facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    Dla wielu niedzielny wieczór był wyczekiwaniem na ostatni odcinek pierwszego sezonu "Watahy". Rzekomo jednego z najlepszych polskich seriali ostatnich lat. Czy finał zaskoczył lub zachwycił? Mnie niespecjalnie. Ale przyznaję, że nie było źle...:)


    (Źródło: film.interia.pl)

    Tym, co mnie przyciągnęło do historii o bieszczadzkich strażnikach granicznych była w dużej mierze śmietanka aktorska. Bartłomiej Topa, Marian Dziędziel, Andrzej Zieliński. Do tego Leszek Lichota, do której z bliżej nieokreślonej przyczyny odczuwam sympatię. I siostry Popławskie. Na tym elemencie serialu zdecydowanie się nie zawiodłam! Zwłaszcza, że groźny klimat produkcji skutecznie wzmacniają genialne zdjęcia Bieszczad. Góry spowite mgłą, nieuczęszczane szlaki, puste ulice - to wszystko tylko zwiększa poczucie, że bliżej nieokreślone zło czai się za rogiem. I to się naprawdę udało.


    (Źródło: youtube.com)

    Co jednak oceniam na minus? Głównie rozwiązanie całej zagadki. Ale podkreślam: nie całą fabułę! Mroczna tajemnica elity strażników granicznych, ciekawy rys głównych postaci, sporo niedopowiedzeń oraz emocjonująco prowadzona intryga to także mocne zalety produkcji. Ale samo zakończenie pierwszego sezonu nie jest oszałamiające. Mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że czekałam na to od co najmniej czwartego odcinka.

    Na jednym z blogów przeczytałam, że "do ostatniego odcinka nie wiemy, kto jest winien". Poważnie? Ja jednego z głównych podejrzanych wytypowałam już w drugim odcinku. Pozostali trafiali na listę po kolejnych premierowych emisjach. Owszem, zapętlenie całości wokół wojskowo-mafijnych machlojek było raczej niespodziewane i niewątpliwie interesujące, ale jego finał na pewno nie zalicza się do tych "nie do przewidzenia". Pod tym względem znacznie lepiej wypada przede wszystkim najnowszy polski kryminał - "Jeziorak" (o nim możecie przeczytać TUTAJ). 




    (Źródła: film.onet.pl i telemagazyn.pl)

    Niektórzy zaczną pisać: "Jakie zakończenie pierwszego sezonu? Przecież miał być tylko jeden!". Pewnie, miał być. Ale przeczuwam, że "Wataha" tak szybko nie zniknie z ekranów. Powodów jest kilka. Po pierwsze, serial pobudził i podzielił widzów. Jedni uważają, że jest genialny i upatrują w nim rodzimy odpowiednik "True Detective", inni określają porażką, żenadą albo pomyłką. Takich produkcji nie odrzuca się w niepamięć. Tym bardziej, że punkt drugi właśnie z pamięcią się wiąże: marketingowo rozpalono fanów kryminalnych zagadek i trzymających w napięciu thrillerów, a tych, z ręką na sercu przyznaję, nie mamy pod dostatkiem. Skoro już tak dużo i głośno mówiono o "Watasze" nikt przy zdrowych zmysłach nie odpuści kontynuacji. Tak sądzę. Zwłaszcza, że naprawdę rzadko kiedy powstają miniseriale :) Pamiętacie jakikolwiek w ciągu ostatnich lat?

    To jak, Waszym zdaniem doczekamy się kolejnej części przygód Rebrowa i jego ekipy?


    (Źródło: patriot24.net)

    Continue Reading

    O rosyjskim "Lewiatanie" głośno jest od samego początku. Przede wszystkim ze względu na odważnego reżysera - Andrieja Zwiagincewa oraz jeszcze odważniejszy temat - politykę. O tym, jak trudne są realia współczesnych Rosjan, jak bezduszna bywa władza i jak tragiczny finał miewają ludzkie historie reżyser mówi głównie za pomocą sugestywnego obrazu. 

