facebook instagram filmweb

Okiem Kinomaniaka

    • Strona główna
    • O mnie
    • .
    • -

    To jedna z najgorętszych produkcji Netflixa w ostatnim czasie. Wydawałoby się, że dostaniemy coś w stylu "13 powodów", ale w wersji komediowej, a tu... duże zaskoczenie! Bo "Sex Education" nie jest typowym serialem dla młodzieży. To propozycja w zasadzie dla wszystkich. Świetnie napisana, bardzo dobrze poprowadzona, genialnie zrealizowana. Istna perełka!

    (Źródło: jedenelement.pl)

    Nastoletni Otis, syn pary terapeutów, lubi żyć w cieniu. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela, Erica, nie chce się wyróżniać strojem, fryzurą, makijażem. Unika spotkań z nieznajomymi, nie ciągnie go do uczestnictwa w imprezach. O dziwo, gdy trafia na Maeve uznawaną za szkolną łobuziarę, a w rzeczywistości inteligentną, pracowitą feministkę o nieco buntowniczym wyglądzie, wszystko się zmienia. Oboje "otwierają" szkolną poradnię seksualną zwaną kliniką. Po rady Otisa ustawia się kolejka koleżanek i kolegów ze szkolnej ławki. Chłopak, dzięki wiedzy zdobytej za sprawą mamy-sekusolożki, pomaga potrzebującym, zbija krocie oraz zyskuje status eksperta w sprawach seksu nadal będąc... prawiczkiem.


    (Żródło: youtube.com)

    Co mnie urzekło w "Sex Education"? Chyba wszystko! Już pierwszy odcinek skutecznie wciąga widza, oczarowuje go pięknymi zdjęciami i szczerze bawi. Wszystkich nieprzekonanych do produkcji zachęcam do zapoznaniami się z zaletami serialu. Przed Wami 5 mocnych argumentów, by już dzisiaj zacząć przygodę z Otisem i jego ekipą! :)


    HISTORIA

    Nade wszystko serial jest po prostu rewelacyjną historią. Losy Otisa i jego znajomych zostały opowiedziane (tak w pierwszym, jak i drugim sezonie) naprawdę bardzo dobrze. Mamy możliwość poznania wielu bohaterów i problemów, z jakimi się borykają. Stworzono fantastyczne, ciekawe postacie, których losy śledzimy z ogromnym zainteresowaniem i zaangażowaniem. Co ważne. bardzo dobrze napisane są także dialogi, które to niejednokrotnie psują nawet najfajniejsze scenariusze. 



    (Źródła: pl.ign.com)

    TEMATYKA

    Ogromnym plusem produkcji jest głośne i odważne mówienie o seksie. A tak naprawdę prowadzenie, w przystępnej formie, lekcji edukacji seksualnej. Bez zbędnego zażenowania, za to z jawnym obalaniem mitów. Bez straszenia seksem i jego konsekwencjami, za to z otwartym powiedzeniem o jego blaskach i cieniach. "Sex Education" to nie tylko seks. To również lekcja tolerancji i nauka samoakceptacji, która dla młodych jest wręcz niezbędna w tym tak trudnym okresie jakim jest dojrzewanie. To nauka akceptowania nie tylko swojego wyglądu czy preferencji seksualnych, ale i próba zaakceptowania własnych wad i zalet, poradzenia sobie z głęboko skrywanymi lękami. Serial bardzo konkretnie mówi również o tym, że dorośli (rodzice, nauczyciele, przyjaciele rodziny) powinni służyć wsparciem w poszukiwaniu prawdziwego "ja" nastolatków. Nie mają być tylko swoistymi opiekunami (dać dach nad głową, czyste ubrania, zaspokoić głód, umożliwić naukę), ale też mentorami. Pokazać jak radzić sobie z problemami, zachęcać do próbowania nowych rzeczy i rozwijania pasji, a także motywować do odkrywania w czym się jest dobrym i co daje nam radość.


    PRZESŁANIE

    Chociaż "Sex Education" zdaje się wpisywać w nurt tzw. teen series, śmiało może uchodzić za... poradnik dla rodziców! Niejednokrotnie obserwujemy na ekranie sceny z życia rodzinnego: bunt nastolatków, kłótnie, dylematy rodzicielskie. Widzimy jak różni bohaterowie radzą sobie (albo i nie) z problemami związanymi z wychowaniem dorastających dzieciaków. Postać Jean jest tu przykładem zdroworozsądkowej matki, dbającej o właściwe przygotowanie syna do życia, także tego erotycznego. I choć jest nieco zbyt opiekuńcza i - trzeba przyznać - wścibska, to może stanowić jakiś punkt odniesienia dla współczesnych matek. Ojcowie mogą za to przejrzeć się w postaci ojca Adama, dyrektora Groffa albo ojca Erica, pana Effionga reprezentujących dwa zupełnie różne wzorce ojcostwa. Pierwszy jest szorstki, władczy, nadmiernie wymagający, drugi zaś w wielu momentach ukazuje dobroć i wsparcie jakim darzy swego syna. Śledząc kolejne losy bohaterów serialu starsi widzowie mają zatem możliwość zaczerpnięcia wiedzy na temat mądrego rodzicielstwa. Sądzę, że to wielki sukces "Sex Education", by jedna produkcja mogła tak wiele cennych rad przekazać tak wielu różnym odbiorcom! 



    (Źródła: wyborcza.pl i ladbible.com)


    HUMOR

    Umówmy się, serial nie odniósłby aż takiego sukcesu, gdyby nie miał w sobie tej idealnie wyważonej dawki humoru. Lekkiego, inteligentnego, momentami wręcz sarkastycznego. A czasami i zupełnie prostego, ale nadal pojawiającego się w odpowiednich dawkach, w odpowiednim momencie. Twórcy w bardzo przemyślany sposób ten humor nam dawkują. On sprytnie przewija się w poszczególnych wątkach serialu na przemian z elementami dramatu. 


