facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Z jednej strony niewinne, z drugiej niezwykle seksowne. Niby bezbronne, a tak naprawdę umiejące walczyć o siebie. Troskliwe i łaknące przyjaźni, lecz także chciwe egoistki. Takie właśnie są nowojorskie striptizerki, które po krachu z 2008 roku stanęły w obliczu nowej rzeczywistości, w której walka o klienta (zwłaszcza tego naprawdę majętnego) stała się jeszcze trudniejsza. Kim są, czego szukają i jak do tego dążą dowiecie się z najnowszej produkcji Lorene Scafaria ("Przyjaciel do końca świata") - "Ślicznotki".

    (Źródło: renee.pl)

    Świat nowojorskich klubów go-go poznajemy za sprawą nieco wycofanej, trochę zakompleksionej Destiny (Constance Wu). Dziewczyna na co dzień opiekuje się babcią, a nocami tańczy w bieliźnie dla panów z Wall Street. Nie umie się przebić w tłumie głośnych, pewnych siebie kobiet, które ostro walczą o uwagę najbogatszych klientów. Pewnego wieczoru obserwuje występ kultowej tancerki go-go, Ramony (Jennifer Lopez). Jej taniec elektryzuje, przyciąga jak magnez. Mężczyźni wręcz szaleją na jej punkcie. Destiny zdaje się być oczarowana nią tak samo jak klubowi goście. Zauważa to Ramona, która szybko znajduje wspólny język z nieco młodszą koleżanką. Bierze ją pod swoje skrzydła, by lada moment wspólnie podbić świat klubów go-go.

    (Źródło: youtube.com)

    Niech nie zmyli Was trailer czy ulotka, "Ślicznotki" wcale nie są takie bezbronne! To gang ostrych lasek, które wiedzą czego chcą i nie boją się o to walczyć. Większość z nich marzy o niezależności, a ta nierozerwalnie związana jest z pieniędzmi. Marzą więc o spotkaniu z wieloma nieziemsko bogatymi mężczyznami, którzy uzbroją je w oszczędności na całe życie. Naiwne, racja. Ale takie bywają wszystkie marzenia - trochę oderwane od rzeczywistości.
    Nasze bohaterki to także zwyczajne kobiety: z problemami, bolesną przeszłością, nieudanymi związkami, długami. Są zdane tylko na siebie. Niejednokrotnie dopada je gorsza chwila, słabszy moment, ale dość szybko muszą zagryźć wargi i ponownie stawić czoła rzeczywistości. 

    Nowość Scafarii oglądamy z przejęciem. Przedstawiona historia szybko wciąga i do końca utrzymuje naszą uwagę. Fabuła została dobrze rozpisana, a główne postacie są na tyle mocne, różnorodne i dobrze zagrane, że aż sama była zdziwiona jak spodobał mi się ten film. 
    Plusów jest więcej. To na pewno niezłe tempo oraz fajna gra kolorami, które w scenach klubowych idealnie oddają klimat klubów erotycznych. Oprócz tego dość sprytnie wprowadzono co najmniej kilka humorystycznych dialogów, które publiczność doceniła donośnym śmiechem. I chociaż śmiech ten roznosił się po sali wiele razy, to koniec końców "Ślicznotki" mają w sobie dużo dramatyzmu w dużej mierze ze względu na niełatwe losy głównych bohaterek, których pragnienie miłości i przyjaźni nie zawsze może zostać zaspokojone.



    (Źródła: film.interia.pl, wprost.pl i lohud.com)


    Continue Reading

    W "Mojej gwieździe: Teen Spirit" Max Minghella udowadnia, że wie jak robi się dobre filmy. Jego debiut reżyserski jest naprawdę udany! W dużej mierze to zasługa genialnej Elle Fanning, która fantastycznie zagrała nieco zakompleksioną, lecz bardzo utalentowaną młodą Polkę wychowującą się na małej, brytyjskiej wyspie. Właśnie ze względu na Elle powinniście czym prędzej nadrobić seans.



    (Źródło: pinterest.com)

    Violet ma 17 lat i kocha śpiewać. Jej zamiłowanie to nie wszystko, bo oprócz niego ma też ogromny talent wokalny. Muzyka jest jej sposobem radzenia sobie ze stresem, samotnością i nastoletnim buntem. Stanowi  formę ucieczki z niełatwej codzienności (szkoła, dorywcza praca w barze, pomoc matce w domowych obowiązkach) do lepszego świata. 