    (Źródło: wyborcza.pl)
    Kola mieszka z młodą żoną Lilą i nastoletnim synem z pierwszego małżeństwa – Romą. Ma stary dom w dość prowincjonalnym, nadmorskim miasteczku gdzieś w północnej Rosji. Właśnie ten drewniany budynek odziedziczony po przodkach stanowi  jego największy problem. Otóż bezwzględny, proputinowski mer miasteczka usilnie chce zająć grunt, na którym zbudowany dom Koli. Wygrał już nawet sprawę w sądzie, który niezawisły jest jedynie z nazwy. Pogrążonemu w smutku i bezsilności bohaterowi na pomoc przybywa moskiewski prawnik – Dimitri. Nie do końca jest jasne, czy to tylko bliski przyjaciel, czy jednak brat/kuzyn Koli. Pewne jest jednak, że mężczyźni ufają sobie, wspierają się i mimo rozłąki wciąż są sobie bliscy.

    Dimitri rozpoczyna prawny pojedynek z niesprawiedliwą władzą, przy okazji odkrywając przez sobą, rodziną Koli, ale przede wszystkimi przed widzami olbrzymi poziom korupcji, nepotyzmu i tzw. kolesiostwa. Początkowe słowne potyczki stają się coraz agresywniejsze, coraz bardziej niebezpieczne. Widzimy, że rosyjska władza jest niezwykle zaprzyjaźniona z mafijną społecznością. Na domiar złego zniszczeniu ulega również relacja Koli z Lilą, która… wdaje się w romans. 

    (Źródło: youtube.com)
    Główny bohater „Lewiatana” przyrównywany jest do biblijnego Hioba. To trafne skojarzenie, gdyż tak Hiob, jak i Kola, całkiem niespodziewanie zostaje „obdarzony” morzem zmartwień. Problemów przybywa niemalże z dnia na dzień, a rozwiązania wciąż nie widać. Z tą jednak różnicą, że Hiob w kryzysowej sytuacji pozostał niewzruszony w swej wierze i ufności Bogu. Kola w pewnym momencie załamuje ręce, poddaje się. Zaczyna wątpić i płakać. Czuje się opuszczony i oszukany, a wręcz zdradzony. Ze wszystkich stron!

    To sprawia, że tragizm bohatera sięga zenitu. A widz, siedząc wygodnie w kinowym fotelu, zaczyna się nerwowo wiercić, ponieważ nie może dłużej patrzeć na tak brutalną rzeczywistość, która z dość przyjemnego życia uczciwego człowieka momentalnie zrobiła koszmar! Z tego względu, w mojej ocenie, Koli bliżej jest do cervantesowskiego Don Kichota, który sam stanął do walki z góry skazanej na porażkę. Miał jednak więcej szczęścia, bo z beznadziejnego pojedynku wyszedł cało...


    (Źródła: wyborcza.pl i stopklatka.pl)

    Niektórzy zapytają: "Dlaczego widz ma się głęboko przejąć losami Koli? Czemu ma mu współczuć, skoro tak wielu filmowych bohaterów zmaga się z gigantycznymi problemami?". Dzieje się tak ze względu na formę prezentowania poszczególnych fragmentów fabuły. U Zwiagincewa nie tylko sama opowieść jest mocna. Negatywne emocje potęguje przede wszystkim obraz. Chłodny, wręcz surowy. Chwilami na ekranie widzimy naturalistyczne ujęcia: przemocy, zdrady czy alkoholizmu. 
    Bardzo przekonujący są też aktorzy. Szczególnie Aleksiej Sieriebriakow wcielający się w głównego bohatera. Zaledwie po kilkunastu minutach seansu zapomina się, że to fikcyjna postać. Wchodzi w rolę Koli tak gładko, że całość czasami wygląda jak dokument.

    Chociaż najnowsza produkcja Zwiagincewa jest wciągająca i niezwykle zapadająca w pamięć, to zawiera pewne sceny, które swoją rozwlekłością zacierają tę bezduszność i brutalność rosyjskiej rzeczywistości. Lecz rozpatrując je z zupełnie innej perspektywy mogły mieć za zadanie wprowadzenie swoistego poczucia nicości czy pustki życia głównego bohatera, które sypie się na naszych oczach...


