facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Kino Nadine Labaki odkryłam wiele lat temu. Do dziś pamiętam jak miło wspominam seans "Karmelu". Zakochałam się w zdjęciach, w klimacie tej produkcji. Nie zdziwiło mnie więc tak duże zainteresowanie nowością libańskiej reżyserki zwłaszcza, że "Kafarnaum" bardzo dobrze przyjęła canneńska publiczność.

    (Źródło: warsaw.carpe-diem.events)

    Zaina śmiało można nazwać dzieckiem ulicy. Choć ma dach nad głową i oboje rodziców, żyje niemal jak bezdomny. Całe dnie spędza włócząc się po okolicznych slamsach, próbując sprzedawać różne produkty, pomagając w miejscowym sklepie i naciągając bogatych. Nie chodzi do szkoły. Mimo wszystko jest jednak bardzo bystry, zaradny, nadzwyczaj dojrzały jak na swój wiek. Ale i bardzo wulgarny, czasami też agresywny. Trudno się temu dziwić wiedząc, w jakim środowisku dorasta. Rodzice nie przejmują się swoim potomstwem. Ojciec prawie cały czas jest pijany, matka tylko wydaje kolejne polecenia. Gromadkę rodzeństwa Zaina, który jest jednym z najstarszych dzieci, codziennie zmusza się do pracy. Albo wypełniania domowych obowiązków, albo stricte zarobkowych zadań. Dzieciaki nie znają znaczenia słów takich jak: miłość, troskliwość, czułość, które powinny być dla nich czymś naturalnym.


    (Źródło: youtube.com)

    Wobec nowego obrazu Labaki trudno przejść obojętnie. Choć zarzuca się mu bycie tzw. poverty porn (filmem grającym na emocjach, epatującym biedą, by wzbudzić współczucie), nie sposób chyba uniknąć swoistego ukucia w klatce piersiowej, które ma zakomunikować widzowi: "Patrz, tak wygląda świat oczami opuszczonego dziecka". Dyskomfort ten jest tym większy za sprawą genialnego odtwórcy głównej roli - Zaina. Chłopiec (notabene po raz pierwszy występujący przed kamerą!) jest niesamowicie autentyczny. Bije od niego ogromna charyzma, zawadiacka natura i duża doza prawdziwości. Właściwie dzięki niemu (i świetnej postaci filmowego Zaina, bardzo dobrej koncepcji na tego bohatera) "Kafarnaum" oglądamy z wielka uwagą i sporym wzruszeniem.

    To jeden z tych filmów, o których myśli się dość długo po seansie. Libańska reżyserka stawia w nim kilka ważnych pytań. Z jednej strony zastanawia się nad możliwością  wprowadzenia ograniczeń co do liczby posiadanego potomstwa w rodzinach, które ewidentnie nie spełniają swojej roli, przez co można je uznać za patologiczne. Z drugiej eksponuje brutalność i bezwzględność libańskiego prawa wobec nielegalnych imigrantów i zupełną obojętność władzy o losy dzieci imigrantów. Rozważań jest jeszcze więcej! Labaki pokazuje dość restrykcyjne podejście do wypełniania zasad określonych grup etnicznych czy religijnych (np. wydawanie za mąż nastoletnich dziewcząt, które dopiero co zaczęły miesiączkować) oraz niesprawiedliwe działania organów sądowniczych, dla których około 12-letni Zain za dźgnięcie nożem dostaje wyrok 5-letniego więzienia, a jego rodziców nikt nie pociąga do odpowiedzialności za niedostateczną opiekę nad siedmiorgiem małoletnich dzieci! 



    (Źródła: kinomuranow.pl i fdb.pl)

    Mimo chęci pokazania brudnego wycinka swojego kraju
    (akcja filmu dzieje się w bejruckich slamsach), Labaki nie gra na emocjach za pomocą pewnych manipulacji. Nie boi się ukazania zwyczajnego życia, szarej rzeczywistości. Nie koloryzuje obrazów jak zrobiono to w obrazie o podobnej tematyce - "Slumdogu. Milionerze z ulicy". Reżyserka jest dość surowa w środkach, skupiona na detalach. I ludziach. Szczególnie mocno koncentruje się na problemie ubóstwa wśród dzieci, ich wykorzystywania (zarobkowego, seksualnego), a także nierespektowania praw kobiet czy imigrantów. Porusza niezwykle bieżące problemy, trawiące niemal cały współczesny świat i jest w tym działaniu dość wyważona. Niczego nie sugeruje, nie komentuje wprost. Zostawia widzowi przestrzeń na samodzielną ocenę tego, co właśnie zobaczył. A miejsce na własne przemyślenia zawsze jest sporą wartością.

    (Źródło: if-maroc.org)

    Continue Reading

    Powiedzieć, że ten film zrobił furorę, to jakby niczego nie powiedzieć. Premiera "Zimnej wojny" wywołała prawdziwy szał! Tak zagranicą, jak i w kraju. Wśród uznanych krytyków, ludzi ze "światka" filmowego, jak i zwyczajnych widzów. Od kilku tygodni wszyscy, niemal wszędzie, rozmawiają tylko o tym tytule. I nic dziwnego - jest rewelacyjny!