    Kiedy więc dostrzega billboard ogłaszający nabór do nowej edycji muzycznego talent show, błyskawicznie postanawia stawić się na castingu. Walka o miejsce w finale jest bardzo wyrównana. Nie wszystko idzie po myśli Violet, która wbrew matce przystępuje do konkursu. Czy uda jej się spełnić swoje marzenie, wystąpić na wielkiej scenie, oczarować publiczność i wygrać kontrakt?



    (Źródło: youtube.com)

    O sile "Mojej gwiazdy: Teen Spirit" dowodzi kilka rzeczy. Przede wszystkim to fajny scenariusz. Nigdy mamy tu typową outsiderkę, nieco zahukaną, niezbyt pewną siebie, która staje do walki o swoje marzenia, jednak sposób zaprezentowania tej, wydawałoby się dość wtórnej opowieści, jest na tyle ciekawy, że z przyjemnością przyglądamy się zmaganiom głównej bohaterki. I to bohaterki świetnie zagranej! Bo kto jak kto, ale Elle Fanning rewelacyjnie spisała się w swojej roli! Jest krucha i silna zarazem. Trochę wycofana, ale i odważna, kiedy trzeba. W finałowej scenie emanuje taką energią, że nie sposób spuścić ją z oczu!

    Drugim bohaterem filmu jest... muzyka. To ona nadaje klimat produkcji. Odzwierciedla to, co siedzi w głowie Violet: jej strach, wrażliwość, ale też wolę walki. Popowe dźwięki, częściowo wyciągnięte sprzed 15 lat, sprawiają, że nie raz, nie dwa, tupniemy nóżką podczas seansu. To zdecydowanie dobry znak dla filmu muzycznego.

    Omawiając "Moją gwiazdę: Teen Spirit" nie można zapomnieć o tym, który ją wymyślić. I zrealizował. Max Minghella, bo on jest scenarzystą oraz reżyserem produkcji, naprawdę dobrze się spisał. Zaproponował całkiem udaną wersję historii, którą niby widzieliśmy już na ekranie wiele razy, ale w zupełnie nowej odsłonie. Pomysł okazał się chyba strzałem w dziesiątkę, bo reżyserski debiut ogląda się bardzo przyjemnie, co zawdzięczamy - poza świetną Elle i dość dobrym scenariuszem, kawałkowi niezłej muzyki i fajnemu montażowi.




    (Źródła: stylowy.net, kultura.gaztea.pl i rollingstone.com)


    Continue Reading

    "Zwyczajna przysługa" nie jest filmem tak zwyczajnym, jakby się mogło wydawać. Zwiastun niesłusznie zapewnia widza, że produkcja jest czymś z pogranicza thrillera czy kryminału. Trochę jakby nowa odsłona "Zaginionej dziewczyny". Okazuje się jednak, że nowość Paula Feiga to... komedia kryminalna!

    (Źródło: in.bookmyshow.com)

    Stephanie (Anna Kendrick) zaprzyjaźnia się z Emily (Blake Lively). Ich synowie chodzą razem do szkoły i dużo czasu spędzają razem. To sprawia, że matki nie mają wyjścia: muszą się poznać. Od słowa do słowa kobiety z dwóch różnych światów nawiązują nić porozumienia. Trudno ocenić na ile przyjaźń ta jest szczera ze strony Emily, zawsze eleganckiej karierowiczki reprezentującej mocno kontrowersyjne podejście do wychowania dzieci. Emily jest jej przeciwieństwem: to nieco szalona samotna matka, która bardzo angażuje się w szkolne wydarzenia, a w wolnych chwilach prowadzi kulinarnego vloga. Kiedy któregoś dnia Emily prosi ją o odebranie synka ze szkoły, chętnie podejmuje się drobnej przysługi. Gdy jednak kontakt z przyjaciółką zostaje urwany, z szarej myszki zamienia się w detektywa.

    (Źródło: youtube.com)

    Do pewnego momentu w ogóle nie czułam, że "Zwyczajna przysługa" to komedia kryminalna. Fabuła rozkręca się dość długo i niełatwo tak jednoznacznie ocenić z jakim gatunkiem mamy do czynienia. Całość wygląda dość typowo dla dramatu/kryminału. Humorystyczne elementy są rzadkością. Później, wraz z rozwojem akcji, jest ich więcej. Po części występuje na poziomie dialogów, częściowo jako humor sytuacyjny. Jest też obecny w samej charakterystyce głównych bohaterek, które są przerysowane. Zwłaszcza Stephane grana przez Annę Kendrick (swoją drogą niezła kreacja!) ma w sobie wiele elementów żartobliwych.