    (Źródła: stopklatka.pl i wyborcza.pl)

    „Lewiatana” można traktować dwojako. Z jednej strony to oczywiście bolesna historia zrozpaczonego człowieka. Smutny obraz ludzkiego nieszczęścia mocno przesiąkniętego wódką, zalanego łzami rozpaczy i złamanym sercem. Tragiczny los kogoś, komu ludzka bezwzględność i chciwość złamała życia. Nie tylko doprowadziła do finansowej ruiny, ale przede wszystkim zniszczyła rodzinę.
    Z drugiej zaś strony jest filmem oddającym realia współczesnej Rosji. Rosji, w której mamy do czynienia z panoszącą się, totalnie bezkarną i hipokryzyjną władzą jawnie flirtującą ze środowiskiem gangsterskim, lecz również pokornie uczestniczącą w religijnych obrządkach.  Choć w zasadzie to, co widzimy na ekranie można zapewne przenieść prawie w skali „jeden do jednego” opisując rzeczywistość innych państw zmierzających w kierunku autokratycznym czy wręcz dyktatorskim.

    Czym jest jednak tytułowy lewiatan? To morski potwór, legendarne zwierze z głębin, które opisywano już na kartkach Biblii jako przerażającego, złowieszczego stwora. Czym więc jest lewiatan u Zwiagincewa? To proste. Demonem, przed którym ostrzega nas reżyser jest współczesna Rosja przepełniona nieuczciwością i zachłannością, przesiąknięta zdradą i przemocą. 

    (Źródło: film.onet.pl)

    Continue Reading

    Jak większość miłośników filmu, na "Interstellara" czekałam z niecierpliwością. Może nie od wielu miesięcy, ale z pewnością od kilku(nastu?) tygodni. Już sama myśl o kolejnym dziele jednego z najlepszych współczesnych reżyserów przyprawiała mnie o uczucie ekscytacji. Mimo że tematyka eksploracji kosmosu nie jest tym, co mnie bardzo pociąga w kinie.

    (Źródło: comicbookmovie.com)
    Na seans pobiegłam oczywiście w dniu premiery. Bilety zarezerwowałam już wcześniej i to nie byle gdzie - w samym IMAXie, aby dosłownie każdą sekundę filmu widzieć w jak najlepszej jakości. Pod tym względem absolutnie się nie zawiodłam! Projekcja - i to w dodatku produkcji z gatunku science fiction - była rewelacyjna i przy kolejnym wizualnie pięknym tytule znowu się tam pojawię :-)


    (Źródło: youtube.com)
    O czym opowiada film? O wspaniałomyślnym farmerze (i byłym astronaucie), dzielnym Amerykaninie, wielkim człowieku, który własne życie poświęca tajnej misji ratowania ludzkości. Tym razem od początku wiadomo jednak, że Ziemi - spowitej potężną plagą, borykającej się z niedoborem żywności i anomaliami klimatycznymi - nie można ocalić. Cooper (Matthew McConaughey) w dość zawiły sposób, za przyczyną swojej dorastającej i ogromnie łaknącej wiedzy córki Murphy (Jessica Chastain), dociera do pilnie strzeżonej siedziby NASA, by ni stąd ni zowąd zostać wysłanym w kosmos jako członek ważnej akcji. 
    Czy uda mu się zrealizować plan? Z jakimi problemami będzie musiał się zmierzyć? I jaką rolę odgrywa w tym wszystkim jego córka?

    (Źródło: standbyformicdcontrol.com)
    Choć powyższy opis jest lekko ironiczny, fabuła "Interstellara" nie jest zła. Sam punkt wyjścia i rozwój akcji ogląda się niezwykle przyjemnie. Nie do końca wyjaśniono niektóre kwestie, inne zdarzenia są wysoce nieprawdopodobne, ale jestem w stanie przymknąć na nie oko i po prostu rozkoszować się tym, co serwuje mi reżyser. Do czasu.

    Połowa filmu zdaje się być tą granicą. A dokładniej pierwsze przejścia heroicznej załogi w kosmosie. Później niestety były momenty, w których chciałam zawołać z rozpaczą w głosie: "Nolanie, Nolanie, coś Ty najlepszego zrobił?!". O ile początkowo czujemy rosnącą ciekawość, większy lub mniejszy zachwyt i obserwujemy przybierającą niezły kształt intrygę, o tyle później ten szał nad nolanowską produkcją znika. Z jakiego powodu tak się dzieje?

    (Źródło: screenrant.com)
    Głównie ze względu trzy elementy. Przede wszystkim patos. Chwilami jest go po brzegi aż bałam się, że zaleje widownię na sali. Momentów tych może nie było wiele, ale jednak nie tego oczekuje się po filmie reżysera takiej klasy. Zwłaszcza, że wzniosłe treści, patetyczne przemowy, wielkie deklaracje mieszają się z monologami o transcendentnej sile miłości albo wielokrotnie cytowanym wierszem walijskiego poety Dylana Thomasa. 