    (Źródło: kinopodbaranami.pl)

    Starszy On, utalentowany, stateczny, trochę skryty. I ewidentnie zauroczony jej urodą i temperamentem. Znacznie młodsza Ona: energiczna, głośna, lubiąca być w centrum uwagi. Również niosąca za sobą jakąś skazę, niezbyt chlubną przeszłość, do której nie chce wracać. W czasach powojennych, gdy chyba każdy boryka się ze swoją własną traumą, rodzi się między nimi uczucie. Raczej fascynacja czy pożądanie niż wielka, romantyczna miłość. Ale i tak będzie to wpływało na ich przyszłe życie. 

    (Źródło: youtube.com)

    Już w pierwszych minutach seansu widz może poczuć się zafascynowany. Przede wszystkim nietypowym kadrem, jak ze starego filmu. Całość jest bardzo retro: czarno-białe zdjęcia, fokus na detal, sporo zbliżeń na bohaterów - ich gesty, mimikę. A poza tym niesamowita muzyka! Dzięki temu czujemy klimat rasowego melodramatu, które w ostatnich czasach tak rzadko mamy okazję oglądać. Pawlikowski dokonał świetnego wyboru gatunku filmowego dla swojej  uniwersalnej historii nie tylko o miłości, ale i wolności. Melodramatyczna forma pozwala również uwypuklić ten poetycki nastrój, w którym osadzeni są bohaterowie - artyści.  Dzięki temu w każdym niemal ujęciu (genialne zdjęcia Łukasza Żala!) czujemy jakąś dawkę artyzmu. Ale takiego subtelnego, jakby niewymuszonego, nieprzerysowanego. 

    Mówiąc o "Zimnej wojnie" nie sposób nie podkreślić fantastycznej obsady! Joanna Kulig udowodniła, że naprawdę jest utalentowana. Jej Zula jest z krwi i kości, nie można wątpić w jej autentyczność. To samo zrobił Tomasz Kot, który od dłuższego czasu pojawia się w najważniejszych polskich produkcjach ("Bogowie", "Najlepszy", "Pokot"). Rewelacyjnie wypada w roli małomównego, nieco wycofanego Wiktora, który raczej biernie przygląda się własnemu życiu i prawdę mówiąc tylko dwukrotnie podejmuje męską decyzję. Jego zachowawczość, ten jakby stoicyzm mogą tylko sugerować nam, że niedawno zakończona wojny wywarła na nim ogromne piętno, którego szczegółów nie znamy. Inaczej sobie z nim radzi (lub nie radzi) niż temperamentna Zula nieprzebierająca w słowach. W wielu scenach wyraźnie widzimy jak są skrajnie różni, czym reżyser udowadnia jak różne podejścia do niełatwej komunistycznej rzeczywistości reprezentowało społeczeństwo polskie w czasach powojennych. Jak wiele odsłon miał tragizm ówczesnych ludzi. Tragizm, z którego Zachód nie zdawał sobie sprawy, dlatego też tak dobrze, tak emocjonalnie przyjął nowość Pawlikowskiego.

    Punktując mocne strony produkcji dostrzegam też pewne uchybienie. Jedynym mankamentem "Zimnej wojny" jest  więź łącząca bohaterów. Nie została odpowiednio rozbudowana na samym początku na tyle, byśmy uwierzyli, że to "coś", co tak mocno wpłynie na ich losy. Że jest to tak płomienne, głębokie uczucie, tak prawdziwe i szczere, by przetrwało lata próby oraz całe mnóstwo większych i mniejszych zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni tak długiego czasu. Szkoda, bo gdyby wątek ten dokładniej przedstawić w pierwszej części filmu, nowy obraz Pawlikowskiego byłby wręcz idealny. I bez tego jednak zdecydowanie wychodzi obronna ręką. Ba, wypada fantastycznie, więc koniecznie musicie go zobaczyć!



    (Źródła: wyborcza.pl, dzienniklodzki.pl i culture.pl)

    Continue Reading

    Kto jak kto, ale Ruben Östlund doskonale wie jak zszokować publiczność. Również tę wysublimowaną, bacznie śledzącą najnowsze odkrycia prezentowane na jednej z najważniejszych filmowych imprez - festiwalu w Cannes. Na seansie "The Square", nowego obrazu szwedzkiego reżysera zaśmiewali się tak widzowie, jak i festiwalowe jury. I chociaż canneńskie premiery spotykają się z różnym odbiorem nas, szaraczków, tym razem nie macie się czego obawiać - film jest wprost genialny!

    (Źródło: youtube.com)

    Christian, niebywale ułożony i kulturalny kurator szwedzkiego muzeum sztuki nowoczesnej zostaje okradziony w biały dzień na środku zatłoczonego placu w centrum Sztokholmu. Fakt, że zdarzenie ma miejsce tuż przed premierą ważnej instalacji tylko dodaje pikanterii. Na co dzień spokojny, bardzo uprzejmy i nadzwyczaj poprawny politycznie mężczyzna, znajdując się w nowej, tak nieoczekiwanej sytuacji, zrzuca kolejne maski i pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Takie, którego sam chyba w sobie nie znał.

