losami Winehouse zostało skrupulatnie przygotowane. Kapadia serwuje nam bardzo uporządkowany obraz jej życia, posiłkując się głównie nagraniami archiwalnymi. Nie zostawia tu wiele miejsca na odautorski komentarz. Wycinki z życia wokalistki okrasza wypowiedziami najbliższych, by nie tracić wiarygodności filmu. W ten sposób jeszcze mocniej wstrząsa widzem. Bo siedząc w kinowym fotelu człowiek uzmysławia sobie kilka istotnych kwestii. To, że nikt - we właściwym momencie - nie wyciągnął pomocnej dłoni do uzależnionej Amy. To, że wokalistka wplątała się w patologiczną relację z późniejszym mężem - Blake'iem, momentami rezygnując z autonomii na rzecz trwania w tym związku. To, że dla wielu rzekomo bliskich osób była jedynie skarbonką, maszynką do zarabiania pieniędzy. 

    "Amy" ogląda się bardzo dobrze. To jeden z tych dokumentów, który na dłużej zostaje w naszej głowie. Za bardzo wartościowe uważam pokazanie - dla wielu - zupełnie nieznanych początków kariery Winehouse, przywołanie jej pierwszych występów i zaprezentowanie wypowiedzi o dalekosiężnych planach i zawodowych marzeniach. Film pozwala więc odkryć prawdziwą Amy, z jej wrodzoną nieśmiałością, niespotykaną w XXI wieku autentycznością oraz niepopularną miłością do dobrej muzyki. A poza tym wszystkim z jej ogromną potrzebą bycia kochaną. Ponieważ dla mnie z obrazu Kapadii dość jasno wybrzmiewa, że większość problemów Winehouse zrodziło się z potrzeby zaistnienia , bycia dostrzeżoną, pokochaną. Bez granic.
     

    (Źródło: wallpaperup.com)
    Na koniec zostawiam Was z kawałkiem, który chyba najbardziej kojarzy mi się z Winehouse i mam wrażenie, że idealnie pasuje do filmu, stanowiąc niejako podsumowanie tak jej muzycznych dokonań, jak i życiowych perypetii.


    (Źródło: youtube.com)
    Continue Reading

    Po krótki metraż sięgam dosyć rzadko. I mam z tego powodu spore wyrzuty. Bo tak amatorskie, jak i profesjonalne produkcje tworzone w niepełnym metrażu bywają co najmniej tak samo dobre i warte obejrzenia, co te kręcone w pełnym. W tym roku okazja do nadrobienia kilku tytułów była wprost idealna - nominacja do Oskara to coś, obok czego prawdziwy kinoman rzadko kiedy może przejść obojętnie. Co udało mi się obejrzeć?

    (Źródło: indiewire.com)

    W ostatnich dniach zobaczyłam przede wszystkim "Naszą klątwę” Tomasza Śliwińskiego. Reżyser udokumentował kawałek swojego życia rodzinnego. Sportretował codzienność swoją i swojej żony w obliczu trudnej i nieuleczanej choroby genetycznej ich synka Leosia. Chłopiec cierpi na CCHC, co oznacza, że w czasie snu jego serce przestaje pracować. Rodzice otaczają go nieustanną opieką, ponieważ nigdy nie wiadomo, co może się stać dziecku.

    (Źródło: leoblog.pl)

    Film może nie jest technicznie idealny. Może nie każdy kadr został dopracowany, a część dialogów niekoniecznie przekonuje czy nadaje się do wykorzystania w produkcji. Niemniej ogromny ładunek emocjonalny przekazywany za pomocą sugestywnego obrazu sprawia, że całość bardzo mnie porusza. Śliwiński próbuje bez upiększania zobrazować „szara rzeczywistość”, z którą musi zmagać się wraz z żoną.
    Odczuwamy więc emocje, które siedzą w bohaterach: rozczarowanie, załamanie, rozżalenie, pretensje, bezradność, poczucie niesprawiedliwości, strach. Ale i troskliwość, miłość, wzajemne wsparcie i radość. Ponieważ na przekór wszystkiemu, wbrew ograniczeniom i trudom związanym z chorobą dziecka, starają się żyć normalnie.

    Nie jestem pewna, czy film ma realne szanse na zwycięstwo (niestety nie widziałam jeszcze "Joanny", a tym bardziej pozostałych nominowanych produkcji), ale niezmiernie cieszy mnie nominacja do Oskara. I mimo hejtu, jaki zalągł się w sieci (np. forum Filmwebu), gdzie reżyserowi zarzuca się manipulację czy chęć zrobienia kariery dzięki chorobie dziecka i ludzkiej empatii, szczerze mu kibicuję.