    Chociaż seans należał raczej do dość przyjemnych, a duet Kendrick-Lively na ekranie wypada bardzo dobrze, to "Zwyczajna przysługa" wydała mi się dość... zwyczajna. Nic mnie tu nie zaintrygowało, rozwiązanie zagadki nie było szokujące, a dawka humoru, którą zaserwowali twórcy była zbyt mała, abym mogła z czystym sercem zapewnić Was o iście rozrywkowym charakterze produkcji.



    (Źródła: pca.pl, popbookownik.pl i kino.dlastudenta.pl)

    Continue Reading

    Komedia Susanny Fogel z Milą Kunis i Kate McKinnon w rolach głównych nie jest wysokich lotów. Żarty słowne i sytuacyjne gagi, jakimi raczą nas twórcy "Szpiega, który mnie rzucił" są dość proste i przewidywalne. Niemniej nie żałuję tego seansu. 

    (Źródło: twoje-kino.pl)

    Przyznaję bez bicia: czasami wakacyjną porą mam ochotę na lekki seans iście rozrywkowy, niewymagający ode mnie zbytniego zagłębiania się w prezentowaną fabułę. Zwiastuny nowości z Kunis w roli porzuconej dziewczyny szpiega wydały się niemal idealną propozycją na letni wypad do kina. Zwłaszcza, że to komedia, czyli mój ulubiony gatunek na niczym niezmącony filmowy relaks. 

    (Źródło: youtube.com)

    Choć historia dziewczyny porzuconej przez SMSa, która nagle, z dnia na dzień, ma odbyć superważną misję, nie jest ani przekonująca, ani zbytnio dopracowana, to ogląda się ją dość nieźle. Trudno powiedzieć czego to jest zasługa. Jak dla mnie chyba największą zaletą produkcji pozostaje angaż Mili Kunis, którą naprawdę lubię. Z tego też powodu podświadomie przymykam oko na wszelkie niedociągnięcia. Bo co tu ukrywać, jest ich całkiem sporo.
    Przede wszystkim za minus możemy traktować średni scenariusz. Dialogi także nie wypadają lepiej. Jednak najsłabszym punktem jest chyba tytułowy szpieg, w którego wcielił się drewniany Justin Theroux. 

    To, czy "Szpieg, który mnie rzucił" przypadnie Wam do gustu zależy (jak zawsze) od Waszego nastawienia. Jeśli nie macie zbyt wysokich oczekiwań, a przeciętna produkcja komedia jest w stanie choć trochę Was rozbawić, będziecie całkiem ukontentowani.



    (Źródła: sdksanok.pl i radioeska.pl)

    Continue Reading

    Cztery starsze panie, kółko czytelnicze i nietypowa propozycja książkowa... "Pięćdziesiąt twarzy Christiana Grey'a". Czy może być coś dziwniejszego? Raczej nie. Diane, Vivian, Sharon i Carol znają się od studiów i niejedno już razem przeszły. Choć ich codzienność dość mocno się różni, panie nadal się lubią i służą sobie wsparciem. Szczególnie w chwili, gdy ich życia mają się zawalić, mężowie stali się obcymi osobami, dzieci, chociaż dorosłe, są upierdliwe, a wyczekiwana samotność jednak doskwiera. 

    (Źródło: warsawnow.pl)

    Nasze staruszki trzymają się od czasów studenckich. Wiedzą o sobie wszystko, znają się od podszewki. I choć każda jest inna (jedna to osaczona przez nadopiekuńcze córki "młoda" wdowa, druga nie potrafi znaleźć wspólnego języka z mężem, który dopiero co przeszedł na emeryturę, trzecia gardzi związkami i koncentruje się na krótkotrwałych znajomościach, a czwarta po 18-stu latach od rozwodu wciąż nie umie się z nim pogodzić i zacząć życia od nowa), doskonale się rozumieją. I mogą liczyć na dobre rady ze strony koleżanek. Tym śmieszniej, gdy wszystkim zaczyna doskwierać samotność (w różnych odcieniach) i wszystkie usiłują znaleźć wyjście z trudnej sytuacji podpierając się przy tym lekturą.... pikantnych przygód Christiana Grey'a! 

    (Źródło: youtube.com)

    Jak to możliwe, że opowieść o staruszkach bawi też młodszą widownię? To jasne, wszystko dzięki naprawdę niezłej fabule! Film Billa Holdermana jest po prostu śmieszny, a przy tym mówi o grupie społecznej, która zwykle jest wykluczona z odgrywania głównych ról na dużym ekranie. Starsi ludzie zazwyczaj traktowani są po macoszemu, występują jako zapomniani dziadkowie najważniejszych filmowych postaci. Pojawiają się w dwóch ujęciach, by następnie odejść w zapomnienie. Niewiele jest produkcji pozwalających im odegrać pierwsze skrzypce. A przy tym szczerze bawić widownię jak ma to miejsce w "Pozycji obowiązkowej". 