    Oprócz tego średnia rola Anne Hathaway. Może to wina granej postaci - doktor Brand, która jest z jednej strony bardzo rzeczowa, wykształcona, pewna siebie, a z drugiej ckliwie romantyczna? Może po prostu Hathaway nie sprawdziła się w tym wcieleniu? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Efekt jest jednak taki, że momentami aktorka wygląda sztucznie na ekranie. 

    (Źródło: thereelword.net)
    Ostatnim, i jednocześnie największym minusem, jest fabularny miszmasz. I nie zrozumcie mnie źle, ogromnie doceniam stworzenie tak obszernej historii, w której poszczególne wątki są ze sobą tak ściśle połączone. Ta narracyjna układanka to świetny - zresztą na ogół stosowany przez Nolana - zabieg, wyróżniający tego reżysera na tle innych. Co więc uznaję za niewypał? 

    Przede wszystkim skonstruowanie historii na zasadzie perpetuum mobile i związane z tym mówienie o zakrzywieniu czasoprzestrzeni. Nolan uwielbia mieszać ze sobą różne światy, snuć opowieść w odmiennych wycinkach czasu. Ale tym razem równoległość egzystencji różnych wariantów "ja" poszczególnych bohaterów determinowana przez kwestię względności czasu, po ułożeniu nie chce wyglądać sensownie. 
    Ściśle powiązane z tym jest również dwojakie podejście do przedstawiania kwestii naukowych w filmie - mamy niewytłumaczenie jednych zagadnień oraz rzucanie przez bohaterów definicjami innych pojęć, co powoduje dość mocny zgrzyt. 
    Poza tym zarys postaci Murphy jest czymś, co najbardziej kuleje od początku do końca filmu. Żeby nie spolierować nie będę wchodziła w szczegóły. Napiszę tylko, że niektóre decyzje bohaterki są niezrozumiałe i prowadzą nas do punktu, który pasuje Nolanowi koncepcyjnie do całości, a nam nijak współgra z tym, co przekazywane jest w fabule. 
    Jedni mówią/piszą, że w "Interstellarze" nie tak ważna jest ta opowieść, ważne są emocje i artystyczny czy wizjonerski kunszt reżysera. Owszem, to niezwykle istotne elementy, ale nie mogą przesłonić historii, która stanowi punkt wyjścia do ruszenia w tę podróż. Inaczej odnosimy wrażenie, jakbyśmy przez długie tygodnie skrzętnie układali kostkę Rubika i w momencie wykonywania finalnego ruchu, doszli do wniosku, że w zasadzie to, co zbudowaliśmy nie jest tak spektakularne...




    (Źródła: hellotailor.blogspot.com, io9.com i hollywoodreporter.com)
    Na szczęście seans rekompensuje fabularne potknięcia na innych polach. Głównie zachwycają nas olśniewające zdjęcia w wykonaniu Hoyte Van Hoytema ("Szpieg", "Fighter", "Ona"). Niektóre zapierają dech w piersi, inne zaskakują realizmem. Fascynujące jest pokazanie złowrogiej natury Ziemi, która to staje się niebezpieczna dla człowieka oraz nieznanego kosmosu w zimnych, surowych barwach. Dodanie do tego poruszających dźwięków autorstwa jakże genialnego Hansa Zimmera sprawia, że pod względem emocjonalno-estetycznym mamy do czynienia z dziełem wielkiej klasy! I w każdym kadrze namacalnie widać finansowy i techniczny rozmach, z jakim wyprodukowano "Interstellara".



    (Źródła: screenrant.com i mashable.com)
    Niestety, nie jestem w stanie wybaczyć Nolanowi tej zapętlonej opowieści, która rozczarowała mnie trochę swoją końcówką. Spodziewałam się czegoś innego, ale nie mogę sprecyzować dokładnie czego :-) Z pewnością liczyłam na porządną łamigłówkę doprowadzającą do spójnego i logicznego rozwiązania. Dostałam raczej pomieszanie motywów znanych z "Apollo 13", "Armageddona", "2001: Odysei kosmicznej" i "Kontaktu" z domieszką "Znaków" (wybaczcie, ale te niekończące się pola kukurydzy przywiodły mi na myśl atakowanego przez UFO Mela Gibsona). 