    ESTETYKA

    "Sex Education" skradł moje serce także za sprawą przepięknej warstwy wizualnej. Wiem, że wielu widzów zachwyca się wspaniałą ścieżką dźwiękową, ale w moim odbiorze to właśnie świetne zdjęcia i cudne kolory budują nietuzinkowy klimat produkcji. Można odnieść wrażenie, że historia opowiadana jest współcześnie (bohaterowie korzystają z technologii: laptopy, smartfony), ale cała scenografia zdaje się przenosić nas do przeszłości. Chwilami czuję się jak w latach 50., innym razem jak gdzieś pomiędzy latami 70. a 80. Wspaniałe obrazki stanowią dla mnie wisienkę na torcie.

    (Źródła: teleshow.wp.pl)

    Continue Reading

    "Kłamstewko" święci triumfy co najmniej od kilku tygodni. Na swoim koncie ma już m.in. Złote Globy oraz Satelity dla Awkwafiny jako najlepszej aktorki w komedii/musicalu, a także liczne nominacje. Chińska produkcja początkującej reżyserki zachwyciła krytyków i widzów z całego świata. Stało się tak za sprawą  ciekawego zestawienia kultury wschodniej i zachodniej wobec tematu śmierci.


    (Źródło: aktywniewmiescie.pl)

    Billi (Awkwafina) od lat żyje w Stanach, bo na emigrację zdecydowali się jej rodzice, gdy ona była jeszcze dzieckiem. Teraz, jako dorosła już osoba, próbuje życia na własny rachunek, choć to nie wychodzi jej jeszcze najlepiej. Dziewczyna utrzymuje regularny kontakt z ukochaną babcią, której nie widziała już kilka lat. Kiedy więc dowiaduje się o jej poważnej chorobie i - jak przewidują lekarze - rychłej śmierci, postanawia nie zważając na wszystko, polecieć do Chin, by pożegnać się z seniorką rodu. Problem jednak w tym, że cała rodzina, zgodnie z chińską tradycją, nie informuje babci o jej prawdziwym stanie zdrowia. Decydują się ukryć złe wieści, a pretekstem do spotkania ich familii staje się ślub kuzyna Billi. 


    (Źródło: youtube.com)

    W "Kłamstewku" chyba najciekawsze jest to, że Lulu Wang udało się zasiać ziarno niepewności w sercach wielu zachodnich widzów. Niektórzy twierdzą, że na początku seansu zupełnie nie zgadzali się z chińskim zwyczajem zatajania złych wieści i ukrywania poważnej diagnozy przed chorym, a im bliżej finału, tym bardziej poddawali w wątpliwość podejście reprezentowane w naszych, zachodnich społeczeństwach. I chociaż sama jednak nie skłaniałabym się do realizowania chińskich tradycji, to film w wielu miejscach mnie ujął. 

    W uroczy sposób zobrazowano znaczenie rodziny we wschodniej kulturze. Widzimy, że podtrzymywanie tradycji oraz zacieśnianie rodzinnych więzi jest naprawdę ważne dla Chińczyków, zwłaszcza tych starszej daty. Co ciekawe, w "Kłamstewku" wybrzmiewa mocno nieustanna próba porównania życia na Wschodzie z życiem na Zachodzie, ocena tego, w którym kraju ma się większą szansę na sukces, który kraj daje lepsze możliwości rozwoju, ale też i z którym identyfikują się członkowie rodziny Billi od wielu już lat żyjący na emigracji. 
    Billi, dzięki dłuższemu przebywaniu z babcią, jakby na nowo odkrywa to, co wartościowe, inspirujące w kulturze chińskiej, by - być może - wdrożyć je do swojego amerykańskiego stylu życia. Sądzę więc, że niemałe znaczenie dla sukcesu produkcji miał także ten uniwersalny przekaz dotyczący międzypokoleniowych spotkań i czerpania z tego, czego uczyli nas nasi przodkowie. Niejednokrotnie te babcine zwyczaje i ludowe prawdy pozwalają nam, ludziom XXI wieku, odnaleźć pewną harmonię i ze zdrowym dystansem spojrzeń raz jeszcze na ten sam problem, by tym razem inaczej go rozwiązać. Podobnie jest także z zachowaniem Billi wobec babci. 


    (Źródła: polskieradio.pl i goingapp.pl)


    Continue Reading

    "Jedynka" rozwaliła system! To była jedna z najlepszych produkcji obejrzanych w roku 2014. Wyśmienicie bawiłam się na seansie! Czy kontynuacja losów szalonej, francuskiej rodzinki sprostała wysokim oczekiwaniom? Sprawdźcie sami!



    (Źródło: i-znowu-zgrzeszylismy-dobry-boze.pl)

    Twórcy rewelacyjnej francuskiej komedii z 2014 ponownie zabrali się do pracy. Tym razem przedstawiają nam dalsze losy rodziny Verneuil. Po burzliwym ślubie najmłodszej córki przyszedł czas na niemalże powtórkę z rozrywki. Teraz dramatycznym momentem stają się narodziny najmłodszego wnuka. Smaczku dodaje fakt, że wszystkie córki (wraz z mężami) zaczynają marzyć o emigracji. Ojciec rodu dostaje furii. W ramach protestu wobec opuszczenia Francji przez jego najbliższych, wciela w życiu misterny plan rozkochania zięciów w swojej ojczyźnie.

    (Źródło: youtube.com)

    Nadal mamy świetnych bohaterów, którzy (zwłaszcza najstarsza para rodu: Claude i Marie), zostali fantastycznie zagrani. Wciąż jest sporo humoru i to takiego niepoprawnego politycznie. Brakuje jednak polotu w tych komicznych dialogach i sytuacyjnych gagach. Zbyt wiele jest przewidywalnych zachowań i niezbyt śmiesznych wypowiedzi. Albo nawet śmiesznych, ale nie tak zabawnych jak w "jedynce".

