facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Lars von Trier słynie z tworzenia kina specyficznego. Mocno specyficznego. Jego filmu są szokujące, nietypowe, obrazoburcze. Podobnie jest z "Domem, który zbudował Jack". Fani reżysera nie będą więc chyba zawiedzeni.


    (Źródło: youtube.com)

    Przyznaję bez bicie, z Larsem mi nie po drodze. Seans "Przełamując fale" przerwałam jakoś na początku, "Nimfomanka" mnie bardzo rozczarowała, więc po nic innego nie sięgałam. Ale chciałam dać szansę temu duńskiemu twórcy, którego rzesza kinomaniaków kocha. 

    "Dom, który zbudował Jack" to mieszanka gatunkowa. Trochę dramat, trochę thriller z elementami czarnego humoru. W retrospekcyjnych ujęciach poznajemy psychikę małego Jacka, który już wtedy miał skłonności sadystyczne. Z biegiem czasu ewoluował on, wraz z totalnym brakiem empatii, i przerodził się z coś większego, odkrywając w bohaterze przeogromną naturę mordercy. Jack zabija głównie kobiety, które podświadomie uznaje ze głupsze i bardziej naiwne. Łapie ofiarę, po czym dość długo bawi się nią, by na końcu zabić. Ale na zabójstwie nie kończy się jego dzieło. Każde ciało przewozi do chłodni, w której dokonuje przeróżnych eksperymentów. Robi rzeczy tak dziwaczne, że czasem śmieszą one widza, częściej jednak przerażają.

    (Źródło: youtube.com)

    Film podzielono na sekwencje, dzięki którym poznajemy postać Jacka. I o ile dwie pierwsze części bardzo mi się podobały, bo wypełniał je w dużej mierze czarny humor, to im dalej rozwijała się akcja, tym częściej miałam ochotę przerwać seans. Wraz z rozwojem fabuły Jack staje się bowiem coraz bardziej okrutny. Czerpie większą przyjemność z coraz paskudniejszych morderstw. Z tego, że przysparza ofierze nie tylko bólu, ale i strachu. Jako że nie jestem miłośniczką horrorów, przeżywa brutalne sceny w filmach, to ledwo dotrwałam do napisów końcowych. Po obejrzeniu 5 historii z życia głównego bohatera, część z epilogiem uważam za zbyt długą i pogmatwaną. 

    "Dom, który zbudował Jack" pełen jest różnych nawiązań i ukrytych znaczeń. Jack w czerwonym szlafroku przywodzi na myśl wilka, który zjadł babcię i Czerwonego Kapturka, za którego się przebrał, by oszukać myśliwego. Wiele, naprawdę wiele z tych kodów, nie zostało przeze mnie jeszcze rozszyfrowanych. Sądzę, że większość z nich nigdy nie znajdzie wyjaśnienia, bo też taki jest von Trier - pozwala widzowi mieć swoją wersję, swoją interpretację produkcji.

    Myślę, że ci, którzy cenią twórczość duńskiego reżysera, będą dobrze się bawić. Tym, którzy do tej pory byli sceptyczni radzę na spokojnie przeanalizować, czy na pewno chcą zrobić podejście do dzieła von Triera. Zapewniam, że aktorsko jest bardzo dobry, ale i brutalny, pełny artystycznego zadęcia i pychy, jak również obrazoburczy. Bo jak inaczej nazwać obraz, w którym reżyser ikonami nazywa Stalina i Hitlera? Widząc taką scenę wiemy już, czego można się spodziewać po filmie. Wszystkiego!



    (Źródła: fdb.pl, rmf.fm i filmweb.pl)
    Continue Reading

    Kto jak kto, ale Ruben Östlund doskonale wie jak zszokować publiczność. Również tę wysublimowaną, bacznie śledzącą najnowsze odkrycia prezentowane na jednej z najważniejszych filmowych imprez - festiwalu w Cannes. Na seansie "The Square", nowego obrazu szwedzkiego reżysera zaśmiewali się tak widzowie, jak i festiwalowe jury. I chociaż canneńskie premiery spotykają się z różnym odbiorem nas, szaraczków, tym razem nie macie się czego obawiać - film jest wprost genialny!