    To jak dotąd najbardziej amerykańska wersja Christophera Nolana, której raczej w całości nie kupuję. Mimo świetnej kreacji Matthew McConaughey'a, który w ostatnich latach wznosi się na wyżyny i spisuje na medal (a raczej Oskara) w dramatycznych produkcjach. Mimo wspaniałych obrazów i efektów specjalnych (eksplozje, kataklizmy, wybuchy). Mimo ciekawej i niecodziennej formie przedstawienia nowoczesnych robotów jako urządzeń nieczłekokształtnych.
    Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko liczyć na kolejną produkcję Nolana bardziej zbliżoną do stylu z "Memento" czy "Bezsenności". 


    (Źródła: screenrant.com i wallwidehd.com)

    *Szczegółowy rysunek ilustrujący fabularny miszmasz autorstwa Christophera Nolana znajdziecie TUTAJ. Ale ostrzegam - nie polecam go tym, którzy jeszcze nie widzieli filmu!!!

    Continue Reading

    Azja jest w zasięgu ręki! A już z pewnością jej kinematografia. W środę startuje bowiem kolejny filmowy festiwal. Wszyscy miłośnicy azjatyckiego kina niech rezerwują sobie sporo czasu na przeróżne filmowe i okołofilmowe atrakcje w związku z 8. edycją Pięciu Smaków! :-)

    (Źródło: facebook.com/piecsmakow)

    Mnie wciąż to kino nie zachwyciło. Nie porwało bez reszty, nie zaintrygowało na maksa. Może to po prostu nie jest mój typ? Nieważne, bo co roku podejmuję kolejną próbę poznania tego wycinka kinematografii. W trakcie festiwalu oglądam chociaż 2-3 filmy, żeby zasmakować czegoś nowego. Po co sięgnę w najbliższych dniach? Kilka najlepszych - moim zdaniem - tytułów prezentuję poniżej.

    (Źródło: 5kilokultury.pl)
    DAMA Z SEULU
    reż. Jang Ji
    Główny bohater jest świetnie wysportowanym i niezwykle inteligentnym detektywem. Problem w tym, że... czuje się kobietą. Może to taka azjatycka wersja Jamesa Bonda borykającego się z konfliktem tożsamościowym? A może jednak to będzie bardziej psychologiczny dramat niż solidny kryminał? Jestem niezwykle ciekawa, dlatego możecie oczekiwać mnie na jednym z seansów "Damy z Seulu".

    (Źródło: piecsmakow.pl)
    NIECH ZATAŃCZĄ KULE
    reż. Jiang Wen
    Chiński film akcji wzbogacony o elementy komediowe. Przywódca triady otrzymuje posadę burmistrza w małym miasteczku i momentalnie dostrzega wroga w miejscowym arystokracie gnębiącym lokalną społeczność. Pomiędzy mężczyznami dochodzi do spięcia, rywalizacji i... groźnej walki. Brzmi przepysznie! :-)

    (Źródło: piecsmakow.pl)
    MNICH
    reż. The Maw Naing
    Portret buddyjskich mnichów, kładący nacisk na życie młodych mężczyzn wybierających tę drogę. Reżyser ukazuje ich lęki, radości, dylematy i rutynę dnia codziennego. Czy taka decyzja ma jakikolwiek sens i rację bytu we współczesnym świecie?

    (Źródło: piecsmakow.pl)
    ZŁOTY WIEK
    reż. Ann Hui
    Historia wielkiej kobiety - chińskiej pisarki Xaio Hong, która pokonując przeciwności losu dążyła do rozwijania swojego literackiego talentu. Z jednej strony to ekranizacja niełatwego życia wybitnej artystki, z drugiej zaś obraz ówczesnych (początek XX wieku), chińskich realiów. Na dodatek to także kandydat Hongkongu do Oskara w kategorii filmu nieanglojęzycznego. Mam nadzieję, że całość będzie również ciekawa i poruszająca co "Lady" Luca Bessona. 

    (Źródło: fdb.pl)
    ŁZY CZARNEGO TYGRYSA
    reż. Wisit Sasanatieng
    Szaleńsza mieszanka gatunkowa! Już samo określenie "azjatycki western" wzbudza moją ciekawość. A jeśli dodamy do tego wątek romantyczny z klasowymi dysproporcjami (ubogi młodzieniec zakochany ze wzajemnością w bogatej dziewczynie) oraz elementy kina gangsterskiego, to już z pewnością lecę na seans!