    To dość typowy problem sequelów komediowych. Kiedy pierwsza część okazuje się mistrzostwem świata, kolejna ma znacznie trudniejszy start. Wszyscy oczekują żartów najwyższych lotów i w gigantycznej ilości, a to niełatwo osiągnąć. 
    Mimo więc całkiem fajnej atmosfery, "I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże!" wypada gorzej. Co nie znaczy, że to istna porażka. Co to, to nie! Z pewnością uśmiejecie się sporo razy, a kilka nawet na głos. Nie ma jednak co nastawiać się na powtórkę projekcji sprzed 5 lat. 

    A recenzję części pierwszej znajdziecie TU. Kto nie widział, niech nadrabia! To seans, który śmiało można powtórzyć - z pewnością nadal będzie Was bawił. :)



    (Źródła: kultura.onet.pl, eska.pl i falakina.pl)

    Continue Reading

    Przygody Tomka Wilczyńskiego i Ani Kwiatkowskiej pokochała znaczna część Polski. I nic w tym dziwnego, tak pierwsza część "Planety singli", jak i jej druga odsłona, były naprawdę bardzo udane. Bardzo dużo dobrego humoru (gratulacje dla scenarzystów!), świetne postacie i godny pozazdroszczenia casting. Czy "trójka" sprostała - nie oszukujmy się, wysokim oczekiwaniom?

    (Źródło: pca.pl)
    Główni bohaterowie szykują się do wielkiego dnia - do ślubu. Przygotowania, choć pełną parą, to idą jednak dość chaotycznie, młodzi kłócą się, a matka panny młodej skrywa pewną tajemnicę. W dodatku, ni stąd ni zowąd, pojawia się ojciec Tomka, który chce zagrać pierwsze skrzypce na ślubie własnego syna, czym tylko jeszcze bardzo drażni młodszego z Wilczyńskich. Czy coś jeszcze może pójść nie tak? 

    (Źródło: youtube.com)

    Wypuszczenie trzeciej części zaraz po drugiej było strzałem w dziesiątkę! Szczególnie, że premierę "trójki" zaplanowano na okres walentynkowy. Nie mam wątpliwości, że sale kino będą pękały w szwach. Dlaczego? Bo znów dostajemy to, co sprawdziło się w dwóch poprzednich odsłonach: genialną obsadę, porządny scenariusz i sporo humoru. 

    Mimo całej mojej (ogromnej!) sympatii do tej serii, wyszłam z kina lekko zawiedziona. Chociaż para głównych bohaterów naprawdę świetnie się spisuje, a i większość drugoplanowych ról została fajnie napisana i zagrana, to... zabrakło nieco polotu. Szczególny niesmak zostawił Bogusław Linda w roli Maksa, ojca Tomka Wilczyńskiego. Może to kwestia tego, jakim bohaterem miał być, a może raczej tego, że nigdy (ups!) nie przepadałam za Lindą oraz jego manierą. Z tego powodu miałam wrażenie, że wątek Maksa negatywnie wpływa na komediowy charakter, który był ogromną siłą dwóch poprzednich części. Bo czego jak czego, ale kilku romantycznych scen oraz solidnej dawki dobrego humoru oczekiwałam po trzeciej odsłonie - nie boję się tego napisać - najlepszej polskiej serii komedii romantycznych! Tu jednak humoru sytuacyjnego, jak i żartobliwych dialogów było jakby mniej. Ale spokojnie, bez obaw: nie jest tak, że nie ma tego w ogóle! Humor jest, i to całkiem niezłego kalibru, lecz w trochę mniejszej dawce. Jako miłośniczka komedii liczyłam po prostu, że będzie go tyle, co w "jedynce" czy "dwójce". 

    "Planeta singli 3" wypada naprawdę przezwoicie na tle tak wielu rodzimych produkcji romantyczno-komediowych. Ma sporo jasnych stron: niezwykle aktualny scenariusz, dobre aktorstwo czy wpadającą w ucho muzykę. Przeczuwam, że żaden z entuzjastów wcześniejszych części nie będzie żałował seansu.
    Mam jednak skrytą nadzieję, że "Planeta.." zostanie trylogią, bo boję się, że ewentualna kolejna odsłona losów Ani i Tomka mogłaby tylko zepsuć to, co w 3-częściowym pakiecie jest godne polecenia. Kto więc nie widział początków miłości państwa Wilczyńskich, niech sięgnie po całość - to będzie udany, dłuuuugi wieczór :)



    (Źródło: multikino.pl)
    Continue Reading

    Podróż, w którą zabiera nas Peter Farrelly będziemy z nostalgią wspinać bardzo długo. Jego "Green Book", robiący furorę na wielu festiwalowych eventach, to klasyczne kino drogi, w którym nieistotny jest cel wędrówki, ale sam fakt podróżowania, wpływający na zmianę postaw głównych bohaterów. A ci w filmie są wprost fenomenalni!

    (Źródło: moviebabblesreviews.com)

    Tony (Viggo Mortensen) pochodzi z włoskiej rodziny. Mieszka na Bronxie, gdzie pracuje jako ochroniarz w nocnym klubie. Zajmuje się selekcją przy wejściu, bezpieczeństwem wewnątrz budynku i rozwiązywaniem wszelkich konfliktów. Nie boi się używania siły fizycznej. W końcu za to mu płacą. Kiedy lokal zostaje zamknięty na czas remontu, mężczyzna rozgląda się za nowym zajęciem. Tymczasowe zatrudnienie dostaje u tajemniczego pianisty doktora Shirley'a (Mahershala Ali), z którym ma wyruszyć w dwumiesięczną trasę koncertową po Głębokim Południu. Dla obu będzie to jedna z najważniejszych podróży ich życia.