    (Źródło: youtube.com)

    Seans "The Square" to prawdziwa uczta dla wszystkich kinomanów. Ta czarna komedia nie bez powodu zwyciężyła tegoroczny festiwal w Cannes. Jest mądra, szczerze zabawna, genialnie zagrania i rewelacyjna pod względem technicznym. Östlund naśmiewa się w niej ze sfery wyższej: ludzi wykształconych, robiących zawrotne kariery, dobrze zarabiających i żywo zainteresowanych sztuką. Takich, dla których sprawy przyziemne są czystą abstrakcją. Takich, którzy nieustannie żyją według z góry narzuconych zasad, którzy na wodzy trzymają swoje emocje. Ich zachowanie jest odzwierciedleniem haseł dotyczących poprawności politycznej, nawet takiej już skrajnej. Ani podniesiony głos, ani gest wyrażający jakąkolwiek złość, ani opinia, która może kogokolwiek urazić, nie są mile widziane. Prawie wszystkie spotkania i rozmowy noszą znamiona sztuczności przez to, że w dyskusji prym wiedzie pseudotolerancja i pseudowyrozumiałość. Jakby wyrażanie własnych myśli i szacunek do samego siebie były mniej istotne. Oczywiście wszystko w imię dobra ogółu. Perfekcyjnie widzimy to w osobie Christiana, który nie radzi sobie w relacjach z ludźmi, będąc idealnym przykładem ofiary dyktatury wszechobecnej poprawności politycznej. Nie jest w stanie uporządkować kontaktów z podwładnymi i przełożoną, nie umie uciąć niesatysfakcjonującej relacji damsko-męskiej, nie radzi sobie z nachodzącym go małoletnim chuliganem. 

    Ten wycinek rzeczywistości bliski głównemu bohaterowi reżyser zestawia z tym, co dzikie, zwierzęce, nieprzewidywalne i chamskie. W ten sposób dostajemy obraz, który zarazem śmieszy i przeraża, ponieważ w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że jest również odzwierciedleniem współczesnego świata. I chyba właśnie ta aktualność zjawiska oraz trafność spostrzeżeń dokonanych przez twórców filmu, daje "The Square" największą wartość i przewagę nad innymi obrazami. Mamy tu bowiem do czynienia z kinem wybitnym nie tylko w warstwie wizualnej (fantastyczne kadry, świetne kolory, genialna zabawa muzyką), ale i  błyskotliwym w swoim przesłaniu.

    I jeszcze słowo dla tych, którzy pokochali "Turystę": nowy obraz Östlunda jest zdecydowanie lepszy od poprzedniego! Dlatego tym bardziej nie możecie przegapić tej premiery!

    (Źródło: film.com.pl)

    Continue Reading

    Przyznam otwarcie, niektóre z canneńskich premier okazują się dla mnie sporym rozczarowaniem. Z tego też powodu trochę obawiałam się seansu brytyjskiej produkcji o walce z brutalnym systemem i bezdusznymi urzędnikami. Zupełnie niepotrzebnie, bo "Ja, Daniel Blake" to fantastyczna opowieść, która chwyta za serce i - mam nadzieję - przemienia chociaż trochę serce każdego widza.

    (Źródło: cambridgefilmfestival.org.uk)

    Tytułowy bohater jest sympatycznym starszym panem, który w wyników problemów zdrowotnych musiał przerwać pracę stolarza i udać się na zasiłek. Będąc przymusowo odsuniętym od zarobkowego zajęcia, które było przede wszystkim ogromną pasją, boleśnie zderza się z absurdami funkcjonowania systemu pomocy socjalnej. Z jednej strony lekarz medycyny pracy stwierdza niezdolność do powrotu do pracy, z drugiej bezduszna urzędniczka kategorycznie odmawia wypłaty zasiłku uporczywie nakazując aktywnego poszukiwania nowego zajęcia. W tej niejasnej sytuacji Daniel Blake (świetna rola Dave'a Johnsa) próbuje się odnaleźć, jednocześnie dostrzegając problemy osób trzecich - takich jak samotna matka Katie, do których wyciąga pomocną dłoń.

    (Źródło: youtube.com)

    Ken Loach zdecydowanie należy do tych reżyserów, których twórczość nie raz została doceniona przez wybitne filmowe grono. I choć jego poprzedni obraz ("Klub Jimmy'ego") nie trafił w mój gust, to najnowsze dzieło śmiało wpisuję na listę ulubionych. Jest w nim bowiem wszystko, czego potrzebuje widz, by opuścić kino ukontentowany. Rewelacyjny scenariusz, świetnego głównego bohatera, dobre aktorstwo i solidną dawkę emocji. 

    Losom Daniela przyglądamy się z zaciekawieniem. Mocno trzymamy kciuki za jego pojedynek z chorym, kulawym systemem. Kibicujemy również Katie, którą tak bardzo wspiera bohater. To jego zaangażowanie w pomoc udzielaną młodej, samotnej matce pokazuje, że wbrew przeciwnościom losu można pozostać człowiekiem i chcieć w innych dostrzegać ludzi. Daniel, mimo że sam zmaga się z licznymi absurdami, nie odpłaca innym znieczulicą. Jego dobre serce sprawia, że nie potrafi być obojętny wobec potrzebujących. I dobrze, bo jak się okazuje karma wraca!