    Eksperyment z komedią o starszych paniach się udał, bo w rolach bardziej i mniej zwariowanych emerytek wystąpiły prawdziwe gwiazdy kina. Widać to w każdym ujęciu! Moje serce szczególnie raduje występ Jane Fondy, która jest ikoną kina, ale dla wielu magnezem przyciągającym na seans niewątpliwie była też muza Woody'ego Allana, Diane Keaton (w latach 70. pracowali ze sobą aż przy 8 produkcjach!). Obie panie nie raz już dawały popisy aktorskie w produkcjach komediowych, dlatego nic dziwnego, że twórcy zaproponowali im występ w tym filmie. I chociaż momentami - jak dla mnie - scenarzyści uderzają w troszkę zbyt ckliwe tony, a kilka scen jest lekko przegiętych, to całość broni się właśnie dzięki świetnej obsadzie. I to dla niej warto zobaczyć tę propozycję. A już najlepiej na seans zabrać babcię, która niemal na pewno wyjdzie zachwycona (o ile ma w sobie troszeczkę luzu).



    (Źródła: fangate.net, naekranie.pl i variety.com)

    Continue Reading

    Chociaż zwiastun "Tully" zapowiada nam niezłą zabawę, a sam film został skategoryzowany jako komedia, bliżej mu do formy komediodramatu. Nowość Jasona Reitmana ("Juno", "W chmurach") pokazuje blaski i cienie macierzyństwa, bez zbędnego koloryzowania. To świetna opowieść, którą z przyjemnością obejrzą nie tylko matki, które na seansie wręcz zaśmiewają się do rozpuku.

    (Źródło: empireonline.com)

    Poznajemy Marlo tuż przed rozwiązaniem. Spodziewa się trzeciego dziecka w chwili, gdy pozostała dwójka i tak wymaga sporej atencji. Córka ma problem z samoakceptacją, syna cechuje znaczna nadaktywność. Na domiar złego mąż jest intensywnie zaangażowany w zawodowe projekty i co i raz rusza na służbowe wyjazdy. Cały dom zostaje więc na głowie Marlo, która średnio radzi sobie z nową, niełatwą rzeczywistością.

    (Źródło: youtube.com)

    Choć matczyny punkt widzenia jest dla mnie raczej abstrakcją, to losy Marlo oglądałam z przejęciem. W dużej mierze to zasługa fantastycznej Charlize Theron. Postać kobiety kompletnie zaangażowanej w życie rodzinne, choć niejednokrotnie czującej, że wielość obowiązków ją przerasta, bardzo mnie zaciekawiła. Fakt, że "Tully" tak magnetycznie przyciąga atencję widza, to też sprawka reżysera i scenarzystki, którzy już wcześniej zmajstrowali obraz o dość podobnej tematyce (są bowiem twórcami słynnego "Juno"). 

    W swoim najnowszym filmie Reitman pokazał kobietę pełną sprzeczności: silną i słabą jednocześnie, odważną i zalęknioną, pogodną i zasmuconą, otoczoną ludźmi, ale i samotną. Widzimy jak Marlo zostaje pozostawiona sama sobie, jak sobie z tym radzi i do czego ta sytuacja prowadzi wszystkich bohaterów. I mimo że brzmi to trochę smutno, to wydźwięk filmu jest jednak pozytywny. I dobrze, inaczej po seansie nikt nigdy nie zdecydowałbym się na posiadanie potomstwa!



    (Źródła: vulture.com i cosmopolitan.com)

    Continue Reading

    Bylejakość scenariusza, nijacy bohaterowie i niewielka dawka średniej jakości humoru. Taki właśnie jest nowy obraz Nasha Edgertona ("Matrix: Reaktywacja", "Wróg numer jeden"). Aż dziw, że w produkcji pojawia się Charlize Theron, która ma nosa do świetnych przedsięwzięć.


    (Źródło: gazetalubuska.pl)

    Harold to zwyczajny Kowalski. Tyle, że w amerykańskiej rzeczywistości. Ma pracę, która okazuje się być mało stabilna, żonę, dom, sporo długów i przyjaciela, który jednak nie jest wobec niego fair. Jest trochę taką ofiarą losu, wiecznym przegranym, który boi się swojego cienia. Stara się jednak być uprzejmy dla innych, a swoje obowiązki wykonywać solidnie. Gdy jednak odkrywa, że wszyscy go oszukują, stawia wszystko na jedną kartę i: pozoruje własne porwanie! Ta decyzja pociąga za sobą wiele nieoczekiwanych konsekwencji wpływających na wszystkich bohaterów.