    (Źródło: youtube.com)

    "Green Book" to przede wszystkim film rasizmie. O tym, jak wyglądały realia lat 60. O tym, że kolor skóry definiował to kim możesz zostać, do którego baru pozwolą Ci wejść czy w którym sklepie możesz zrobić zakupy.  Ale to również obraz o tym, że każdy z nas jest inny, a segregacja po kolorze skóry jest tak samo bezsensowna jak np. po kształcie nosa czy kolorze oczu. Tony i dr Shirley są kompletnie różni. Wzrastali w odmiennych środowiskach, mają inne talenty, co innego uznają za sukces czy porażkę. Ale łączy ich jedno: oba pragną szacunku. Chcą być godnie traktowani. Wspólna podróż przez Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych otwiera im oczy na wszelkie przejawy dyskryminacji. Tony uświadamia sobie jak nieludzkie jest ocenianie innych na podstawie koloru skóry i jak wprowadzenie odrobiny ogłady w swoim zachowaniu może zmienić człowieka. Dr Shirley za to zyskuje odwagę, by naprawdę być sobą i zawalczyć o to, by ci, którzy doceniają jego ogromny talent naprawdę traktowali go jak równego sobie.


    (Źródła: moviebabblesreviews.com i filmthreat.com)

    Największym komplementem dla twórców "Green Book" możemy chyba uznać to, że seans mija nam niepostrzeżenie. To jak z lekturą rewelacyjnej książki: zaczynamy czytać i zanim się obejrzymy, przeczytamy całą z wypiekami na twarzy nie zdając sobie sprawy, że minęło kilka godzin. Bo choć nowość Farrelly'ego trwa ponad 2 godziny, to absolutnie nie wiemy kiedy ten czas płynie. Moglibyśmy jeszcze dłużej siedzieć w kinie i podążać za bohaterami, którzy momentalnie zdobyli naszą sympatię.

    To niesamowite, że reżyser z - mówiąc dość delikatnie - raczej niezbyt błyskotliwym dorobkiem ("Bez smyczy", "Dziewczyna moich koszmarów") stworzył obraz wręcz wyśmienity. Mocną stroną jest bardzo dobry scenariusz. Opowieść o rodzącej się przyjaźni Tony'ego z doktorem Shirley idealnie wyważono. Mamy dobrze skrojony dramat z kilkoma kluczowymi zdarzeniami, jakie zachodzą między głównymi bohaterami oraz sporą dawką lekkiego humoru. W ten sposób widz ma wrażenie, że ogląda dość przyjemne dzieło, które jednak w dużej mierze ma nas wzruszyć, ale i czegoś nauczyć. 


    (Źródła: moviebabblesreviews.com i filmthreat.com)
    Continue Reading

    Nieczęsto mamy przyjemność chadzania na polskie komedie romantyczne. Jeszcze rzadziej na te udane. Kiedy więc przeszło dwa lata temu sukces odniosła "Planeta singli", mało kto wierzył, że sequel będzie w stanie dorównać jedynce. Całe szczęście, że niedowiarki tym razem bardzo się pomyliły.

    (Źródło: multikino.pl)

    Ania i Wojtek przeżywają kryzys w związku. Po miesiącach sielanki, spijania sobie z dzióbków, wkrada się do ich relacji codzienność. Okazuje się, że każde z nich ma swoje wady, oczekiwania, przywiązania, z których nie chce rezygnować, a z którymi druga strona niekoniecznie chce się pogodzić. Od słowa do słowa zaczynają kłótnię, która kończy się zerwaniem. Nie byłoby to tak dużym problemem, gdyby nie fakt, że w czasie największej sprzeczki pary Marcel dobił targu z dyrekcją stacji na nowy program - świąteczny odcinek na żywo prowadzony przez... Anię i Wojtka jako najpopularniejszą polską parę. Tak zaczyna się seria mniejszych i większych sprzeczek głównych bohaterów oraz zabawnych sytuacji z życia ich najbliższych, którzy przeżywają smutki i radości we własnych związkach.

    (Źródło: youtube.com)

    Mitja Okorn zmienił się na Sama Akina, który przy jedynce pracował nad scenariuszem. I choć to właśnie Okorn wyreżyserował wyśmienitą komedię, która bawiła całą Polskę - "Listy do M.", a później pierwszą odsłonę "Planety singli", to Akina mu nie ustępuje. Jego sequel bawi i wzrusza równie mocno i dobrze, co pierwowzór. W dużej mierze to zasługa świetnego duetu Więdłocha-Stuhr. Oni po prostu fantastycznie wypadają razem na ekranie! Tu ukłony też za dobry casting, bo bez niego efekt końcowy nie byłby tak wysoko oceniany. Szczerze nie wiem która inna polska aktorka tak naturalnie wyszłaby w roli nieco gapowatej, staroświeckiej, ale i uroczej Ani.

    Nie zapominajmy jednak o tym, co buduje sukces filmu: dialogach. Te zostały sprawne rozpisane dodając postaciom pewnego wigoru. I sporo humoru. Bo "Planeta singli 2" równoważy pierwiastek romantyczny i komediowy. Nie jest wyłącznie historią o miłości, nosi w sobie sporo rozrywki, tak za sprawą głównych bohaterów, jak i postaci im towarzyszących (przede wszystkim Marcel grany przez Piotra Głowackiego, Bogdan Tomasza Karolaka czy Ola Weroniki Książkiewicz).

    Owszem, są pewne potknięcia. Kamil Kula przed kamerą wychodzi na strasznego sztywniaka, a jego postać jest śmieszną imitacją Steve'a Jobsa. Na ekranie przelatuje nam co najmniej kilka logotypów, czasami dość topornie. Joanna Jarmołowicz, chociaż z miłą buzią i fajną energią, staje się mało wiarygodna w roli buntowniczej nastolatki, a postać grana przez Maffashion nie wnosi niczego do produkcji. To wszystko jednak nie psuje finalnego efektu: lekkiego, naprawdę zabawnego filmu z głównym wątkiem romantycznym osnutym w bożonarodzeniowym klimacie. To coś, co z przyjemnością obejrzy większość widzów i opuści sale kinowe usatysfakcjonowana. 