    Co jeszcze znalazło się w programie? Masa dyskusji i spotkań z filmowcami, podróżnikami, specjalistami, koncerty muzyki japońskiej i chińskiej, wietnamskie kino samochodowe, Noc Kina Grozy oraz wystawa fotograficzna "Azja w obiektywie". Szczegółowe informacje o wyświetlanych filmach znajdziecie TUTAJ.


    Continue Reading

    Celebrycki żywot kojarzycie wyłącznie z blichtrem i sławą? Bogactwem, zawrotną karierą, półką z trofeami i nadmiarem luksusu? Czy dylematy gwiazd wielkiego formatu oraz sezonowych, gorących nazwisk to Waszym zdaniem tylko decyzja o kolorze kreacji na ważną galę i egzotycznej destynacji na zbliżające się wakacje? Jeśli tak, "Mapy gwiazd" sprowadzą Was na ziemię. I pokażą pewien niezbyt chlubny wycinek rzeczywistości hollywoodzkiej śmietanki.

    (Źródło: polityka.pl)
    Państwo Weiss to nietypowi rodzice. W Mieście Aniołów mają sławę i pieniądze. On jest genialnym coachem, który właśnie promuje swoją najnowszą książkę, ona trzyma pieczę nad karierą ich dorastającego syna Benjiego. Chłopiec, choć ma dopiero 13 lat, odbywa antynarkotykową terapię. Ewidentnie nie umie odnaleźć się w normalnym życiu, a zapatrzeni w rosnący dochód z jego pracy rodzice, nie potrafią albo nie chcą nawet tego dostrzec. Ich drogi krzyżują się z podstarzałą aktorką Havaną. Nie dość, że cały filmowy światek o niej zapomniał, to jeszcze boryka się z problemami psychicznymi. Pewnego dnia pod jej skrzydła trafia tajemnicza Agatha, która - jak się okazuje - nie znalazła się w Hollywood zupełnie przypadkiem...

    (Źródło: youtube.com)
    Fabularny miszmasz jest zagwarantowany. Kilka zwrotów akcji i nieprawdopodobnych scen również. Przede wszystkim obserwujemy jednak upadek rodziny, zepsucie moralne oraz materialne zatracenie. Co najmniej jeden z powyższych punktów występuje we wszystkich miniwątkach "Map gwiazd", ponieważ najnowsza produkcja Kanadyjczyka próbuje niemal w każdej scenie podkreślić mroczną stronę Hollywoodu. 

    Reżyser nie boi się pokazania silnych emocji. Sięga po cynizm, egoizm, interesowność, brak skrupułów. Perfekcyjnie portretuje zachowania typowe dla tego środowiska, czym wstrząsa resztą populacji. Sam nie dopowiada zbyt wiele. Pełni raczej funkcję nieco wycofanego obserwatora, rejestratora "brudnej prawdy", świadka mrocznych tajemnic. Dzięki temu sami możemy wyciągnąć wnioski, a te nie pozostawiają jakichkolwiek wątpliwości: kondycja moralna gwiazd jest fatalna!


    (Źródła: film.onet.pl i m.kultura.gazeta.pl)

    Wyraziste zarysowanie osobowości bohaterów "Map gwiazd" oraz przedziwne połączenie ich losów sprawia, że seans nie należy do łatwych. Dzieło Cronenberga jest mozaiką sylwetek postaci notorycznie przewijających się w hollywoodzkim świecie. Mamy tu całą plejadę fałszywych mistrzów, genialnych cwaniaków, słodkich idiotek, perfekcyjnych kłamców, dwulicowych lizusów, zadzierających nosa dzieciaków bogaczy. 

    Obraz ich codzienności uderza widza niezwykłą brutalnością, agresją, obłudą i głupotą. Mocno porusza zwłaszcza w wykonaniu Julianne Moore i młodziutkiego Evana Birda, który spisał się na medal. A Moore? Jest tutaj rewelacyjna. Ilekroć pojawia się na ekranie, film nabiera rozpędu. Szokuje, oburza, intryguje, rozbawia, zawstydza, ale na pewno nie pozostawia obojętnym.
    Co ciekawe, sam Robert Pattinson nie jest tragiczny. Może faktycznie nie bryluje, a grając ramię w ramię z Mią Wasikowską, Olivią Williams czy wspomnianą już Julianne Moore nie jest w stanie je przyćmić, to mimo wszystko nie umniejsza efektu końcowego produkcji.