    (Źródło: youtube.com)

    Nie ukrywam, że poza produkcjami wysokich lotów, filmami nagradzanymi na najważniejszych festiwalach i niszowymi produkcjami głównie europejskimi, chętnie sięgam też po obrazy stricte rozrywkowe. Komedie i filmy akcji to moje ulubione gatunki na seans relaksacyjny.
    Z niemałą przyjemnością wybrałam się więc na nowość od Nasha Edgertona. I naprawdę się zawiodłam!

    Bylejakość scenariusza, nijacy bohaterowie i niewielka dawka średniej jakości humoru. Taki właśnie jest nowy obraz Nasha Edgertona. Aż dziw, że w produkcji pojawia się Charlize Theron, która ma nosa do świetnych przedsięwzięć, bo tym razem dostajemy istną klapę! Przez blisko 2 godziny czekamy na jakąkolwiek akcję. A gdy coś zaczyna się dziać, nie trzyma się kupy. Albo jest zupełnie nieśmieszna. Zabawne momenty można zliczyć na palcach jednej ręki, a ich jakość jest najwyżej przeciętna.

    Zabrakło pomysłu, dobrego montażu i dialogów na poziomie. Jak mawiają stali bywalce internetowych czeluści, mocne 2.




    (Źródła: hollywoodreporter.com, indiewire.com i fdb.pl)

    Continue Reading

    Żeby film biograficzny oglądać z wypiekami na twarzy, trzeba mieć świetnego bohatera, którego pokocha publiczność. Albo takiego, który tę widownię zaskoczy, przerazi, poruszy. Taka była Tonya Harding, amerykańska łyżwiarka słynąca z ogromnego talentu i... języka ciętego jak brzytwa!

    (Źródło: soundarts.gr)

    W Stanach Tonya Harding uchodzi za ikonę łyżwiarstwa figurowego kobiet. W środowisku łyżwiarskim jest chyba niedoścignionym wzorem sportowca upartego, lecz przy tym uzdolnionego i pracowitego. Jako pierwsza Amerykanka wykonała niezwykle trudny trik - potrójnego axla. Ciekawsze jednak jest to, że jej życie prywatne było bardzo burzliwe. Apodyktyczna matka, agresywny partner i trudny charakter samej bohaterki sprawiły, że Tonya mocno wyróżniła się na tle swoich koleżanek z lodowiska. Była ich całkowitym przeciwieństwem, czego nie popierali sportowi sędziowie, a co pokochały tysiące Amerykanów.

    (Źródło: youtube.com)

    Nie znając losów Harding niemal z otwartą buzią śledzimy akcję filmu. Kolejne zdarzenia pochłaniamy całym sobą, bo tak historia, jak i sposób jej prezentacji, absorbują całą uwagę widza. Nie można też oderwać wzroku od Margot Robbie, która bardzo wiarygodnie wypada w roli pyskatej mistrzyni. Nawet jako 15-letnia łyżwiarka, z fatalną fryzurą i we wstydliwym outficie rodem z lat 80., jest wprost magnetyczna. 

    To, że tak dobrze się ją ogląda, jest także zasługą świetnego scenariusza. W zasadzie nie miałabym do niego uwag, gdyby nie skupiał się tak mocno na incydencie, o którym opowiadają wszyscy bohaterowie (Tonya, jej mąż oraz matka, były ochroniarz czy pierwsza trenerka). Innych zarzutów do produkcji nie ma! To taki "Wilk z Wall Street", w którym główną rolę odgrywa kobieta, a clue wydarzeń stanowi sukces sportowy zamiast finansowego. Kapitalny film!



    (Źródła: learningfromhollywood.pl, multikino.pl i monolith.pl)

    Jak więc "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" wygląda na te oskarowych konkurentów? Bardzo dobrze. Kreacja Margot Robbie wyszła fantastycznie. Aktorka śmiało może rywalizować z boską Meryl Streep, która tę statuetkę odbierała już 3 razy! Większe zagrożenie może nadejść ze strony Frances McDormand (genialna rola w dramacie "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri") lub ewentualnie młodziutkiej, lecz utalentowanej Saoirse Ronan (kreacja zbuntowanej nastolatki w "Lady Bird"). Już niebawem zobaczymy, czy dzięki roli pyskatej i upartej łyżwiarce zdobędzie upragnioną statuetkę.