    (Źródła: film.wp.pl, cojestgrane24.wyborcza.pl i youtube.com)

    Continue Reading

    "Zwyczajna przysługa" nie jest filmem tak zwyczajnym, jakby się mogło wydawać. Zwiastun niesłusznie zapewnia widza, że produkcja jest czymś z pogranicza thrillera czy kryminału. Trochę jakby nowa odsłona "Zaginionej dziewczyny". Okazuje się jednak, że nowość Paula Feiga to... komedia kryminalna!

    (Źródło: in.bookmyshow.com)

    Stephanie (Anna Kendrick) zaprzyjaźnia się z Emily (Blake Lively). Ich synowie chodzą razem do szkoły i dużo czasu spędzają razem. To sprawia, że matki nie mają wyjścia: muszą się poznać. Od słowa do słowa kobiety z dwóch różnych światów nawiązują nić porozumienia. Trudno ocenić na ile przyjaźń ta jest szczera ze strony Emily, zawsze eleganckiej karierowiczki reprezentującej mocno kontrowersyjne podejście do wychowania dzieci. Emily jest jej przeciwieństwem: to nieco szalona samotna matka, która bardzo angażuje się w szkolne wydarzenia, a w wolnych chwilach prowadzi kulinarnego vloga. Kiedy któregoś dnia Emily prosi ją o odebranie synka ze szkoły, chętnie podejmuje się drobnej przysługi. Gdy jednak kontakt z przyjaciółką zostaje urwany, z szarej myszki zamienia się w detektywa.

    (Źródło: youtube.com)

    Do pewnego momentu w ogóle nie czułam, że "Zwyczajna przysługa" to komedia kryminalna. Fabuła rozkręca się dość długo i niełatwo tak jednoznacznie ocenić z jakim gatunkiem mamy do czynienia. Całość wygląda dość typowo dla dramatu/kryminału. Humorystyczne elementy są rzadkością. Później, wraz z rozwojem akcji, jest ich więcej. Po części występuje na poziomie dialogów, częściowo jako humor sytuacyjny. Jest też obecny w samej charakterystyce głównych bohaterek, które są przerysowane. Zwłaszcza Stephane grana przez Annę Kendrick (swoją drogą niezła kreacja!) ma w sobie wiele elementów żartobliwych.

    Chociaż seans należał raczej do dość przyjemnych, a duet Kendrick-Lively na ekranie wypada bardzo dobrze, to "Zwyczajna przysługa" wydała mi się dość... zwyczajna. Nic mnie tu nie zaintrygowało, rozwiązanie zagadki nie było szokujące, a dawka humoru, którą zaserwowali twórcy była zbyt mała, abym mogła z czystym sercem zapewnić Was o iście rozrywkowym charakterze produkcji.



    (Źródła: pca.pl, popbookownik.pl i kino.dlastudenta.pl)

    Continue Reading

    Podobnej komedii nie pamiętam. Nad scenariuszem pracował sztab polskich stand-uperów, a za montaż i produkcję odpowiadali twórcy świetnej "Planety singli". Nie powiem, maczali też palce w samym scenariuszu. I chyba dobrze, bo finalnie "Juliusz" trzyma dobry poziom, czego jeszcze do niedawna nie można było powiedzieć o rodzimych filmach komediowych. 

    (Źródło: party.pl)

    Tytułowy bohater to jakby nowe wcielenie Adasia Miauczyńskiego z fenomenalnych obrazów Marka Koterskiego (wśród nich powszechnie znany "Dzień świra"). W wieku średnim, mieszka ze schorowanym ojcem-artystą nawet nie próbującym już walczyć z chorobą alkoholową. Nie ma życia prywatnego, a w pracy niemiłosiernie męczy się z bandą tępych i leniwych nastolatków, których usiłuje przekonać do zaangażowania w lekcje plastyki. Wolny czas spędza w towarzystwie najlepszego kumpla - Rafała, a sporadycznie sięga też po ołówek, bo stworzyć autorskie obrazki. Jest tak zrezygnowany, że lekceważy własny talent. Do czasu, gdy przypadkowo poznaje ciężarną Dorotę...

    (Źródło: youtube.com)

    Nie powiem, nie jestem fanką Wojtka Mecwaldowskiego. Wciąż z bólem wspominam seans koszmarnego niewypału pt. "Last minute" i tak jakoś omijam produkcje, w których pojawia się ów aktor. Zwiastun "Juliusza" był jednak na tyle inny, że mnie zaintrygował. I nieco rozśmieszył. 

    Po projekcji nie czułam żadnego zgrzytu między tym, co zaprezentowano w traileru, a całym filmem. Było tak, jak oczekiwałam. Niezłe postacie, spory kawałek fajnego poczucia humoru. Nie jest to komedia najwyższych lotów, na której brzuch boli od śmiechu, a z pewnością nikt nie zapadnie się pod ziemię ze względu na żenujący poziom żartów. 

    Na uwagę na pewno zasługuje fajna rola Jana Peszka. Miło oglądać cenionego aktora, który nawet w ostatnich rolach życia trzyma poziom! Moim zdaniem bardzo dobrze wypada też Rafał Rutkowski, którego lubię również jako standupera. Tym, co jednak najbardziej wpływa na pozytywny odbiór "Juliusza" są świetne dialogi. W dużej mierze to one bawią widownię, która raczej entuzjastycznie przejęła pełnometrażowy debiut reżyserski Aleksandra Pietrzaka.



    (Źródła: film.wp.pl, kulturalnemedia.pl i telemagazyn.pl)

    Continue Reading

    Komedia Susanny Fogel z Milą Kunis i Kate McKinnon w rolach głównych nie jest wysokich lotów. Żarty słowne i sytuacyjne gagi, jakimi raczą nas twórcy "Szpiega, który mnie rzucił" są dość proste i przewidywalne. Niemniej nie żałuję tego seansu. 