    (Źródła: sbs.com.au i frontmagazine.com)

    Continue Reading

    Nic tak nie ogranicza człowieka jak uprzedzenia. Obejrzany dość dawno turecki film o ich narodowych poetach zapamiętałam jako dwugodzinną męczarnię. Kolejne podejście do obrazu "made in Turkey" wymagało ode mnie zerwania z tą niesprawiedliwą niechęcią. I bardzo się cieszę, że to mi się udało. Bowiem "Mustang" wyreżyserowany przez Deniz Gamze Ergüven  zasługuje na naszą uwagę. Nie bez powodu otrzymał nagrodę dla najlepszego filmu europejskiego na festiwalu w Cannes.


    (Źródło: filmfestivals.com)
    Turcja. Niewielka nadmorska miejscowość. Duży dom, a w nim babcia i wujek wychowujący pięć dziewcząt. Osierocone dziewczynki wzrastają w atmosferze powszechnych konwenansów i pruderii, a żelazne zasady moralne raz subtelniej, zwykle jednak agresywnie, wpajają im do głowy prawni opiekunowie. Tu nie ma miejsca na dziecięce żarty, młodzieńcze zabawy, pierwsze - wciąż niewinne - nastoletnie flirty. Każde spojrzenie musi być pokorne, każdy gest czysty, a myśl bezgrzeszna. Wszystko może łatwo zostać zinterpretowane jako seksualna aluzja, a w praworządnym, wiernym islamowi, tureckim społeczeństwie (zwłaszcza tym z małej wioski) nie przystoi zajmować się sferą erotyczną. Za takie zachowania srogo karze się każdego, nawet dziecko.


    (Źródło: youtube.com)
    W filmie Ergüven obserwujemy pięć sióstr: Sonay, Selma, Ece, Nur i Lale. Ich głęboka relacja widoczna jest już na pierwszy rzut oka. Możemy tylko przypuszczać, że ta więź została umocniona tragicznym wydarzeniem, jakim była utrata rodziców. Dziewczynki są bowiem dla siebie opiekunkami, powiernicami największych sekretów, towarzyszkami najbardziej szalonych wydarzeń. Bronią się nawzajem, gdy sąsiadka oskarża je o niemoralne zabawy z chłopcami i bezczelnie donosi o tym ich babci, która sprawiedliwość wymierza przemocą. Niemniej ich postawa względem obowiązkowej nauki przeróżnych prac domowych czy przymusowego ożenku jest odmienna. Jedne niechętnie akceptują rzeczywistość, inne otwarcie protestują. Najodważniejsza, najbardziej niepokorna, a tym samym najbardziej pragnącą wolności jest najmłodsza z sióstr. Lale całą sobą walczy o niezależność. Jej chęć prawdziwej sprawiedliwości, możliwości decydowania o swoim losie, odcięcia się od religijnej zaściankowości widać w oczach. Ta nieujarzmiona siła, nieposkromiona wola walki przenika przez ekran tak, że jako widz zaczynam odczuwać ją w sobie. I wszystkimi emocjami wspieram ją w tym dążeniu. 



    (Źródła: theguardian,com i arsindependent.pl)
    "Mustang" to opowieść o tym, jak ważna jest rodzina i jej wsparcie, a jednocześnie jak bardzo ci rzekomo najbliżsi mogą nas ograniczać. Opowieść o tym, jak potrzebujemy w naszym życiu swobody, przestrzeni, niezależności, a także motywacji do działania i nadziei na to, że poniesiony trud się opłaci. To również film mówiący o fałszywej wstydliwości i hipokryzji, które zatruwają wiele ortodoksyjnych wyznawców różnych religii uzurpujących sobie prawo do oceny moralnej życia innych osób.
    Warstwa techniczna niczemu nie ustępuje tej stricte storytellingowej. Główne role odgrywają tu wspaniałe zdjęcia i montaż, podbijając nasze emocje, zwiększając napięcie, potęgując dramatyzm. Co ciekawe, jakiś czas po seansie pojawiło się wrażenie, że w pewien sposób podejście Ergüven jest bliskie filmom tworzonym przez Xaviera Dolana. Może to za sprawą podobnego rysu głównych bohaterów, może kwestia równie dobrych zdjęć - trudno jednoznacznie powiedzieć.


    (Źródło: hollywoodreporter.com)
    Wybierając się do kina nie sądziłam, że "Mustang" tak bardzo poruszy mnie i tak mocno zapadnie w pamięci. Liczę, że ten pełnometrażowy debiut reżyserki naprawdę szeroko otworzy drzwi jej kariery i będzie zaledwie pierwszy z wielu fantastycznych produkcji, które zrobią spory raban w światowej kinematografii.

    Continue Reading

    Choć niełatwo przychodzi mi docenianie azjatyckich produkcji i zafascynowanie się kinem z tamtego kawałka świata, co jakiś czas podejmuję kolejne próby. Bo za bezsensowne uważam automatyczne skreślanie jakiegokolwiek wycinka X muzy. Każdego roku jestem więc na kilku seansach organizowanych w ramach Festiwalu Pięciu Smaków i niektóre produkcje oglądam z prawdziwą przyjemnością. Niestety przedpremierowy pokaz "Zabójczyni" należał do tych z gatunku "trudne".