    (Źródła: film.interia.pl, stopklatka.pl i film.onet.pl)
    "Mapy gwiazd" nie są arcydziełem. To żaden mistrzowski portret współczesnych nam celebrytów. Jednak mimo wszystko są udaną próbą analizy dzisiejszych trendów medialnych, gwiazdorskich układów, ich publicznych umizgów i kuluarowych intryg.

    Cronenberg z sukcesem uwydatnił najistotniejsze przesłanie filmu. Zwłaszcza kilkakrotnie sadzając swoich bohaterów na ruinach domu jednej z hollywoodzkich rodzin. Dobitnie i celnie, choć wciąż nie wprost, pokazał jak wiele brudu i zła kryje się za tymi pięknymi twarzami z pierwszych stron gazet, jak sztuczne są życzliwe uśmiechy eleganckich bywalców największych światowych imprez, a także jak wiele ludzkich tragedii dzieje się w ich kosztownych rezydencjach. 
    Jeśli potraktujemy całość jako zwykły dramat, nie będziemy zachwyceni. Ale spojrzenie na nią w kategoriach satyry całkowicie zmienia naszą ocenę.

    (Źródło: fdb.pl)
    Continue Reading

    Przesyt informacyjny, spłycenie relacji międzyludzkich, wysoki poziom bezrobocia, postępujący efekt cieplarniany - to tylko kilka przykładów najistotniejszych problemów XXI wieku. Co można dodać do tej wybuchowej mieszanki? Z pewnością uprzedzenia. Rasowe, religijne, narodowościowe. W "Za jakie grzechy, dobry Boże?" Philippe de Chauveron pokazuje, że ze stereotypowego patrzenia na świat i otaczających nas ludzi można się śmiać. I to w bardzo dobrym stylu!


    (Źródło: youtube.com)
    Współczesna Francja. Małżeństwo po 60-tce wydaje za mąż córkę. Najpierw jedną, później drugą... i trzecią. Każdą za mężczyznę z "innego świata" - Araba, Żyda i Azjatę. Przy każdym kolejnym ślubie coraz bardziej załamują ręce i popadają w depresję. Ich, początkowo skrywana, niechęć do obcokrajowców przy trzecim ślubie staje się widoczna już na pierwszy rzut oka. Zwłaszcza w wydaniu ojca młodych mężatek - Claude'a. On nie może pogodzić się z myślą, że jego córki wybrały cudzoziemców zamiast rodowitych Francuzów. Uznaje to za przejaw braku szacunku do własnego kraju, rzekomo wyznawanej wiary (katolicyzm), a nade wszystko swoich rodziców!


    (Źródło: youtube.com)

    Jednak koszmar ma się wkrótce skończyć. Gorzki smak dotychczasowej porażki wychowawczej będzie zastąpiony długo wyczekiwaną osłodą w postaci ślubu Laure - najmłodszej córki z katolikiem. Momentalnie po ogłoszeniu przez nią dobrej nowiny państwu Verneuil spada kamień z serca. Radosnym okrzykom i czułym uściskom nie ma końca. Rozżalenie, złość i niemoc odchodzą w niepamięć jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Do czasu. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy rodzice Laure stają oko w oku z wybrankiem córki. Czarnoskórym!



    (Źródła: ugc.fr i ecranlarge.com)
    W tym filmie gagom sytuacyjnym nie ma końca, a błyskotliwe uwagi odnoszące się do pochodzenia poszczególnych bohaterów trafiają w punkt już od pierwszych minut seansu. Doprawdy, dawno nie bawiłam się tak dobrze na filmie, który jest nie tylko śmieszny, ale i mądry. 

    Reżyser nie bał się zestawienia przedstawicieli każdej rasy i religii. W umiejętny sposób bawi się stereotypami na ich temat. Co więcej, wkłada w ich usta tak potoczne i nieco obelżywe, jak i subtelniejsze, ironiczne określenia. Postacie z "Za jakie grzechy, dobry Boże" nawzajem się oceniają, krytykują i... pocieszają. Czasami wytykają sobie wady również sięgając po stereotypy! 