    (Źródło: twoje-kino.pl)

    Przyznaję bez bicia: czasami wakacyjną porą mam ochotę na lekki seans iście rozrywkowy, niewymagający ode mnie zbytniego zagłębiania się w prezentowaną fabułę. Zwiastuny nowości z Kunis w roli porzuconej dziewczyny szpiega wydały się niemal idealną propozycją na letni wypad do kina. Zwłaszcza, że to komedia, czyli mój ulubiony gatunek na niczym niezmącony filmowy relaks. 

    (Źródło: youtube.com)

    Choć historia dziewczyny porzuconej przez SMSa, która nagle, z dnia na dzień, ma odbyć superważną misję, nie jest ani przekonująca, ani zbytnio dopracowana, to ogląda się ją dość nieźle. Trudno powiedzieć czego to jest zasługa. Jak dla mnie chyba największą zaletą produkcji pozostaje angaż Mili Kunis, którą naprawdę lubię. Z tego też powodu podświadomie przymykam oko na wszelkie niedociągnięcia. Bo co tu ukrywać, jest ich całkiem sporo.
    Przede wszystkim za minus możemy traktować średni scenariusz. Dialogi także nie wypadają lepiej. Jednak najsłabszym punktem jest chyba tytułowy szpieg, w którego wcielił się drewniany Justin Theroux. 

    To, czy "Szpieg, który mnie rzucił" przypadnie Wam do gustu zależy (jak zawsze) od Waszego nastawienia. Jeśli nie macie zbyt wysokich oczekiwań, a przeciętna produkcja komedia jest w stanie choć trochę Was rozbawić, będziecie całkiem ukontentowani.



    (Źródła: sdksanok.pl i radioeska.pl)

    Continue Reading

    Francuska komedia o seksie? Brzmi nieźle! Para z 10-letnim stażem poszukująca kobiety do trójkąta? Ciekawy pomysł! Niestety tylko w trailerze. Twórcy mieli koncept, ale jego realizacja nie wyszła dobrze. Obrazowi "A może by tak trójkącik?", który miał być komedią brakuje polotu, żywej akcji i tego, co najważniejsze - poczucia humoru.

    (Źródło: bok.bialystok.pl)

    Trzydziestokilkuletnia Estelle ma stałego partnera Simona, z którym lada moment będzie obchodziła 10-tą rocznicę związku oraz córkę w wieku szkolnym. Jest cicha, spokojna, trochę nijaka. W pracy sumiennie wykonuje wszystkie obowiązki i nawet słowem nie odgryzie się nieco apodyktycznej szefowej. Przy okazji spotkania z przyjaciółkami dochodzi do wniosku, że jej życie jest przewidywalne, w sypialni zagościła rutyna, a i pozałóżkowa więź z Simonem przygasła. Receptą na odnowę ma być... trójkąt! Bohaterka rozpoczyna lekko rozpaczliwe poszukiwania odpowiednich osób do jednorazowej zabawy we troje.

    (Źródło: youtube.com)

    Wydawałoby się, że najmocniejszą stroną filmów komediowych powinien być humor. Jak się jednak okazało po seansie "A może by tak trójkącik?" to tylko oczekiwania, bo scenarzysta chyba miał inne wyobrażenia co do tej produkcji. Humor się pojawia, a i owszem, ale tak rzadko i banalny, że szybko zapominamy o tych wesołych miniscenkach czy żartobliwych mikrodialogach. Na domiar złego nieprzekonująca jest też nagła potrzeba zmiany głównej bohaterki. Punkt zapalny całej sytuacji, ten moment, który doprowadził Estelle do podjęcia decyzji o trójkącie jest wyssany z palca. Oczywiście mógł mieć miejsce, ale przekonanie, że z jego powodu szara myszka chce choć raz być wampem wydaje się bardzo mało realne.
    Większych i mniejszych wpadek jest jeszcze trochę. Byłabym w stanie przymknąć na nie oko, gdy film mnie po prostu rozbawił. Tak się jednak nie stało...


    (Źródła: ars.pl i fdb.pl)

    Continue Reading

    Cztery starsze panie, kółko czytelnicze i nietypowa propozycja książkowa... "Pięćdziesiąt twarzy Christiana Grey'a". Czy może być coś dziwniejszego? Raczej nie. Diane, Vivian, Sharon i Carol znają się od studiów i niejedno już razem przeszły. Choć ich codzienność dość mocno się różni, panie nadal się lubią i służą sobie wsparciem. Szczególnie w chwili, gdy ich życia mają się zawalić, mężowie stali się obcymi osobami, dzieci, chociaż dorosłe, są upierdliwe, a wyczekiwana samotność jednak doskwiera. 

    (Źródło: warsawnow.pl)

    Nasze staruszki trzymają się od czasów studenckich. Wiedzą o sobie wszystko, znają się od podszewki. I choć każda jest inna (jedna to osaczona przez nadopiekuńcze córki "młoda" wdowa, druga nie potrafi znaleźć wspólnego języka z mężem, który dopiero co przeszedł na emeryturę, trzecia gardzi związkami i koncentruje się na krótkotrwałych znajomościach, a czwarta po 18-stu latach od rozwodu wciąż nie umie się z nim pogodzić i zacząć życia od nowa), doskonale się rozumieją. I mogą liczyć na dobre rady ze strony koleżanek. Tym śmieszniej, gdy wszystkim zaczyna doskwierać samotność (w różnych odcieniach) i wszystkie usiłują znaleźć wyjście z trudnej sytuacji podpierając się przy tym lekturą.... pikantnych przygód Christiana Grey'a! 

    (Źródło: youtube.com)

    Jak to możliwe, że opowieść o staruszkach bawi też młodszą widownię? To jasne, wszystko dzięki naprawdę niezłej fabule! Film Billa Holdermana jest po prostu śmieszny, a przy tym mówi o grupie społecznej, która zwykle jest wykluczona z odgrywania głównych ról na dużym ekranie. Starsi ludzie zazwyczaj traktowani są po macoszemu, występują jako zapomniani dziadkowie najważniejszych filmowych postaci. Pojawiają się w dwóch ujęciach, by następnie odejść w zapomnienie. Niewiele jest produkcji pozwalających im odegrać pierwsze skrzypce. A przy tym szczerze bawić widownię jak ma to miejsce w "Pozycji obowiązkowej". 