    (Źródło: wyborcza.pl)

    Zupełnie innym obrazem jest brytyjski dramat pt. „Rozmowa” (The Phone Call) w reżyserii Mata Kirkby'ego. To niezwykle subtelny film o samotności i wielkiej miłości zarazem. Bohaterami są nijako dwie pary: staruszek cierpiący z powodu śmierci ukochanej żony oraz nieśmiali kochankowie, zauroczeni sobą, choć obawiający się wyznać otwarcie swoje uczucia.

    (Źródło: thephonecallfilm.com)

    Z ekranu bije prostota. Mamy delikatne kadry, ciekawą grę światłem, świetną Sally Hawkins w roli głównej oraz ciepły głos starszego pana (bezbłędny Jim Broadbent).
    Szczególnie wzruszył mnie finał losów pary staruszków. Reżyser postawił na uroczą metaforę, która - co rzadko się zdarza - doprowadziła mnie do łez! "Rozmowa", chociaż ma w sobie pewne bolesne przesłanie, jakiś smutny ładunek emocjonalny, daje nadzieję! 

    Obie produkcje są z gatunku kina delikatnego, subtelnego, intymnego. Obie działają na emocje w najwyższym stopniu i mówią o najważniejszych wartościach, o tym, co w życiu najistotniejsze. Jednak to brytyjski kandydat do Oskara w kategorii krótkometrażowych filmów aktorskich bardziej mnie przekonał i wydaje się mieć większe szanse na zwycięstwo*. 

    (Źródło: thephonecallfilm.com)

    *Tekst powstał w czwartek (19.02), stąd wątki oskarowe opisane w czasie przyszłym :)
    Continue Reading
    Ustalmy jedno – seriali jest cała masa. Ostatnie dwa dziesięciolecia to prawdziwy wysyp sitcomów! Możemy dowolnie przebierać w gatunkach (familijne, komediowe, detektywistyczne, historyczne), interesujących nas tematach (polityka, przyjaźń, prawnicza codzienność, romans, szpitalne życie) czy grających w nich naszych ulubionych aktorach. Dla jednych seriale są drabiną do sukcesu (George Clooney, Jennifer Aniston), innym otwierają nowe drzwi i podkreślają ich nieprzeciętny talent (Kevin Spacey, Matthew McConauhey). Żeby w tym zalewie seriali znaleźć tytuł, który sprosta naszym oczekiwaniom, trzeba się trochę natrudzić. Nie raz, nie dwa, sięgałam po chwalony produkt, który mimo wszystko nie przypadł mi do gustu. Przykładami mogą być choćby „Mad Men” i „The Big Bang Theory”.

    Abyście nie szukali po omacku, podrzucam naprawdę ciekawy serial. Dwa sezony, sześć odcinków, a w każdym inna opowieść. O czym mowa? O „Czarnym lustrze”, które podbije serca wielu!

    (Źródło: theguardian.com)

    Serial polecali mi koledzy z pracy. I przyznam, że trochę zwlekałam z zapoznaniem się z nim. W końcu obejrzałam pierwszy odcinek. I dosłownie mnie zamurowało! Naprawdę pod koniec pierwszego odcinka siedziałam z otwartą buzią, nie będąc w stanie pojąć jak łatwo zmanipulować społeczeństwem i jak wielki wpływ na decyzje wysoko postawionych urzędników ma tzw. opinia publiczna.

    Fabuła w każdym odcinku jest inna, ale je wszystkie łączy ogólne założenie: chęć pokazania, jak nowinki technologiczne i otaczające nas gadżety mogą wkrótce negatywnie wpłynąć na nasze życie. I będą czymś, co zamiast je ułatwiać, zniszczy jego urok, pozbywając nas tego, co intymne, ważne, ludzkie.


    Kolejne odsłony „Czarnego lustra” pokazują zatrważającą rzecz: najnowsze odkrycia techniki ograniczają nas, manipulują ludźmi, podświadomie wpływają na nasz sposób myślenia. Osoby potrafiące wykorzystać nowe media czy inne świeże wynalazki są w stanie sterować całym społeczeństwem, a z niemal każdej jednostki zrobić niewolnika. 

    Bardzo gorąco polecam, choć od razu zaznaczam, że na pewno nie wszystkim się spodoba. Akcja nie jest wartka, nie występują w nim gorące nazwiska branży filmowej, ale całość – jak dla mnie – zasługuje na 8/10 punktów (w skali Filmwebowej „bardzo dobry”).

    (Źródło: filmweb.pl)



    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      3 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top