    (Źródło: filmweb.pl)
    Akcja rozgrywa się w dawnych Chinach, mniej więcej w X wieku. Piękna, młoda kobieta wychowana przez mniszki na zabójczynię, po latach powraca w rodzinne strony. Tam ma do wykonania niełatwą misję - musi zgładzić swojego kuzyna, a zarazem dawnego ukochanego, który pełni funkcję lokalnego władcy. W ten sposób ma okazać lojalność wobec klasztoru, w którym wzrastała oraz zniweczyć drzemiącą w niej samej empatię.

    Fabuła brzmi całkiem intrygująco. Jeśli dodamy do tego przepiękne zdjęcia i klimatyczne dźwięki, to możemy oczekiwać artystycznej produkcji. I owszem - "Zabójczyni" z pewnością należy do filmów nietuzinkowych, wręcz niszowych.

    (Źródło: youtube.com)
    Obraz został doceniony na festiwalu w Cannes, otrzymując statuetkę za najlepszą reżyserię. Wcześniejszych dzieł Hsiao-hsiena Houa nie widziałam, więc nie odniosę się tego wyróżnienia. Niemniej dla mnie - jako ogromnej miłośniczki kina - fakt, że tak ważną nagrodę przyznano produkcji, która poza dobrymi kadrami, pięknymi kostiumami oraz precyzyjną scenografią nie oferuje żadnego przeżycia, nie niesie za sobą żadnych emocji, był co najmniej niezrozumiały.

    "Zabójczyni" zapewne wpisuje się w gust tak fanów kina azjatyckiego, jak i kinomaniaków ceniących nurt tzw. slow cinema. I zakładam, że oni będą tymi, którzy jako jedyni opuszczą salę kinową z satysfakcją, bo dla mnie seans ten był niestety przerostem formy nad treścią.


    (Źródła: exsite.pl i kinoteka.pl)

    Continue Reading

    O "Love" było głośno od samego początku. O filmie mówiło się o jeszcze zanim powstał. A od chwili premierowego pokazu w Cannes temat najnowszej produkcji Gaspara Noe (znanego m.in. z głośnych, kontrowersyjnych obrazów jak "Nieodwracalne" czy "Wkraczając w pustkę") co jakiś czas powracał, za każdym razem budząc więcej emocji. Wszystko z powodu tematyki filmu, którą jest miłość - ta cielesna.

    (Źródło: fdb.pl)

    Główny bohater, dwudziestokilkuletni Murthy, ma dziewczynę i dziecko. Niespecjalnie jest zadowolony z miejsca, w którym aktualnie znajduje się jego życie, co dość wyraźnie podkreśla swoją narzekającą postawą. Ale samopoczucie bohatera dość szybko zmienia się pod wpływem niespodziewanego telefonu od matki byłej dziewczyny. Zmienia, choć nie do końca wiadomo, czy na lepsze. Miejsce marudzenia na rzeczywistość zastępuje bowiem nostalgia za ukochaną Electrą i tym, co łączyło go z nią. Nostalgia zmierzająca do depresji.

    (Źródło: youtube.com)

    W filmie nie brakuje jasnych punktów. Niewątpliwie duży plus stanowi elektryzująca muzyka. Z jednej strony pobudza nas, fascynuje i intryguje, wciągając w aurę namiętności permanentnie unoszącą się nad głównymi bohaterami, z drugiej zaś wzbudza melancholię w rezultacie skłaniając do refleksji nad kondycją współczesnych związków. I za to twórcom należą się pokłony.

    Nowy obraz Gaspara Noe zaskakuje czymś jeszcze. To nie jest - jak mówi/pisze wielu - film pornograficzny. Owszem, scen seksu w nim nie brakuje. Mamy na ekranie pokazane prawie wszystko. Ale sednem tej historii jest relacja. Więź łącząca bohaterów. A raczej brak tej więzi. Murthy'ego i Electrę scala wyłącznie seks. Zrywając z cielesnością, nie mają ze sobą niczego wspólnego. Ich znajomość opiera się na licznych, urozmaiconych stosunkach seksualnych i tylko na nich skupia. Prowadzi to do obsesji głównego bohatera, który staje się zaborczy i zazdrosny o swoją dziewczynę. 


    (Źródła: letempsdetruitto.net i csw.torun.pl)

    Doceniam nawet takie drobnostki jak perfekcyjnie wypracowane kadry, rewelacyjnie dobrana (i spójna!) kolorystyka czy zastosowanie symbolicznych imion bohaterów. Choć reżyser przyznał, że przypisywał swoim postaciom imiona czy ksywki najbliższych (i w sam film zaangażował znajomych, by - jak określił - "stworzyć na planie rodzinną atmosferę"), wciąż dopatruję się w tym działaniu większej głębi. Bo choćby Murthy (patrz: prawo Murthy'ego) w rzeczywistości dąży do nieustannej katastrofy, a Electra jest postacią iście magnetyczną, wręcz hipnotyzującą.
    Bardzo podobały mi się sceny nawiązujące do "Ostatniego tanga w Paryżu", które to przed ponad 40 laty zaszokowało miłośników kina.