    Eksperyment z komedią o starszych paniach się udał, bo w rolach bardziej i mniej zwariowanych emerytek wystąpiły prawdziwe gwiazdy kina. Widać to w każdym ujęciu! Moje serce szczególnie raduje występ Jane Fondy, która jest ikoną kina, ale dla wielu magnezem przyciągającym na seans niewątpliwie była też muza Woody'ego Allana, Diane Keaton (w latach 70. pracowali ze sobą aż przy 8 produkcjach!). Obie panie nie raz już dawały popisy aktorskie w produkcjach komediowych, dlatego nic dziwnego, że twórcy zaproponowali im występ w tym filmie. I chociaż momentami - jak dla mnie - scenarzyści uderzają w troszkę zbyt ckliwe tony, a kilka scen jest lekko przegiętych, to całość broni się właśnie dzięki świetnej obsadzie. I to dla niej warto zobaczyć tę propozycję. A już najlepiej na seans zabrać babcię, która niemal na pewno wyjdzie zachwycona (o ile ma w sobie troszeczkę luzu).



    (Źródła: fangate.net, naekranie.pl i variety.com)

    Continue Reading

    Chociaż zwiastun "Tully" zapowiada nam niezłą zabawę, a sam film został skategoryzowany jako komedia, bliżej mu do formy komediodramatu. Nowość Jasona Reitmana ("Juno", "W chmurach") pokazuje blaski i cienie macierzyństwa, bez zbędnego koloryzowania. To świetna opowieść, którą z przyjemnością obejrzą nie tylko matki, które na seansie wręcz zaśmiewają się do rozpuku.

    (Źródło: empireonline.com)

    Poznajemy Marlo tuż przed rozwiązaniem. Spodziewa się trzeciego dziecka w chwili, gdy pozostała dwójka i tak wymaga sporej atencji. Córka ma problem z samoakceptacją, syna cechuje znaczna nadaktywność. Na domiar złego mąż jest intensywnie zaangażowany w zawodowe projekty i co i raz rusza na służbowe wyjazdy. Cały dom zostaje więc na głowie Marlo, która średnio radzi sobie z nową, niełatwą rzeczywistością.

    (Źródło: youtube.com)

    Choć matczyny punkt widzenia jest dla mnie raczej abstrakcją, to losy Marlo oglądałam z przejęciem. W dużej mierze to zasługa fantastycznej Charlize Theron. Postać kobiety kompletnie zaangażowanej w życie rodzinne, choć niejednokrotnie czującej, że wielość obowiązków ją przerasta, bardzo mnie zaciekawiła. Fakt, że "Tully" tak magnetycznie przyciąga atencję widza, to też sprawka reżysera i scenarzystki, którzy już wcześniej zmajstrowali obraz o dość podobnej tematyce (są bowiem twórcami słynnego "Juno"). 

    W swoim najnowszym filmie Reitman pokazał kobietę pełną sprzeczności: silną i słabą jednocześnie, odważną i zalęknioną, pogodną i zasmuconą, otoczoną ludźmi, ale i samotną. Widzimy jak Marlo zostaje pozostawiona sama sobie, jak sobie z tym radzi i do czego ta sytuacja prowadzi wszystkich bohaterów. I mimo że brzmi to trochę smutno, to wydźwięk filmu jest jednak pozytywny. I dobrze, inaczej po seansie nikt nigdy nie zdecydowałbym się na posiadanie potomstwa!



    (Źródła: vulture.com i cosmopolitan.com)

    Continue Reading

    Bylejakość scenariusza, nijacy bohaterowie i niewielka dawka średniej jakości humoru. Taki właśnie jest nowy obraz Nasha Edgertona ("Matrix: Reaktywacja", "Wróg numer jeden"). Aż dziw, że w produkcji pojawia się Charlize Theron, która ma nosa do świetnych przedsięwzięć.


    (Źródło: gazetalubuska.pl)

    Harold to zwyczajny Kowalski. Tyle, że w amerykańskiej rzeczywistości. Ma pracę, która okazuje się być mało stabilna, żonę, dom, sporo długów i przyjaciela, który jednak nie jest wobec niego fair. Jest trochę taką ofiarą losu, wiecznym przegranym, który boi się swojego cienia. Stara się jednak być uprzejmy dla innych, a swoje obowiązki wykonywać solidnie. Gdy jednak odkrywa, że wszyscy go oszukują, stawia wszystko na jedną kartę i: pozoruje własne porwanie! Ta decyzja pociąga za sobą wiele nieoczekiwanych konsekwencji wpływających na wszystkich bohaterów.


    (Źródło: youtube.com)

    Nie ukrywam, że poza produkcjami wysokich lotów, filmami nagradzanymi na najważniejszych festiwalach i niszowymi produkcjami głównie europejskimi, chętnie sięgam też po obrazy stricte rozrywkowe. Komedie i filmy akcji to moje ulubione gatunki na seans relaksacyjny.
    Z niemałą przyjemnością wybrałam się więc na nowość od Nasha Edgertona. I naprawdę się zawiodłam!

    Bylejakość scenariusza, nijacy bohaterowie i niewielka dawka średniej jakości humoru. Taki właśnie jest nowy obraz Nasha Edgertona. Aż dziw, że w produkcji pojawia się Charlize Theron, która ma nosa do świetnych przedsięwzięć, bo tym razem dostajemy istną klapę! Przez blisko 2 godziny czekamy na jakąkolwiek akcję. A gdy coś zaczyna się dziać, nie trzyma się kupy. Albo jest zupełnie nieśmieszna. Zabawne momenty można zliczyć na palcach jednej ręki, a ich jakość jest najwyżej przeciętna.