    (Źródło: kinopodbaranami.pl)

    Continue Reading

    Każdy film Spielberga uchodzi za kultowy. Każdy z Meryl Streep jest godny uwagi. Z tego też względu nie opuściłam premiery "Czwartej władzy", choć... wpada ona raczej słabo na tle pozostałych produkcji, w której palce maczała ta dwójka. 

    (Źródło: kultura.gazeta.pl)

    Key to szefowa raczkującego "The Washington Post", który w latach 70. był jeszcze niewielkim, lokalnym tytułem. Na czele pisma stanęła po śmierci męża i niezbyt dobrze odnajduje się w nowej roli. Choć wykazuje duże zaangażowanie, chętnie się uczy i ma przy swoim boku mądrych, zaufanych ludzi, to brakuje jej ewidentnie siły przebicia. Jest nieśmiała, a momentami wręcz wycofana. Gdy więc na światło dzienne wychodzą tajemnice rządowe dotyczące wojny w Wietnamie, a prezydent robi wszystko, by wyciszyć aferę kosztem wolności słowa, bohaterka zostaje postawiona przed trudnym wyborem: spełnić obowiązek względem społeczeństwa pozwalając dziennikarzom pisać o sprawie czy posłusznie dostosować się do prezydenckiego zakazu zajmowania się tematem.

    (Źródło: youtube.com)

    Chociaż Streep znowu staje na wysokości zadania, a prawdę mówiąc Hanks nie ustępuje jej na krok, to "Czwartą władzę" ogląda się po prostu całkiem nieźle. Fabuła jest świetna, lecz sposób jej opowiadania raczej nie przystaje dla europejskiego widza młodszej generacji, która to nie pamięta wydarzeń z lat. 70. Morze nazwisk, dat i historycznych okoliczności sprawia, że clue akcji jest nieco niejasne, a wdrażanie się w temat wymaga sporego wysiłku. I choć koniec końców zrozumienie sedna nie jest niemożliwe, to scenariusz nie powinien być tak niedopracowany. Śmiem też sądzić, że ten swoisty niesmak dodatkowo potęguje fakt, że film jest nieco za długi. Po raz kolejny widzimy wyraźnie, że utalentowani aktorzy, sprawny reżyser i dobre zdjęcia nie są w stanie "stworzyć" dobrej produkcji, jeśli scenariusz jest po prostu przeciętny,



    (Źródła: wizerunekkobiety.pl, kultura.gazeta.pl i indiewire.com)

    Continue Reading

    O filmie Ridleya Scotta było głośno na długo przed premierą. I to nie tylko za sprawą interesującej, prawdziwej historii na podstawie której powstał scenariusz czy świetnej obsadzie "Wszystkich pieniędzy świata". Najgłośniej zrobiło się przez akcję #metoo, w której jednym z oskarżonych o molestowanie seksualne  sprzed wielu lat został... Kevin Spacey. Nagła zmiana jednego z głównych aktorów, gdy zwiastuny produkcji już hulały po świecie, nie była łatwą decyzją. Należało wybrać innego kandydata do zagrania postaci skąpego Getty'ego i... nakręcić wszystkie sceny z jego udziałem. Od nowa! Scott stanął na wysokości zadania i dopiął swego, a czy zmiana jak i cały film wyszły mu na dobre? O tym poniżej! 


    (Źródło: monolithfilms.pl)

    Film przedstawia losy rodziny Getty, której głowa rodziny (dziadek Jean Paul) jest najbogatszym człowiekiem świata. Starzec nie jest jednak poczciwym człowiekiem o miękkim sercu i lekkiej ręce. Niezmiernie ceni sobie swoją pozycję, nie rozdaje pieniędzy na prawo i lewo bez względu na to, czy chodzi o wsparcie akcji charytatywnych, czy opłacenie okupu za ukochanego wnuka. Powiedzieć, że jest skąpy to wręcz za mało!
    Na drugim biegunie stoi jego syna Gail - opiekuńcza i rodzinna matka dbająca o dobro swych dzieci. Nie raz pokazała, że majątek nie jest dla niej najważniejszy. Gdy chodzi o życie syna, nie zawaha się zrobić wszystkiego, by uratować dziecko.


    (Źródło: youtube.com)

    W zasadzie nie można powiedzieć złego słowa na nową produkcję Scotta. Jest dobrze zrobiona i przyjemnie ogląda się coraz ostrzejszy konflikt na linii Gail-Getty wynikający z porwania siedemnastoletniego Paula. Michelle Williams jest jak zwykle fantastyczna, a Christopher Plummer świetnie sprawdził się jako stary, skąpy miliardem , którego pierwotnie miał zagrać (i zagrał! ale sceny wyrzucono) Kevin Spacey. 