    (Źródła: fdesouche.com, stopklatka.pl i helios.pl)
    Z czym wychodzimy z kina? Na pewno z wyśmienitym nastawieniem i dobrym humorem na resztę dnia/wieczoru. De Chauveron rewelacyjnie zaprezentował to, z czym boryka się nie tylko współczesna Francja. To powoli także problem dzisiejszej Polski, w której mieszanka rasowo-religijna powiększa się, a jednocześnie w której wciąż brakuje tolerancyjnego podejścia do człowieka o nieco innej kulturze czy odmiennym systemie wartości.

    W obrazie francuskiego reżysera chwilami możemy przejrzeć się wiec jak w lustrze. Niekoniecznie utożsamiając się ze skrajnie uprzedzonymi bohaterami. Raczej dostrzegając swoje drobne uszczypliwości nacechowane pewną formą dyskryminacji. I to wielokrotnie wcale nie wypowiedziane w odniesieniu do obcokrajowca czy innowiercy.
    Z drugiej jednak strony opuszczamy salę z pytaniem: "Czy warto 
    wszystko brać tak na poważnie? I czy nasze małe, wzajemne przytyki nie są tylko błahymi żartami, jeśli w rzeczywistości okazujemy sobie prawdziwy szacunek?".


    (Źródło: gutekfilm.pl)
    Continue Reading

    Zdecydowanie jesień obfituje w kinowe wydarzenia! Już jutro startuje kolejna filmowa atrakcja. Na początku listopada na warsztat wzięto tematykę żydowską z racji inauguracji 12. edycji Warsaw Jewish Film Festival. Oprócz licznych seansów czekają nas także spotkania z twórcami, warsztaty oraz wystawy tematyczne.


    (Źródło: wjff.pl)
    Jak piszą sami organizatorzy: "Tysiącletnia historia Żydów Polskich współtworzy historię Polski. Tragiczne wydarzenia, mordercze, zwyrodniałe ideologie położyły kres wybitnej i unikatowej kulturze języka jidysz istniejącej do lat 40-tych XX wieku. Ta bogata kulturowa spuścizna zobowiązuje dzisiaj, nas - mieszkańców naszego kraju - do pamiętania o tym wybitnym dziedzictwie."

    W tym roku impreza będzie dedykowana francuskiemu reżyserowi Claude’owi Lanzmannowi, natomiast gościem honorowym został izarelski reżyser i scenarzysta Samuel Maoz. W programie znalazł się oczywiście przegląd jego filmów, w tym m.in. nagrodzony Złotym Lwem w Wenecji "Liban", który będziemy mogli obejrzeć podczas uroczystości zamknięcia festiwalu połączonej z wręczenie  nagród Kamer Dawida.

    (Źródło: youtube.com)
    Gdzie to wszystko się odbędzie? Głównie w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN oraz kinie Luna. Kiedy? Od poniedziałku 3.11 do niedzieli 9.11. 
    Na wszystkie projekcje w Muzeum Historii Żydów Polskich obowiązuje wstęp wolny, zaś cena biletów na seanse w kinie festiwalowym Kino LUNA to tylko 10 zł.


    (Źródło: wjff.pl)
    Podczas jutrzejszej gali otwarcia odbędzie się pokaz przedpremierowy filmu "Choleryk z Brooklynu" w reżyserii Phila Aldena Robinsona z Robinem Williamsem, Peterem Dinklage, Milą Kunis i Melissą Leo w rolach głównych. Seans rozpocznie się o 19:30 w Muzeum Historii Żydów Polskich. Muszę przyznać, że to bardzo kusząca opcja na rozpoczęcie kolejnego tygodnia :)

    Co jeszcze jest w planach? Między innymi dokumentalna koprodukcja polsko-kanadyjska "Tęsknię za Tobą Żydzie", pokaz krótkometrażowych produkcji niemieckich o tematyce żydowskiej, dokument "Samuel" Jana Kidawy-Błońskiego o Samuelu Willenbergu - uczestniku Powstania Warszawskiego czy opowieść o wojnie widzianej oczami dziecka - "Biegnij, chłopcze, biegnij".

    Szczegółowy program całego wydarzenia znajdziecie tutaj. 

    Continue Reading
    Newer
    Stories
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      4 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top