    Niestety "Love" ma też minusy. Największymi z nich są mocno kulejące dialogi i słabe kreacje aktorskie. Podziwiam odwagę młodych ludzi grających pierwszoplanowe role, ale przez cały film boleśnie słychać, że należą oni do naturszczyków. W wielu scenach z wielką sztucznością wypowiadają swoje kwestie, które same w sobie nie są udane, bo pisano je chyba z doskoku. Brzmią prostacko i przewidywalnie. 

    (Źródło: indiewire.com)

    Niełatwo o rzetelne podsumowanie. Przedpremierowy seans wspominam dobrze, ale ponownie nie obejrzałabym "Love". Przy realizacji tego filmu reżyser podjął się sporego wyzwania. Nie dość, że na warsztat wziął trudny temat, to jeszcze starał się pokazać go w sposób najbardziej dosłowny i co więcej, zaangażował do projektu amatorów. Eksperyment ten można uznać za udany, choć wielkiego sukcesu nie widać. Niech dowodem tego raczej udanego doświadczenia będzie fakt, że chyba każdy opuszczał salę kinową z głową pełną refleksji dotyczących m.in. tego, czym jest prawdziwa miłość, gdzie zaczyna się mania/obsesja, na ile seks jest dopełnieniem, a na ile istotą miłości oraz czy - i ewentualnie gdzie oraz jakie - powinny być granice wolności w związku.

    (Źródło: blogs.indiewire.com)

    Continue Reading

    Życie pełen jest dylematów. Nieustannie musimy podejmować decyzje. Jedne są błahe, mało znaczące. Inne mają olbrzymi wpływ na dalsze koleje naszego istnienia. Mogą je diametralnie zmienić. I to niekoniecznie na lepsze. Przed jednym z większych i trudniejszych wyborów staje Angélique. Pójdzie za głosem tłumu czy pokieruje się tym, co dyktuje jej serce?

    (Źródło: en.unifrance.org)
    Główną bohaterką dramatu jest podstarzała tancerka klubu nocnego - Angélique. Mimo swoich lat wciąż czerpie radość z tego, co robi. Zalotnie spogląda na różnych mężczyzn, zagaduje ich, flirtuje. W takich okolicznościach spotyka Michela. Przypadkowo poznany mężczyzna staje się dla niej kimś ważnym. Sporadyczne spotkania w klubie zmieniają się w schadzki poza jego murami. Bohaterowie regularnie randkują, by z czasem ich znajomość przybrała naprawdę poważnych kształtów - Michel oświadcza się Angélique.

    Kobieta nigdy nie była podatna na wpływy. Nie podporządkowywała się temu, czego oczekuje społeczeństwo. Żyła według własnych zasad, po swojemu. Nawet jeśli najbliżsi się temu sprzeciwiali. I choć ma świadomość pewnych błędów, jest zadowolona z miejsca, w którym się znalazła. Czy zechce więc - dla nowego mężczyzny - zrezygnować z cząstki siebie i spróbować odnaleźć się w innej, tak odmiennej, roli?



    (Źródła: avoir-alire.com, en,unifrance.org i lemonde.fr)
    Wewnętrzne rozdarcie bohaterki podkreślano głównie wizualnie. Odważne wprowadzanie silnych kolorów (kadry krwistoczerwone albo chłodne, niebieskie) w połączeniu z zabawą światłem tylko wzmacniają emocje odczuwane w danej chwili przez Angélique. Na jej twarzy widać radość, zachwyt, ale i przygnębienie, rozczarowanie, zagubienie. 

    Tym, co najbardziej zachwyca w "Party girl" jest wyrazisty rys głównej postaci. Bohaterkę wyróżnia niesamowita barwność. Z tego powodu jest wyjątkowa, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę jej niemłody już wiek. Dojrzała kobieta żyjąca według zasady "Carpe diem!" to dość ciekawa i nieczęsto spotykana postać. Jej fryzura, strój, makijaż, a także sposób mówienia, gestykulacji czy język, jakim operuje, jednoznacznie pokazują jaka jest. A jest odważna, pewna siebie, niecierpliwa, szalona. Bywa nieustępliwa, zaborcza, szorstka, ale w głębi duszy kryje się wrażliwa i czuła Angélique. Świadoma swoich zalet i wad, zdająca sobie sprawę z własnych błędów i marząca o tym, by więcej ich nie popełniać. To właśnie to poczucie najbardziej jej ciąży, najsilniej ją obarcza, prześladuje. Bohaterka wie, że to, co postanowi zrobić z uczuciem Michela i do Michela, będzie miało ogromny wpływ na wygląd jej przyszłości. Będzie może nie nieodwracalne, ale i tak niezwykle istotne tak dla niej, dla niego, jak i ich rodzin, przyjaciół. 

    (Źródło: youtube.com)
    "Party girl" to debiutancka produkcja, która podbiła serca jury canneńskiego festiwalu filmowego, otrzymując w 2014 roku Złotą Kamerę. Czy zdobyła i moje? Poniekąd. 
    Trudny wybór, przed którym stoi bohaterka wznieca powagę sytuacji, pewną nieodwracalność jej decyzji i tym samym angażuje nas w jej losy. W ten sposób z napięciem obserwujemy życie Angélique. Reżyserowi udało się osiągnąć całkiem solidny poziom dramatyzmu, który przejawia się niemal w każdej scenie. Najsilniej wybrzmiewa to w scenie wesela. Przemowy, które wygłaszają dzieci bohaterki, wzruszają widzów. I to tak naprawdę! Najbardziej trafiła do mnie kwestia najmłodszej córki. To, co mówi Cynthia jest głębokie, szczere, mądre. To słowa, po których ja - rzekomo nieczuła - miałam łzy w oczach. Dosłownie!