    Zabrakło pomysłu, dobrego montażu i dialogów na poziomie. Jak mawiają stali bywalce internetowych czeluści, mocne 2.




    (Źródła: hollywoodreporter.com, indiewire.com i fdb.pl)

    Continue Reading
    Older
    Stories

    Polub na Facebooku

    Śledź na Instagramie

    SnapWidget · Instagram Widget

    Szukaj

    recent posts

    Archiwum

    • ▼  2020 (12)
      • ▼  października 2020 (1)
        • "Dzieci siostry Bernadetty" - przerażający dokumen...
      • ►  kwietnia 2020 (1)
      • ►  marca 2020 (3)
      • ►  lutego 2020 (4)
      • ►  stycznia 2020 (3)
    • ►  2019 (27)
      • ►  listopada 2019 (1)
      • ►  października 2019 (3)
      • ►  września 2019 (1)
      • ►  sierpnia 2019 (1)
      • ►  lipca 2019 (4)
      • ►  czerwca 2019 (2)
      • ►  maja 2019 (2)
      • ►  kwietnia 2019 (2)
      • ►  marca 2019 (3)
      • ►  lutego 2019 (3)
      • ►  stycznia 2019 (5)
    • ►  2018 (34)
      • ►  grudnia 2018 (2)
      • ►  listopada 2018 (3)
      • ►  października 2018 (3)
      • ►  września 2018 (3)
      • ►  sierpnia 2018 (4)
      • ►  lipca 2018 (1)
      • ►  czerwca 2018 (3)
      • ►  maja 2018 (3)
      • ►  kwietnia 2018 (3)
      • ►  marca 2018 (3)
      • ►  lutego 2018 (5)
      • ►  stycznia 2018 (1)
    • ►  2017 (38)
      • ►  grudnia 2017 (3)
      • ►  listopada 2017 (4)
      • ►  października 2017 (4)
      • ►  września 2017 (4)
      • ►  sierpnia 2017 (5)
      • ►  lipca 2017 (1)
      • ►  maja 2017 (3)
      • ►  kwietnia 2017 (1)
      • ►  marca 2017 (3)
      • ►  lutego 2017 (4)
      • ►  stycznia 2017 (6)
    • ►  2016 (36)
      • ►  grudnia 2016 (2)
      • ►  listopada 2016 (5)
      • ►  października 2016 (6)
      • ►  września 2016 (5)
      • ►  sierpnia 2016 (2)
      • ►  maja 2016 (1)
      • ►  kwietnia 2016 (8)
      • ►  marca 2016 (3)
      • ►  lutego 2016 (1)
      • ►  stycznia 2016 (3)
    • ►  2015 (57)
      • ►  grudnia 2015 (4)
      • ►  listopada 2015 (9)
      • ►  października 2015 (4)
      • ►  września 2015 (4)
      • ►  sierpnia 2015 (3)
      • ►  lipca 2015 (2)
      • ►  czerwca 2015 (2)
      • ►  maja 2015 (6)
      • ►  kwietnia 2015 (6)
      • ►  marca 2015 (5)
      • ►  lutego 2015 (6)
      • ►  stycznia 2015 (6)
    • ►  2014 (75)
      • ►  grudnia 2014 (8)
      • ►  listopada 2014 (12)
      • ►  października 2014 (17)
      • ►  września 2014 (15)
      • ►  sierpnia 2014 (5)
      • ►  lipca 2014 (1)
      • ►  czerwca 2014 (7)
      • ►  maja 2014 (2)
      • ►  kwietnia 2014 (5)
      • ►  marca 2014 (2)
      • ►  stycznia 2014 (1)
    • ►  2013 (11)
      • ►  listopada 2013 (1)
      • ►  października 2013 (4)
      • ►  września 2013 (1)
      • ►  lipca 2013 (1)
      • ►  czerwca 2013 (1)
      • ►  kwietnia 2013 (3)
    • ►  2012 (21)
      • ►  grudnia 2012 (3)
      • ►  listopada 2012 (10)
      • ►  października 2012 (5)
      • ►  kwietnia 2012 (2)
      • ►  marca 2012 (1)

    Obserwatorzy

    Subskrybuj

    Posty
    Atom
    Posty
    Komentarze
    Atom
    Komentarze

    Czytam

    • KULTURALNIE PO GODZINACH
      Londyński Wallace Collection
      4 miesiące temu
    • Apetyt na film - blog filmowy
      Hello world!
      1 rok temu
    • Z górnej półki
      Zielone Botki: Stylowe i Wygodne Buty na Każdą Okazję
      2 lata temu
    • FILM planeta
      FILMplaneta powraca!
      3 lata temu
    • ekran pod okiem
      A Virtual Reality Soldier Simulator
      6 lat temu
    • pocahontas recenzuje
      "Cheer" - serial Netflixa
      6 lat temu
    • Po napisach końcowych
      Październik w kinie (Joker, Był sobie pies 2, Czarny Mercedes, Boże Ciało, Ślicznotki, Zombieland: Kulki w łeb)
      6 lat temu
    • Filmowe konkret - słowo
      Dom, który zbudował Jack (2018) – wideorecenzja
      7 lat temu
    • skrawki kina
      ROMA
      7 lat temu
    • In Love With Movie
      9. Festiwal Kamera Akcja - relacja
      7 lat temu
    • WELUR & poliester
      „Casablanca” x Scenograficzne Szorty
      8 lat temu
    • movielicious - blog filmowy
      15. Tydzień Kina Hiszpańskiego
      11 lat temu
    • Skazany na Kino
      Zodiak (2007)
      11 lat temu
    Pokaż 5 Pokaż wszystko
    Obsługiwane przez usługę Blogger.

    Labels

    Oskary Sputnik WFF dokument dramat festiwal kino akcji kino europejskie kino polskie kryminał serial
    facebook instagram filmweb

    Created with by BeautyTemplates

    Back to top