    Sama historia również jest bardzo przejmująca - otóż jakim człowiekiem musi być dziadek, który ułamka swego bogactwa nie odda w formie okupu za ukochanego wnuczka? Reżyser zbiera jednak kilka minusów. Główny za to, że film jest za długi. Fabuła ciągnie się i ciągnie, choć śmiało można było zrezygnować z kilku drobnych wątków i zbędnych scen. To pokazuje, że scenariusz nie był idealny - należałoby go skrócić, by wzmocnić dramaturgię, która w pewnym momencie znacznie spada.Gdy nie to, "Wszystkie pieniądze świata" można by nazwać naprawdę dobrym przykładem kina sensacyjnego. 





    (Źródła: kultura.gazeta.pl)

    Continue Reading

    Być może greckie kino nie jest Ci bliskie. Możliwe, że na myśl przychodzi jedynie "Grek Zorba". Szkoda, bo od jakiegoś czasu znaczne zamieszanie w kinematografii robi grecki reżyser - Yorgos Lanthimos, którego filmy zawsze wywołują wiele dyskusji. Nie inaczej jest tym razem. Premiera "Zabicia świętego jelenia" również zrobi sporą burzę.

    (Źródło: film.onet.pl)

    Znakomity chirurg Steven (Colin Farrell) zaprzyjaźnia się z nastoletnim pasjonatem medycyny - Martinem. Introwertyczny, nieco ekscentryczny wręcz chłopak przekracza próg domu lekarza, poznając jego najbliższych: żonę Annę, córkę Kim oraz syna Boba. Nie wie jednak, że dosłownie za chwilę będzie musiał stawić czoła niebywale przerażającemu, a zarazem bardzo abstrakcyjnemu wyzwaniu, jakie rzuci mu rzekomy młody przyjaciel. Na pytania więc: dlaczego obraz Lanthimosa jest tak szokujący, odsyłam Was do obejrzenia zwiastuna.

    (Źródło: youtube.com)

    Tu wszystko jest inne. Z pozoru wiarygodne postacie wypowiadają kwestie, które długo brzęczą w uszach ze względu na... fałszywą nutę. Brzmią kalecznie, nieprawdziwie. Bohaterowie niby mocno stąpający po ziemi, ale są nieco przerysowani i chwilami jakby oderwani od rzeczywistości. Wraz z rozwojem akcji fabuła coraz śmielej wkracza w rewiry absurdu, by nie pozwolić widzowi na chwilę oddechu nawet na moment. 

    "Zabicie świętego jelenia" z pewnością nie jest filmem dla wszystkich. To chyba perełka dla miłośników twórczości greckiego reżysera oraz wszystkich tych, którzy doceniają nutkę nowości czy wręcz szalonej odwagi w kinematografii. Mnie ten obraz nie kupił, ale niewątpliwie zaciekawił. Momentami mocno szokował albo nawet - w scenach dramatycznych - paradoksalnie śmieszył. W moim odczuciu wypada zdecydowanie lepiej niż poprzednie dzieło Lanthimosa - "Lobster" i to już jest całkiem porządny powód, by nadrobić grecką nowość, którą doceniono Złotą Palmą za najlepszy scenariusz.




    (Źródła: imdb.com, filmweb.pl i moviesroom.pl)

    Continue Reading

    Kim był Władysław Mazurkiewicz? Z jakiego powodu zamordował ponad 60 osób? I co najważniejsze - dlaczego ówczesne służby chroniły go przed skazaniem na karę śmierci? O tym wszystkim opowiada Krzysztof Lang w najnowszym obrazie pt. "Ach śpij kochanie".

    (Źródło: film.onet.pl)

    Głównego bohatera gra Andrzej Chyra. I przyznam, że to właśnie obsadzenie Chyry w roli pięknego Władka skłoniło mnie do obejrzenia produkcji. On zdecydowanie reprezentuje aktorstwo najwyższych lotów, chyba w każdym wcieleniu wypada rewelacyjnie. Podobnie jest tym razem - na Chyrę patrzy się z ogromną przyjemnością, gdy odgrywa inteligentnego i szarmanckiego, a zarazem bezwzględnego mordercę. 