    "Party girl" jest zdecydowanie obrazem, który powinniście zobaczyć tej wiosny. Nie będzie przepełniony sztuczną słodyczą i błogą radością, ale za to będzie prawdziwy. A o to w kinie chodzi - żeby było blisko życia, blisko nas samych.


    (Źródła: filmdivider.com i avoir-alire.com)

    Continue Reading

    Po palestyński dramat sięgnęłam z zainteresowaniem. Nagroda Specjalna Jury w sekcji Un Certain Regard na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes oraz nominacja do Oskara w kategorii "Najlepszy Film Nieanglojęzyczny" działają na wyobraźnię chyba każdego miłośnika kina. Tym bardziej, że film miał dotyczyć przede wszystkim uniwersalnych problemów wielu współczesnych narodów zmagających się z wojenną codziennością. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że "Omar" niezwykle mocno chwyta za serce i głęboko zapada w pamięć.

    (Źródło: bocamag.com)

    Tytułowy bohater jest palestyńskim piekarzem. Wychował się na jednym osiedlu ze swoimi przyjaciółmi - Tarekiem i Amjadem. Z czasem jednak chłopców rozdzielił wysoki mur. Mimo wszystko Omar codziennie przekracza tę betonową granicę, narażając własne życie. Ciągnie go do kolegów, ale także do ukochanej Nadii, młodszej siostry Tareka, z którą planuje wkrótce wziąć ślub. 
    Działa również w lokalnej bojówce. Uczy się strzelania, walki wręcz. Kolejne akcje dywersyjne wymierzone w izraelskie siły kierują jego losy w złą stronę. Omar zostaje schwytany i osadzony w więzieniu. Po okrutnych torturach zostaje mu przedstawiona propozycja nie do odrzucenia. Chłopak staje przed trudnym wyborem: honor czy miłość i przyjaźń?
    (Źródło: youtube.com)
    Już po pierwszych minutach seansu widziałam jedno - to kawał bardzo dobrego kina! Na taką opinię złożyło się co najmniej kilka solidnych, dopracowanych elementów. W tej układance mamy bowiem: wymowne zdjęcia, świetne kreacje aktorskie, genialną fabułę oraz reżyserski kunszt na najwyższym poziomie. 

    Po pierwsze Hany Abu Assad podejmuje wciąż aktualny temat - konflikt arabsko-izrealski. Owszem, jest on mu bliski z racji pochodzenia (reżyser jest Palestyńczykiem), ale tą decyzją pokazuje, że nie odcina się od swoich korzeni i nie porzuca produkcji o narodowych problemach na rzecz tych na wskroś hollywoodzkich (lekkich, miłych i przyjemnych).

    (Źródło: filmlinc.com)

    Poza tym sedno historii stanowi jednak los człowieka. Jego dylematy, pragnienia, lęki. Wszystko to, z czym każdy z nas zmaga się we własnym życiu, a co na tle wojny nabiera swoistego dramatyzmu. Cała fabuła "Omara" została osnuta wokół uniwersalnych kwestii - miłości, przyjaźni, zdrady, honoru, patriotyzmu, zaufania. Świadomość, że główny bohater z jednej strony stawia czoła politycznym wrogom, z drugiej zaś nieustannie pokonuje kolejne życiowe przeciwności (tak niespodziewane, i tak bolesne) sprawia, że poziom jego tragizmu w pewnym momencie sięga zenitu. Wtedy pojawiają się łzy. I to nie tylko na jego twarzy, ale także na naszej. Spływają nieśmiało po policzku. A to jeszcze nie koniec "przygód"...

    (Źródło: denverpost.com)

    "Omar" to rewelacyjna kompilacja gatunków filmowych. Łączy w sobie to, co najlepsze w klasycznym romansie, dramacie społecznym, kinie akcji i politycznym thrillerze. Za pomocą subtelnego obrazu widzimy zarówno ogromną brutalność, jak i niesamowitą namiętność, które pokazano bez scen dosłownej przemocy czy pocałunku/seksu. Ta zachowawczość formy zwiększa poziom naszych emocji, zaangażowania w toczącą się akcję. Sprawia, że jeszcze bardziej kibicujemy Omarowi. 

    (Źródło: hollywoodreporter.com)

    Największą zaletą filmu jest zaprezentowanie profilu współczesnego bohatera tragicznego oraz podjęcie zagadnień aksjologicznych, przed którymi staje tytułowy Omar. Kolejne wydarzenia z jego życia skłaniają nas do refleksji, która trwa nawet po seansie. 

    Jeśli można cokolwiek zarzucić najnowszej produkcji Hany Abu Assada, to jest to z pewnością brak bezstronności. Reżyser nie podszedł do problemu obiektywnie. Nie stara się znaleźć "złotego środa" w pokazaniu skomplikowanych relacji palestyńsko-izraelskich. Ale trudno mu się dziwić, skoro film ten jest opowieścią o jego narodzie.
    Nawet jeśli w niektórych scenach zbyt pochlebnie przedstawia palestyńskich bojowników, a za brutalnie prezentuje sylwetki Izraelczyków, to "Omar" jest tym tytułem, który musicie zobaczyć!