    (Źródło: youtube.com)

    Christian, niebywale ułożony i kulturalny kurator szwedzkiego muzeum sztuki nowoczesnej zostaje okradziony w biały dzień na środku zatłoczonego placu w centrum Sztokholmu. Fakt, że zdarzenie ma miejsce tuż przed premierą ważnej instalacji tylko dodaje pikanterii. Na co dzień spokojny, bardzo uprzejmy i nadzwyczaj poprawny politycznie mężczyzna, znajdując się w nowej, tak nieoczekiwanej sytuacji, zrzuca kolejne maski i pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Takie, którego sam chyba w sobie nie znał.

    (Źródło: youtube.com)

    Seans "The Square" to prawdziwa uczta dla wszystkich kinomanów. Ta czarna komedia nie bez powodu zwyciężyła tegoroczny festiwal w Cannes. Jest mądra, szczerze zabawna, genialnie zagrania i rewelacyjna pod względem technicznym. Östlund naśmiewa się w niej ze sfery wyższej: ludzi wykształconych, robiących zawrotne kariery, dobrze zarabiających i żywo zainteresowanych sztuką. Takich, dla których sprawy przyziemne są czystą abstrakcją. Takich, którzy nieustannie żyją według z góry narzuconych zasad, którzy na wodzy trzymają swoje emocje. Ich zachowanie jest odzwierciedleniem haseł dotyczących poprawności politycznej, nawet takiej już skrajnej. Ani podniesiony głos, ani gest wyrażający jakąkolwiek złość, ani opinia, która może kogokolwiek urazić, nie są mile widziane. Prawie wszystkie spotkania i rozmowy noszą znamiona sztuczności przez to, że w dyskusji prym wiedzie pseudotolerancja i pseudowyrozumiałość. Jakby wyrażanie własnych myśli i szacunek do samego siebie były mniej istotne. Oczywiście wszystko w imię dobra ogółu. Perfekcyjnie widzimy to w osobie Christiana, który nie radzi sobie w relacjach z ludźmi, będąc idealnym przykładem ofiary dyktatury wszechobecnej poprawności politycznej. Nie jest w stanie uporządkować kontaktów z podwładnymi i przełożoną, nie umie uciąć niesatysfakcjonującej relacji damsko-męskiej, nie radzi sobie z nachodzącym go małoletnim chuliganem. 

    Ten wycinek rzeczywistości bliski głównemu bohaterowi reżyser zestawia z tym, co dzikie, zwierzęce, nieprzewidywalne i chamskie. W ten sposób dostajemy obraz, który zarazem śmieszy i przeraża, ponieważ w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że jest również odzwierciedleniem współczesnego świata. I chyba właśnie ta aktualność zjawiska oraz trafność spostrzeżeń dokonanych przez twórców filmu, daje "The Square" największą wartość i przewagę nad innymi obrazami. Mamy tu bowiem do czynienia z kinem wybitnym nie tylko w warstwie wizualnej (fantastyczne kadry, świetne kolory, genialna zabawa muzyką), ale i  błyskotliwym w swoim przesłaniu.

    I jeszcze słowo dla tych, którzy pokochali "Turystę": nowy obraz Östlunda jest zdecydowanie lepszy od poprzedniego! Dlatego tym bardziej nie możecie przegapić tej premiery!

    (Źródło: film.com.pl)

    Continue Reading

    Sklasyfikowanie "Głośniej od bomb" nie jest łatwe. Choć pod względem fabularnym mamy do czynienia z dramatem nacechowanym dość mocno psychologicznym klimatem, to warstwa wizualna nosi pewne znamiona artyzmu. Nieco chaotyczne, lekko surrealistyczne wstawki nadają obrazowi Joachima Triera charakteru niszowości, który tylko uszlachetnia produkcję mówiącą głównie o relacjach rodzinnych w tak trudnym, a jednocześnie oczyszczającym momencie jakim jest okres żałoby. 

    (Źródło: aceshowbiz.com)
    Niewielka salka z przygaszonym światłem. Na ekranie monitora krótki film o Isabelle, znanej fotografce wojennej, a przy stole kilka osób wpatrujących się w ekran. Jak się okazuje to przedstawiciele agencji organizującej pożegnalną wystawę prac owej reporterki. Wśród pracowników znajduje się również Gene, mąż kobiety. Jest nieco wzruszony dopiero co obejrzanym materiałem wideo o tragicznie zmarłej ukochanej, ale stara się zachować zimną krew.