    (Źródło: youtube.com)
    Nie sam Chyra zrobił tu jednak dobrą robotę. Cała obsada zasługuje na oklaski. Swoją drogą Lang nie testował tu "nowych twarzy". Postawił na znane nazwiska, które na swoim koncie mają wiele świetnych ról. Na ekranie zobaczymy Arkadiusza Jakubika, Bogusława Lindę, Andrzeja Grabowskiego i Katarzynę Warnke. A przede wszystkim Tomasza Schuchardta, którego od czasu premiery "Demona" i "Karbali" dawno nie widziałam. W roli młodego, ambitnego milicjanta wypada naprawdę dobrze, choć jego postać mogłaby mieć jakąś rysę, by nieco bardziej uwiarygodnić tę postać. Ale to jest drobne "ale" do scenarzysty.

    Najważniejszą osobą jest tu jednak Mazurkiewicz. Postać prawdziwa. Oficjalnie zajmował się handlem dobrami z wyższej półki. Nieoficjalnie prowadził liczne nielegalne interesy, głównie pośrednictwo w sprzedaży bądź kupnie obcych walut. Przy okazji tego typu transakcji zabijał niedoszłych kontrahentów i przejmował ich majątek. Zbrodni dokonywał szybko, cicho i skutecznie. Zupełnie inaczej prezentował się w środowisku krakowskich przedsiębiorców. Był znany z zamiłowania do eleganckich ubrań i drogich perfum, należał do stałych bywalców najlepszych restauracji, uchodził za prawdziwego dżentelmena. 




    (Źródło: film.onet.pl)

    Z "Ach śpij kochanie" Langowi wyszedł naprawdę niezły kryminał. To spory plus, bo wciąż nieczęsto możemy oglądać produkcje tego gatunku i to w rodzimym wydaniu! Ostatnie, które miałam okazję zobaczyć i wyszły równie dobrze to "Jeziorak", "Ziarno prawdy" czy "Jestem mordercą" (szczerze za to odradzam "Sługi boże" czy "Czerwonego kapitana"). U Langa mamy świetny klimat dzięki postawieniu bardziej na genialną obsadę niż liczne efekty specjalne czy inne cuda techniki. Stroje, fryzury, wystrój wnętrz - to wszystko buduje prawdziwie PRL-owską rzeczywistość stanowiącą tło dla historii jednego z największych polskich zbrodniarzy. A muszę przyznać, że dochodzenie początkującego milicjanta w sprawie seryjnego mordercy, którego kryją wysoko postawienie funkcjonariusze SB, ogląda się dobrze!

    (Źródło: rmf24.pl)

    Continue Reading

    Takie filmy zwykle idealnie nadają się na jesienne wieczory, bo na przekór niesprzyjającej aurze zapalają w widzach płomień nadziei. Że to, co nieoczekiwane może być tym, co najlepsze w naszym życiu, że z każdej sytuacji można znaleźć wyjście, a rodzina daje ogromną siłę nawet w najtrudniejszych chwilach. Z uwagi na to, co dzieje się teraz za naszymi oknami, to również świetna propozycja na majowy seans, by rozgrzać ciało polarowym kocem, a tęsknotę za słońcem ukoić słodko-gorzką opowieścią o dorastaniu do ojcostwa.


    (Źródło: moviesroom.pl)

    Samuel jest uroczym, lecz beztroskim młodym mężczyznom, który z radością korzysta z uroków życia. Za dnia pracuje na jachcie na Francuskiej Riwierze, nocą bawi się w nadmorskich klubach podrywając śliczne turystyki. Gdy pewnego ranka ładna blondynka wręcza mu zawiniątko z niemowlakiem, całe jego życie wywraca się o 180 stopni. Zmienia pracę, miejsce zamieszkania oraz co nieco podejście do życia. Z pewnością zmienia również swoje priorytety: córka staje się najważniejsza. 


    (Źródło: moviesroom.pl)

    Największym plusem produkcji jest dla mnie Omar Sy, który potrafi momentalnie zyskać sympatię widza. Jego bohater - zwłaszcza na początku - jest człowiekiem z krwi i kości. Nieco cwanym w stosunku do szefowej, kokieteryjnym w relacjach z kobietami, nieudolnym jeśli chodzi o odnalezienie się w różnych życiowych sytuacjach. Z czasem niestety traci pierwiastek ludzki, bo scenariuszowi zaczyna brakować realizmu, jakby reżyser nie chciał postawić na wiarygodną opowieść, a raczej skłonił się w stronę bajkowej historii. Najbardziej boli pominięcie etapu godzenia się bohatera z faktem bycia ojcem, z nowymi obowiązkami, z zupełnie nową rzeczywistością. Nie ma tego zderzenia młodzieńczej beztroski z ojcowską odpowiedzialnością (chociaż Samuel nie jest sztywnym i restrykcyjnym opiekunem). 


    (Źródła: dziennik.pl i dlastudenta.pl)

    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      3 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top