    (Źródło: electronicintifada.net)

    Continue Reading

    Niemałą niespodzianką, zorganizowaną w ramach II Ogólnopolskiego Spotkania Blogerów Filmowych, był pokaz filmu "Klub Jimmy'ego". Nie dość, że seans odbył się znacznie przed premierą (w PL planowana na 17.10), to jeszcze blogerskie środowisko było w kraju drugą publicznością mogącą zapoznać się z najnowszym dziełem Kena Loacha (wcześniej zobaczyli je tylko widzowie festiwalu "Dwa Brzegi"). 

    Samo wprowadzenie zaintrygowało mnie. I dało nadzieję na wielkie widowisko. Oczekiwania były więc naprawdę duże. Okazuje się bowiem, że film otrzymał ogromne owacje na festiwalu w Cannes! 

    (Źródło: zimbio.com)
    Pierwsze minuty seansu tylko podnosiły poprzeczkę. Wspaniałe krajobrazy, świetne stroje, niezwykły klimat XX-wiecznej wsi, która z jednej strony jest harmonijna, z drugiej zaś wymaga ciężkiej pracy i zahartowania na liczne niedogodności. A do tego muzyka! Skoczna, radosna, przepełniona sielskością. Niestety, okazało się, że te wyżej wspomniane elementy nie są w stanie utrzymać napięcia. Że w ostatnim rozrachunku film traci kilka punktów. Za co? Przede wszystkim za scenariusz.

    (Źródło: youtube.com)
    Bo historia Jimmy'ego, dojrzałego mężczyzny, który na początku lat 30. XX wieku wraca z Nowego Jorku do rodzinnej, irlandzkiej wsi, mogłaby być bardziej energiczna czy wręcz przekonująca. Sam główny bohater ma ciekawy rys. W młodości - niepokorny, ambitny, pracowity. Dużo czyta, stara się edukować i jednoczyć sąsiadów, a także uatrakcyjniać im czas. Tworzy klub, który zyskuje przychylność zwykłych ludzi, ale nie podoba się klerowi oraz probrytyjskim Irlandczykom (lata 20. i 30. ubiegłego wieku były czasem brytyjsko-irlandzkich przepychanek dotyczących kwestii niepodległości Irlandii Północnej). 

    Początkowo Jimmy dzielnie stawia czoła kolejnym przeszkodom, z czasem jednak zostaje zmuszony do opuszczenia ojczyzny. W kraju pozostawia matkę oraz ukochaną - Oonagh. Kiedy wraca w rodzinne strony, po dekadzie spędzonej na obczyźnie, jest witany jak brat, przyjaciel. Obiecuje prowadzić ciche i spokojne życie. Rezygnuje z działań społecznych, a także z miłości (w międzyczasie dziewczyna wyszła za innego). Staje się wycofany, wręcz stłumiony. 
    Nawet zachęcany przez przedstawicieli nowego pokolenia, nie deklaruje zainteresowania wznowieniem klubu. Dopiero z czasem podejmuje odważną decyzję.

    (Źródło: dwabrzegi.pl)
    Mimo ponownego zaangażowania w prace dla społeczności lokalnej, nie jest liderem. Niemal w każdej drażliwej sytuacji potrzebuje porady innych. Wciąż jest małomówny, zachowawczy. Brakuje mu pewnej ikry, charyzmy, determinacji. 
    Także w relacji z dawną ukochaną nie przedstawia zdecydowania. Spędza z Oonagh kilka romantycznych chwil (sceny są przepełnione klimatem sekretnej schadzki, namiętności i długoletniej samotności), ale nie stara się na nowo zdobyć jej serca, wyrwać z - jak możemy przypuszczać - dość poprawnego, ale absolutnie nie przepełnionego miłością związku.

    (Źródło: dwabrzegi.pl)
    Z tego względu postać Jimmy'ego nie przekonuje. Podczas seansu wciąż zastanawiałam się, jak to możliwe, by tak zamknięty i stonowany człowiek mógł być przywódcą grupy rewolucjonistów. Dodajmy jeszcze, że jednym z kluczowych wątków jest starcie członków "Klubu Jimmy'ego" z Kościołem Katolickim, którego przedstawiciel - ksiądz Sheridan (świetna kreacja!) toczy liczne pojedynki (nie tylko słowne) z głównym bohaterem.

    (Źródło: filmweb.pl)
    W ogólnym rozrachunku "Klub Jimmy'ego" ogląda się dość dobrze. Muzyka, zdjęcia, scenografia są bez zarzutu. Zwłaszcza warstwa wizualna bardzo mi się podobała (obraz utrzymany w chłodnych barwach potęguje przeświadczenie o uciążliwości życia na wsi z przełomu lat 20. i 30.). Jednak tytułowy bohater, będący liderem bez werwy i odwagi, umniejsza widowisko. Jeśli chodzi o Filmwebową skalę, daję 6/10. 

    (Źródło: filmweb.pl)

    *Film obejrzany dzięki uprzejmości dystrybutora Best Film oraz Kina Pod Baranami.
    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      3 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top