    To swoiste podsumowanie życia bohaterki jest wstępem do rozważań nad jej funkcjonowaniem w rodzinie oraz prowadzoną działalnością zawodową, która jest czymś więcej niż tylko pracą. To krótkie wideo biograficzne stanowi punkt wyjścia do głębszego spojrzenia na jej relacje z najbliższymi, ale i na więzi łączące męża oraz synów już po jej odejściu z tego świata.

    (Źródło: youtube.com)

    Fabuła "Głośniej od bomb" jest niejako dwutorowa. Jedna prowadzi nas przez życie Gene'a i dwóch synów głównej bohaterki (Johana i Conrada), druga stanowi swoisty portret reporterki. Ta pierwsza prezentuje sylwetki trzech mężczyzn w tle zajawiając ich rzeczywistość, typową codzienność. Po części obserwujemy ich samym (charakter, temperament, zwyczajne troski), po części zaś w relacjach z innymi. I każdy - choć panowie są zdecydowanie w innych momentach swojego życia (Gene po stracie żony powraca do randkowania, Johan - starszy z synów, jest młodym mężem i ojcem, zaś młodszy mocno przeżywa trudny czas dorastania) - borykają się z przeróżnymi problemami w kontaktach z kobietami. Brakuje im kobiecej rady, bo sami nie potrafią rozmawiać ze sobą o "tych sprawach".
    Każdy na swój sposób radzi sobie z codziennością, ale głównie ze startą jednej z najbliższych osób: żony/matki. Bo obraz Triera to w dużej mierze stadium przeżywania żałoby. Mężczyźni - każdy inaczej - przeżywa ten trudny czas. Jeden próbuje się zdystansować do wypadku sprzed 3 lat, inny idzie w stronę melancholii i stopniowego powrotu do normalnego życia, jeszcze inny wyraża żałobę złością i gniewem.

    Tak najbardziej w "Głośniej od bomb" podobały mi się jednak sceny prezentujące dorobek reporterski głównej bohaterki w połączeniu z jej komentarzem dotyczącym pracy zawodowej. Bo bycie korespondentem wojennym to nie jest zwyczajne zadanie. To wielka misja. Ważna i odpowiedzialna. A wagę tej misji poznajemy w dwóch scenach: podczas wywiadu telewizyjnego z Isabelle, która rozważa czym jest bycie fotoreporterem w strefach konfliktu oraz w czasie rozmowy męża bohaterki z jej wieloletnim przyjacielem i towarzyszem licznych wypraw na Bliski Wschód. W tych momentach dociera do nas, że niektóre zawody znaczą więcej niż inne, a wykonujący je ludzie każdego dnia żyją w rozdarciu między własnym szczęściem a realizacją misji polegającej na pokazywaniu opinii publicznej trudnej rzeczywistości społeczeństw z krajów objętych wojną.



    (Źródło: ars.pl i kulturalniepogodzinach.pl)
    Pod względem technicznym "Głośniej od bomb" nie jest typowym filmem fabularnym skoncentrowanym wokół tematyki rodzinnej. Reżyser trochę bawi się w nim formą. Pokazuje część zdarzeń z różnych punktów widzenia stosując perspektywę innych bohaterów, śmiało wprowadza elementy nieco absurdalne, a swoim bohaterom (zwłaszcza postaci Conrada) nadaje jakieś znamię niecodzienności. Ta "dziwność" ma jednak swoje przyczyny. Szczególnie zaś w odniesieniu do młodszego z synów. Jest bowiem sposobem radzenia sobie ze stratą, i to taką największego kalibru - utratą jednej z najbliższych osób. 

    Wybierając się więc na "Głośniej od bomb" śmiało możemy oczekiwać kina wysokich lotów, które cechuje dobra historia świetnie zagrana (chapeau bas dla Isabelle Huppert!) poprowadzona w przemyślanych, ale i nieco nietypowy sposób. Nikt nie powinien być zawiedziony.

    (Źródło: filmweb.pl)

    Continue Reading

    Rok 2015 nie będzie dla Susanne Bier rokiem straconym. Ani złym. Nawet po premierze niezbyt udanej "Sereny" reżyserka może być pewna, że zostanie dobrze zapamiętana. Ba, nawet bardzo dobrze! Dlaczego? Ponieważ stworzyła film mądry, intrygujący, trzymający w napięciu i nieco nieprzewidywalny. Mowa o duńskim dramacie pt. "Druga szansa", który polską premierę będzie miał pod koniec lutego.


    (Źródło: nordiskfilm.dk)

    Życie Andreasa (Nikolaj Coster-Waldau) wygląda na idealne. Pracuje jako policjant, pełniąc służbę u boku przyjaciela Simona. Ma wielki dom z ogrodem, piękną i kochającą żonę Anne (Maria Bonnevie) oraz nowo narodzonego synka Alexandra. Wydawałoby się - błogostan. Tym bardziej, że jego życie mocno kontrastuje z rzeczywistością Tristana (Nikolaj Lie Kaas) - przestępcy, na którego po raz kolejny trafia podczas rutynowej interwencji. Tristan żyje w barłogu, w niewielkim, mocno zniszczonym mieszkanku wraz ze swoją konkubiną Sanne (May Andersen) i ich synkiem Sofusem. Rodzina nie ma dla niego żadnej wartości: bije swoją kobietę, znęca się psychicznie nad dzieckiem, zażywa narkotyki i wciąż łamie prawo.


    (Źródło: youtube.com)
    Obraz zamkniętego w szafie dziecka - głodnego, brudnego, płaczącego, bardzo silnie zapada Andreasowi w pamięć. Zwłaszcza, że niemowlak jest mniej więcej w wieku jego syna. Bohater robi wszystko, żeby pomóc dziecku. Próbuje wyciągnąć rękę także do jego matki. Bezskutecznie. Niedługo potem okazuje się, że - stojąc w obliczu wielkiej, rodzinnej tragedii - Andreasa cechuje nie tylko empatia... I podejmuje odważne decyzje. Pytanie tylko, czy słuszne.

    (Źródło: youtube.com)

    W "Drugiej szansie" Bier dotyka kilku trudnych tematów. Nie boi się zagłębienia w problemy rodzinne, mówienia o poporodowych przeżyciach kobiet oraz męskiej wrażliwości. To ostatnie zagadnienie szczególnie mnie urzekło. Bowiem w postaci Andreasa widać niezwykłą czułość i zaangażowanie w życie rodzinne. On chce być prawdziwym ojcem! W każdej sytuacji stara się sprostać temu zadaniu. Bierze na siebie pełnię odpowiedzialności za wszystkie słowa i czyny, chociaż - jak później zobaczymy - nie będzie to takie proste. 

    Ciekawie udało się to zagrać Nikolajowi Costerowi-Waldau. W czasie seansu wierzymy, że to on jest Andreasem. Na początku miałam obawy, czy jego ładna buzia nie przyćmi charakteru postaci, czy będzie w stanie zerwać z przyklejaną mu etykietką "przystojniaka" i wcielić się w rolę świeżo upieczonego ojca przygniecionego nieprzewidzianymi trudami życia. Już po kilkunastu minutach mogłam stwierdzić: Dał radę!

    (Źródło: stopklatka.pl)
    Jednak nie nastawiajcie się, że film ten będzie pochwałą poczynań głównego bohatera. Reżyserka co prawda nie stawia jednoznacznych opinii, nie ocenia, ale pokazuje, że nasze postępowanie zawsze - bez względu na okoliczności i nasze intencje - pociąga za sobą nieuniknione konsekwencje. Czasami rezultaty działań są nadzwyczaj dobre, pomyślne, innym razem musimy wypić piwo, którego sami sobie nawarzyliśmy. 

    Andreas jest więc postacią, która musi zmierzyć się ze skutkami tego, co zrobiła. I wtedy znowu pojawia się pytanie, czy tzw. dobry człowiek, uczciwy obywatel może więcej, czy mając dobre intencje jestem usprawiedliwiona z łamania prawa, czy działanie w imię mniejszego zła upoważnia do przekroczenia pewnej moralnej granicy, która dla innych byłaby nieprzekraczalna i bezwzględnie zła.  



    (Źródło: dfi.dk i nosferadio.dk)

    "Druga szansa" to film, o którym się nie zapomina. Ani po opuszczeniu sali kinowej, ani nawet kilkanaście dni/tygodni po seansie. Losy głównego bohatera, które tak silnie, intensywnie przeżywamy razem z nim podczas projekcji, nie są w stanie ulecieć szybko z naszej głowy. Wracamy do nich, rozmawiamy, analizujemy, oceniamy.

    Susanne Bier udało się stworzyć obraz - mam nadzieję ponadczasowy, który w subtelny sposób mówi o wadze naszych życiowych decyzji, sensie czy też bezsensie kierowania się zasadą "mniejszego zła" oraz prawdziwej stronie męskiej wrażliwości. Cieszę się, że miałam okazję zobaczyć go na długo przed polską premierą, na poznańskiej edycji Ogólnopolskiego Spotkania Blogerów Filmowych, dzięki uprzejmości Hagi Film. I powiem więcej: z chęcią obejrzę go ponownie!




    (Źródło: t.zamo.ca)

    Continue Reading

    "Punk nie umarł!" - wykrzykują w jednej ze scen nastoletnie bohaterki filmu. I choć nikt nie bierze ich poważnie, same gorliwie wsłuchują się w mocne brzmienia. Dlaczego chcą uchodzić za outsiderki, jakie wartości kwestionują, z czym sobie nie radzą - na te pytania w niemalże dokumentalny sposób odpowiedzi stara się znaleźć reżyser "We are the best!", Lukas Moodysson.

    (Źródło: the-filmreel.com)
    Bobby i Klarę poznajemy jako szkolnych odmieńców, zbuntowane małolaty. Mają własny styl, niepopularny gust muzyczny, kłopoty z akceptacją przez rówieśników. Trzymają się razem i wspólnie stawiają czoła wszelkim problemom. 
    Chcąc zagrać na nosie starszym kolegom, ni stąd ni zowąd zakładają zespół. Oczywiście punkowy, bo - choć brat Klary uważa, że punk już umarł - nie straciły jeszcze nadziei. Dość nieśmiało chwytają za gitarę i pałeczki do perkusji. Po szaleńczych i nieudanych próbach w lokalnej świetlicy, postanawiają poprosić o pomoc w nauce gry na instrumentach szkolną prymuskę - Hedvigę. I wtedy wszystko się zaczyna...

    (Źródło: youtube.com)
    Wbrew pozorom muzyka nie gra w tym filmie pierwszych skrzypiec. Jest punktem wyjścia, ważnym składnikiem, ale nie fundamentem. I z pewnością nie głównym bohaterem. 
    Kluczowe bowiem są u Moodyssona kreacje zbuntowanych 13-latek. Dziewczyny (Mira Barkhammar i Mira Grosin) fantastycznie wcieliły się w filmowe postacie - na tyle, że w każdym ujęciu wyglądają autentycznie. W zasadzie zastanawiające jest, czy reżyser wybrał prawdziwe punkówy, które tak naturalnie zagrały siebie, czy jednak postawił na posiadające aktorską smykałkę dzieciaki, które w niewymuszony sposób zaprezentowały nastoletnie miłośniczki punka. 

    Bohaterki są energiczne, inteligentne i zaangażowane w szalony pomysł wzięcia udziału w lokalnym konkursie muzycznym. Bacznie obserwują poczynania swoich rodziców. Z jednej strony dają im rady, pomagają w problemach, a z drugiej - jak to dorastające dzieci - nie akceptują pewnych zachowań i twierdzą, że "inni mają fajniejszych rodziców". Ponadto Bobby i Klara nie boją się niczego. Ani starszych chłopaków z konkurencyjnego zespołu, ani rygorystycznych nauczycieli, ani kwestionowania ich urody przez "cukierkowe" koleżanki ze szkoły, ani nawet rozmów na poważne tematów. Prowadzą dyskusje o istnieniu Boga, wolnej woli, energii jądrowej czy poświęceniu przyjaźni dla nowo poznanego chłopaka. 


    (Źródło: anatomiadelimagen.wordpress.com i thetimes.co.uk)
    "We are the best" to coś więcej niż zwykły film o muzyce. To portret dorastającej młodzieży. Moodysson zawarł w nim wszystko, co najważniejsze z perspektywy młodego człowieka: domowe dramaty, perypetie z rodzeństwem, odrzucenie przez rówieśników, miłosne wzloty i upadki, pierwszy smak sukcesu i porażki. Po seansie mam nieodparte wrażenie, że czas i miejsce tej historii może być dowolny, bo opowieść jest po prostu uniwersalna. I równie dobrze mogłaby wydarzyć się w dowolnym zakątku świata. Tym bardziej, że filmowe przesłanie jest proste - "Znajdź ludzi, z którymi dobrze się czujesz i po prostu bądź sobą!". 


    (Źródła: telegraph.co.uk i rogerebert.com)
    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      3 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top